5 powodów, dla których wszyscy powinniśmy odetchnąć z ulgą, że mieszkamy w Polsce

Kadr z filmu "Dzień świra" (2002)
"Tu żyć się nie da, tu nie da się mieszkać./Mało, że syf i bieda, to do tego depresja./Władza nie głaszcze, raczej myśli jak cię zarżnąć,/a na przykład chodnik – krzywy. Proszę bardzo." Brzmi znajomo? Z pewnością, i to nie tylko dlatego, że to fragment znanego polskiego utworu Łony. Tym, którym tytuł "Wyślij sobie pocztówkę" nic nie mówi, sporo powie inny cytat z tej samej piosenki: "Wprawdzie z ludźmi pogadasz, ale tu ważny detal: marudne to i strasznie lubi ponarzekać." Malkontenctwo to nasza cecha narodowa – wiadomo nie od dziś. Ale zamiast narzekać również na to, że... lubimy narzekać, postanowiliśmy znaleźć kilka obiektywnych powodów, dla których my-Polacy możemy powiedzieć zupełnie bez ironii: "Marian, tu jest jakby luksusowo!"

O tym, że przekaz piosenki Łony zaczął już do nas docierać świadczą chociażby statystyki – od niedawna odsetek potencjalnych emigrantów spada. Obecnie jest o 5 punktów procentowych niższy niż rok temu, a chęć wyjazdu z Polski deklaruje 14 proc. społeczeństwa. Badania, które przeprowadziła firma Work Service dowodzą również, że wyjeżdżamy głównie za lepszą pracą i wyższym standardem życia. No cóż, wybierając kraj nieroztropnie, możemy się nieźle naciąć. Oto dlaczego.

Studia w Polsce
Temat studiowania w Polsce równa się dyskusji wokół tego, ilu rocznie uczelnie "produkują" magistrów, którzy później nie znajdą pracy. Choć w krytyce zjawiska zbyt pochopnego rozdawania dyplomów jest sporo racji, zapomnieliśmy o tym, co jest jego podstawą i jednocześnie wielką szansą dla wielu zdolnych Polaków, czyli o niskich kosztach zdobywania wykształcenia.

Nasze uczelnie ze względu na łatwiejszy do nich dostęp chętnie wybierają również obcokrajowcy. Choćby Szwedzi planujący kariery medyczne. Jak się okazuje, w krajach skandynawskich, by móc zostać lekarzem trzeba mieć wyłącznie najwyższe oceny, a i to czasem nie wystarcza. - U siebie nie mielibyśmy szans (...) W Polsce są egzaminy i to jest dobre. W Szwecji w ogóle nie ma takiej opcji - mówi Gazecie Wyborczej Bikram, student Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego. Szwedów nie zniechęca nawet cena – rok na Wydziale Lekarskim Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego - English Division (program umożliwiający studia w języku angielskim) kosztuje, bagatela, 43 tysiące złotych.


W Polsce są uczelnie, które trzymają się swoich bardzo twardych zasad rekrutacji, najlepsze uczelnie państwowe zawsze mają komplet chętnych, a mimo to dostanie się na tanie czy darmowe studia w Polsce jest łatwiejsze niż w innych krajach europejskich – mówi prof. Michał Kleiber, były minister nauki, profesor nauk technicznych, nauczyciel akademicki. - Dziś lwia część wyższych szkół prywatnych wręcz walczy o studentów – dodaje.

I nawet jeżeli jakość wykształcenia, które oferują uczelnie walczące o studentów, czy te darmowe, na które łatwo jest się dostać, jest niska, dla wielu młodych Polaków to wartość drugorzędna. Studiowanie jest dla nas okresem przejścia w dorosłość, zdobycia nowych umiejętności, doświadczeń, znalezienia dla siebie miejsca "w świecie dorosłych". Niekoniecznie walką o jak najlepszy dyplom. Z tego powodu młodzi Polacy nie odnaleźliby się np. w Hiszpanii. - W Hiszpanii obserwuje się zjawisko usamodzielnienia o kilka lat później niż u nas. Widoczny jest tam zmieniający się model kulturowy, którego głównym elementem jest późniejsze zakładanie rodziny. Jednak do opóźnienia startu życiowego może przyczyniać się również fakt, że studiowanie nie jest oczywistością – potwierdza prof. Michał Kleiber.

Polskie drogi
To jeden z naszych naczelnych powodów do narzekania. Drogi. Dziurawe, prowadzące donikąd. Choć raporty badające stan jakości dróg w Europie nadal nie są po naszej stronie, oceniając zmiany z perspektywy kraju jest wyraźnie coraz lepiej. - Narzekanie na kiepską jakość dróg w Polsce zaczyna się przeterminowywać. Dziś po naszym kraju jeździ się już bardzo komfortowo. Niewiele jest miejsc, w których droga jest źle oznakowana, zlewa się z otoczeniem. Powstają coraz to nowe drogi, kolejne są remontowane, a te wychwalane autostrady zagraniczne, które istnieją od wielu lat, zdążyły się już zniszczyć. Efekt jest taki, że nam przybywa nowych gładkich dróg, a na zachodzie przybywa tych zniszczonych, więc poziom coraz bardziej i szybciej się wyrównuje – mówi Wojciech Drzewiecki, dyrektor instytutu SAMAR.

Nie powinniśmy też narzekać na stopień oznaczenia dróg. - W tym roku wybraliśmy się autem do Włoch – opowiada 32-letni Tomasz. - To była pierwsza taka nasza wyprawa. Przestudiowałem całą trasę przed wyjazdem, miałem też GPS i w życiu nie przypuszczałbym, że dotarcie na miejsce sprawi nam jakiś kłopot. W Polsce jak zabłądzisz na prowincji, znajdując główną drogę, znajdziesz też znak, który podpowie dokąd kierować się do okolicznych większych miast, z których z kolei łatwo wyjechać na główne trasy. Na południu niekoniecznie. Mnóstwo nieoznakowanych skrzyżowań i rond, bez białych linii. Koszmar – opowiada.

Na brak odpowiedniej ilości znaków narzekają też ci, którzy bez mapy próbowali poruszać się po przedmieściach Paryża. - Bez znajomości okolicy, nie da się wyjechać. Ilość rond bez konsekwentnych opisów który zjazd dokąd prowadzi zupełnie wytrąca ze świadomości terenu – dodaje Mateusz, 30-latek, który po 23 latach życia we Francji, wrócił do Polski, by otworzyć w Warszawie własny biznes.

Autobusy i tramwaje
"Trudno za punktualność dać tu dyplom, tramwaje za wolno, autobusy za szybko", śpiewa Łona. Kolejna cegiełka do polskiego niezadowolenia - komunikacja miejska. Tymczasem choć polskie metro cały czas jest obiektem kpin, w stolicy mamy jeden z najtańszych i najprostszych w obsłudze systemów komunikacji w porównaniu z innymi stolicami europejskimi. - Moja perspektywa może okazać się mocno subiektywna, ale bardzo pozytywnie oceniam sprawność z jaką funkcjonuje komunikacja w Warszawie – mówi Wojciech Drzewiecki. Fakt, w kilka miesięcy bez pomocy mapy czy aplikacji jakdojade.pl każdy jest w stanie nauczyć się poruszać mieście – na liście niemal każdej trasy autobusowej znajduje się przystanek znany z dużej możliwości przesiadek.

Poza tym, nie wszędzie jest tak wygodnie jak w Polsce pod względem uprawnień do przejazdu – co prawda w Warszawie istnieje druga strefa, ale zaczyna się ona naprawdę daleko od największych dzielnic miasta. Zatem na jednym bilecie miesięcznym możemy swobodnie podróżować po całym mieście, każdym rodzajem komunikacji. Sprawa komplikuje się choćby w Londynie, do którego Polacy tak chętnie dotąd emigrowali. Tam stref jest 9, sieciówkę można wykupywać łącząc wybrane strefy, jednak to zawsze spore ograniczenie. - Mieszkam w Londynie 5 lat, przeprowadzałam się chyba 3 razy, 4 razy zmieniałam pracę. Nigdy nie udało mi się pracować i mieszkać w tej samej strefie. Nietrudno więc sobie wyobrazić ilość kombinacji, jakie trzeba wykonać, by było jak powinno być – mówi 33-letnia Natalia. Zresztą Londyn, do którego lubimy się porównywać i wyprowadzać jest trzeci pod względem wysokości kosztów życia miastem na świecie (po Kajmanach i Szwajcarii)...

Ciasne czy własne
W Polsce na hasło "komfortowe mieszkanie" myślimy co najmniej o trzech pokojach i 50-70 metrach kwadratowych. Gdyby zatem zachciało nam się mieszkać na przykład w Paryżu z uzyskaniem wyżej opisanych komfortowych warunków do życia mielibyśmy nie lada kłopot. - Kiedy przeprowadziłem się do Warszawy z Paryża miałem wrażenie, że tu jest ogromnie dużo miejsca. W Polsce mieszkanie 20-25 metrów kwadratowych to jedna z najciaśniejszych opcji. W Paryżu to najczęściej wynajmowany wśród młodych ludzi metraż – opowiada Mateusz. - W paryskich kamienicach roi się od 17-metrowych klitek. Są urocze, to fakt, ale z komfortem przystępnym cenowo nie ma to nic wspólnego – dodaje.

- W Paryżu czy Berlinie, czegokolwiek byśmy nie chcieli kupić jest drożej niż w Warszawie w przeliczeniu na metr kwadratowy. Nawet do 50 proc – komentuje Piotr Droński, prezes Baszta Nieruchomości. - Nie wspominając o Szwajcarii. Tam co prawda sprzątaczka zarabia 15 tysięcy złotych, ale "normalne" mieszkanie kosztuje 3 miliony euro... To jest kraj, w którym nawet jeśli zarabiasz porównywalnie dużo, to i tak przez długie lata nie będzie cię stać na kupno mieszkania.

Co więcej, Szwajcaria to kraj, który dość mocno wtrąca się w to, co mamy w mieszkaniach. - Zamieszkałam w Zurychu jeszcze w trakcie studiów, dziś pracuję w banku. Zarabiam nieźle, ale faktem jest, że droga do tego, co mogłabym mieć w Polsce za ułamek ceny, którą płacę tu, jest nie do porównania. O tym jednak byłam uprzedzona – opowiada Dorota, 29-letnia absolwentka SGH. - Nie wiedziałam jednak, że Szwajcarzy wtrącają się w to, gdzie piorę swoje ciuchy. Na moim osiedlu swego czasu zabronione było wstawienie do mieszkania pralki – spółdzielnia wyznaczyła pralnię oraz grafik korzystania z niej, ale własnej pralki nie można było mieć. To zmieniło się dopiero niedawno – dodaje. Zakaz korzystania z własnej pralki to jednak tylko przedsionek tego, w co wtrącają się Szwajcarzy...

Wolność Tomku w swoim domku?
Wszystkim wyżej przytoczonym argumentom można zarzucić jedno – miasto nierówne miastu. Ponadto, w granicach jednej miejscowości za podobne kwoty można wieść dwa różne życia. Jednak wiele zależy od nas, a już na pewno to, co robimy we własnym domu. W Szwajcarii niekoniecznie. To kraj, w którym żyje się najlepiej na świecie ze względu na czynniki obiektywne takie jak stopa bezrobocia, wysokości wynagrodzeń, trudność w znalezieniu pracy, PKB i tak dalej. Szkoda, że w tego typu badaniach nie bierze się pod uwagę stopnia swobody, z jaką mogą żyć obywatele. - W Szwajcarii obowiązuje dyscyplina, która mi osobiście nie odpowiada. Na przykład po godzinie 22 niemile widziane jest branie prysznica czy kąpieli. We własnym mieszkaniu! Po jednym takim incydencie możemy spodziewać się uwag ze strony władz spółdzielni – opowiada Piotr Droński. - Nie mówiąc już o tym, co się dzieje gdy twój pies zacznie szczekać... - wtrąca Dorota. - Tam naprawdę egzekwowane są absurdalne z perspektywy Polaka wymogi. Pozbywanie się psa "bo szczekał" to przypadek, który słyszałam naprawdę wiele razy.

Ponadto, wszystko, co dotyczy zwykłego życia regulowane jest dziesiątkami przepisów, których nie sposób obejść. - To, czy mieszkasz sama, czy ktoś do ciebie przyjeżdża... Wszystko jest kontrolowane – opowiada Dorota. - Trzeba się chyba tam urodzić, by móc zaakceptować ten rodzaj porządku. Według mnie to opresja. Polska w porównaniu z tym bogatym krajem jest biedna, brzydka i zacofana, ale jest ludzka – dodaje kategorycznie.

Zatem, znów cytując Łonę: "Zanim szlag zdąży choćby cię tknąć/to ty: raz – weź pocztówkę, dwa – wyślij ją gdzie bądź. Ślij w dowolnym kierunku, możesz strzelić: Kuala Lumpur, Ułan Bator, Delhi. Napisz jakie tu złe syczą szepty/i że jedyny widok tu to brak perspektyw i że jedyny dźwięk tu to warkot maszyn, co nimi na zachód frunie emigrantów masyw. (...) Dopisz adres, niech to będzie gdziekolwiek i wyślij. Nie oczekuj burzy na tej niwie, ale czy ktoś się ubawi przy lekturze? Niewątpliwie.(...) Tyle dziur jest zapadłych wszędzie, więc ty ślij pocztówkę, ślij ją czym prędzej. Niech ci rozjaśni horyzont to, że tam gdzie ją wyślesz prawdopodobnie jest znacznie gorzej."

Polub BLISS na Instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...

KRAJOBRAZ PO WYBORACH

PIS WYGRYWA W SKALI KRAJU, HISTORYCZNA FREKWENCJA