Efekt kameleona, czyli o tym, jak niewinne naśladownictwo drastycznie zmienia relacje międzyludzkie na korzyść imitatora

„Być jak John Malkovich” 1999
„Być jak John Malkovich” 1999 kadr z filmu
W przedszkolu obrzucamy imitatorów naszych dzieł w technice Bambino wyzwiskiem „papuga”. Jako kilkunastolatki kupujemy z przyjaciółkami identyczne ubrania i słuchamy tych samych zespołów, ale analogiczne atrybuty u dalszych koleżanek tytułujemy pogardliwie „zgapieniem”. W dorosłym życiu linia oddzielająca naśladownictwo będące oznaką uznania czy sympatii, od tego, które uznajemy za wrogi gest czy rodzaj kradzieży jest bardzo cienka. Zgoła inaczej sprawa ma się na gruncie komunikacji pozawerbalnej.


Zauważamy, że przejęliśmy od codziennie widzianego znajomego fatyczną wstawkę „co nie?”, ale umyka nam, że zaczynamy robić podobne miny i dotykać twarzy w tych samych momentach. Tymczasem wnikliwa obserwacja i wyczulenie na elementy naśladownictwa może podpowiedzieć nam czy mamy do czynienia z osobą empatyczną, z narcyzem, a nawet określić jak dobrze zna się grupa osób rozmawiających w pomieszczeniu do którego wchodzimy.


Podobnie jak zwierzętom, naśladownictwo otoczenia służy nam do uczenia się i adaptacji do środowiska. Kocięta obserwujące matkę jedzącą banana (oczywiście w warunkach laboratoryjnych), będą wybierały owoc zamiast mięsa na przekór, zdawać by się mogło, drapieżczym uwarunkowaniom. Podobnie jest z noworodkami. Jeszcze do niedawna uważano, że dzieci owszem, uczą się zachowań społecznych naśladując otoczenie, ale ten proces zaczyna się dopiero około drugiego roku życia.


Psycholog dziecięcy Andrew Meltzoff z Uniwersytetu Waszyngtona udowodnił, że noworodki zaczynają naśladować niektóre gesty i mimikę otaczających je osób już w zaledwie kilkadziesiąt minut po przyjściu na świat. Natomiast po kilku dniach od urodzenia zaczynają płakać dokładnie wtedy, kiedy ich rówieśnicy z oddziału.


Nie kończymy jednak z naśladownictwem, kiedy umiemy już korzystać z nocnika, jeść zestawem ośmiu sztućców i wiemy jak zachować się w operze, a jak na koncercie rockowym. Po prostu ze świadomego procesu uczenia się od innych, naśladowanie schodzi do podziemia i zaczyna służyć do budowania relacji z otoczeniem. Najczęściej pomaga nam przypodobać się innym. Bezwolnie imitujemy mimikę niektórych rozmówców, ich ton głosu i drobne gesty jak poprawianie włosów czy machanie nogą. To właśnie dobra synchronizacja na polu pozawerbalnym odpowiada w znacznej części za przekonanie, że odbieramy z kimś „na tych samych falach”. Jest to częściej efekt złożonych obustronnych procesów, a nie palec losu, który postawił nas połączyć z bratnią duszą.

Obiekt imitacji

Z badań, przedstawionych szczegółowo w książce „Efekt kameleona” autorstwa Wojciecha Kuleszy, doktora psychologii z SWPS wynika między innymi, że znacznie częściej naśladujemy osoby, które są atrakcyjne fizycznie, cieszą się wysokim statusem społecznym, ale także ludzi, których przewidujemy spotkać w przyszłości, czy takich, których odbieramy jako przedstawicieli tej samej, co my, grupy. Co najciekawsze, robimy to zupełnie nieświadomie. Takie zachowanie sprawia, że jesteśmy lepiej odbierani przez naśladowaną osobę, która w efekcie sama może zacząć imitować nas, pieczętując tym samym wzajemną sympatię i wrażenie, że oto poznaliśmy kogoś, z kim świetnie się dogadujemy.

Naśladujemy więc przede wszystkim osoby na więzi, z którymi szczególnie nam zależy lub grupy, do których chcemy przynależeć. Doktor Jessica Lankin, czołowa badaczka zjawiska mimikry, przeprowadziła w 2008 roku badanie, które polegało na tym, że grupa studentów miała grać w symulację rozgrywki futbolu amerykańskiego. Niektórzy z uczestników otrzymywali bardzo często podania i grali więcej niż pozostali, do których piłka była rzucana sporadycznie. Po zakończonej grze studenci spotkali się w jednym pomieszczeniu. Była w nim też dziewczyna, przedstawiona jako członkini zwycięskiej drużyny mająca za zadanie machać nogami. Okazało się, że osoby, które były wykluczone z gry, naśladowały jej ruchy ze znacznie większą częstotliwością, niż ci, którzy brali udział w rozgrywce non stop.

Od muskułów do serca

Mając świadomość tych procesów, możemy usiłować przypodobać się otoczeniu przy pomocy naśladownictwa. Nie wychodzi to jednak wszystkim z równym powodzeniem, jeśli imitacja gestu rozmówcy zajmuje więcej niż 3-4 sekundy ten najprawdopodobniej zauważy, że jest naśladowany.

Najłatwiej do nowego otoczenia jest się dostosować osobom o rozwiniętej tzw. obserwacji samokontrolnej. To nie do końca świadoma umiejętność upodobniania się do otoczenia w celu zdobywania społecznych korzyści. Ludzie o wysokiej umiejętności samokontrolnej najczęściej przywiązują wielką wagę do społecznego odbioru ich osoby i na tym gruncie budują umiejętność samokontroli. Na ich zachowanie w stosunku do interlokutorów nie ma wpływu to, czy przypuszczają, że jeszcze go zobaczą, ale silnie oddziałuje na nie świadomość wysokiej pozycji społecznej czy zawodowej rozmówcy.

Najciekawszym odkryciem związanym z mimikrą jest niewątpliwie jej tyle bliski, co zaskakujący związek z empatią. W powszechnym mniemaniu osoba empatyczna rozpoznaje emocje w otoczeniu i jest w stanie się w nie wczuć. Tyle że trafne rozpoznanie emocji wcale nie kończy się u automatycznym współodczuwaniem. Dochodzi do niego, dopiero kiedy zaczynamy naśladować mimikę twarzy swojego rozmówcy. Jak gdyby to nie ocena intelektualna, ale mikroskurcze twarzy prowadzące do wyrażenia smutku czy radość były w stanie przywołać konkretny stan emocjonalny.
Autor książki „Mirroring people. The New Science of How We Connect with Others”, profesor Marco Iacoboni z Uniwersytetu Kalifornijskiego przeprowadził następujący eksperyment. Osobom poddawanym rezonansowi magnetycznemu były pokazywane zdjęcia ludzkich twarzy wyrażających różne stany emocjonalne. Część z badanych była dodatkowo proszona o naśladowanie min przedstawionych na zdjęciach.

Z porównania pracy mózgu pod wpływem tych poleceń lub ich braku, jednoznacznie wynika, że ciało migdałowate odpowiedzialne za powstawanie emocji aktywowało się, dopiero kiedy badani zaczynali naśladować mimikę osób przedstawionych na zdjęciach. Aktywował się jeszcze inny obszar mózgu, zwany wyspą, który odpowiada na przekazywanie impulsów z obszarów kontrolujących ruch, do tych, odpowiedzialnych za emocje.

Z niezależnych, choć spójnych z wynikami zespołu Iacobiniego badań wynika z kolei, że im większy stopień empatii, tym większa tendencja do imitacji gestów i mimiki rozmówców. Obserwujcie uważnie twarze słabo znanych rozmówców, kiedy opowiadacie coś podekscytowani czy zwierzacie się z trosk. Jeśli żywo reagują na wasze słowa być może macie przed sobą rzadki gatunek człowieka współczesnego.

Wypisane na twarzy

„101 Dalmatyńczyków”, film rysunkowy z 1961 roku zaczyna się sceną, w której Pongo czeka, aż zostanie wyprowadzony na spacer i wygląda na zewnątrz. Po ulicy przechadzają się psy i ich opiekunowie, którzy do złudzenia przypominają swoich podopiecznych. Mamy więc damulkę ze strzyżonym pudlem czy gbura z mopsem. W żartobliwy sposób rysownicy Disneya wyrazili ludową mądrość mówiącą, że „Kto z kim przestaje, takim się staje”. Podobnie jest z ludźmi. Nie brakuje par, które mimo podobieństwa fizycznego niewychodzącego poza zbliżony wzrost czy kolor włosów, wydają się na pierwszy rzut niemal identyczne.
W kultowym już eksperymencie amerykańskiego psychologa polskiego pochodzenia, doktora Roberta Zajonca, badanym były pokazywane zdjęcia portretowe różnych osób. Ich zadaniem był ocena podobieństwa między osobami z fotografii. Uczestnicy badania bez problemu połączyli ze sobą zdjęcia najbardziej podobnych osób.

Okazało się, że badani zobaczyli niemal bezbłędnie podobieństwo między osobami, które były w długoletnich związkach. Im związek był dłuższy, a pary bardziej z niego zadowolone, tym ich twarze zostały ocenione jako bardziej do siebie podobne. Również za tym fenomenem stoi mimikra – najchętniej naśladujemy mimikę tych osób, które znamy i lubimy. Twarze osób starzejących się u boku partnera zyskują podobny układ zmarszczek mimicznych, ponieważ przez lata pracowały w nich podobne grupy mięśnie.

Reklama interaktywna 2.0

W niektórych badaniach dotyczących naśladownictwa naukowcy zamiast asystentów, którzy mieli imitować zachowania niewerbalne badanych, posługiwali się komputerowo wygenerowanymi awatarami. Najczęściej uczestnicy badania byli przekonani, że biorą udział w ocenie niewypuszczonej jeszcze na rynek gry komputerowej. Każdorazowo okazywało się, że wyższe noty otrzymywały awatary, które zaprogramowano tak, aby naśladowały mikroekspresję oceniających. Być może przyszłością reklamy nie są celebryckie buźki, ale interaktywne awatary, które będą imitować naszą ekspresję z ekranów smartphone’ów, jednocześnie zachwalając syrop na kaszel?

Czy podoba się to nam, wychowanym w kulcie indywidualizmu, czy nie, pragnienie przynależności pozostaje jedną z najsilniejszych ludzkich potrzeb. Szczęśliwie zostaliśmy wyposażeni w umiejętności naśladownictwa, ułatwiające nam wkupywanie się w łaski nowego otoczenia. Taka wiedza może otwierać zupełnie nowe możliwości. Jako terapeuta czy sprzedawca można w ten sposób zdobyć zaufanie klienta, czy pacjenta. A na nudnym przyjęciu, możesz nieoczekiwanie spotkać miłość życia, która na podstawie kilku niewinnych gestów uzna, że masz w sobie „to coś”. I nie będzie to błyskotliwy dowcip ani świetnie skrojony garnitur, ale efekt kameleona.

Napisz do autorki: helena.lygas@natemat.pl

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...
0 0Pisał o "tęczowej zarazie". Stał się męczennikiem na prawicy
0 0Dlaczego wierzę Jarosławowi Kaczyńskiemu