„Hollywoodzki odjeb”, czyli aspiracja polskich celebrytów. Co konflikt Gretkowska-Rozenek mówi o naszej mentalności

Małgorzata Rozenek-Majdan i Manuela Gretkowska Agencja Gazeta / fot. Małgorzata Kujawka / Sławomir Kamiński
„Czy to możliwe, żeby między dwojgiem ludzi było wciąż tak dobrze?” – zaczyna retorycznie autorka wywiadu z Małgorzatą Rozenek i Radosławem Majdanem. Rzeczywiście, to niesłychane, żeby w rok po ślubie wciąż się kochać. Podobne pustosłowie, szczęśliwie ze zdjęciami, ciągnie się na łamach „Vivy!” przez 13 stron. Dowiadujemy się z nich, że Radosław mówi do żony w przypływach czułości „co ty byś beze mnie zrobiła”, oraz kilku pikantnych szczegółów – parze zdarzyło się pokłócić o to, czy Ronaldo jest fajny. Niestety w świat sielanki pełnej złotych kranów i złotych myśli z rodzaju „nie liczy się wiek, tylko dojrzałość” wtargnęła brutalna rzeczywistość.

Kilka dni po tym, jak magazyn z okładkową z Małgorzatą i Radosławem trafiła do kiosków, Manuela Gretkowska w swoim zwyczajowym niedzielnym poście obśmiała stylistykę sesji zrealizowanej w Dubaju. Choć pisarka wykonała zapobiegawczo kilka ukłonów w stronę pary (sympatyczny Radek, chrypiąca seksownie Małgosia) jej słowa, komentujące w dość dosadny sposób nowobogackie aspiracje, rozpętały burzę.

Małgorzata nie zwlekała z odpowiedzią. Jasno wynikało z niej, że Majdanowie wcale nie uważają, że zapozowali do „polskich marzeń, współcześnie medialnych oleodruków”, jak napisała Gretkowska. Nie są też wcale tym celebryckim cyrkiem „storturowani”, jak założyła pisarka. Kiedy ktoś ci mówi, że coś, co uważasz za sztabkę złota jest kawałkiem gówna, to boli. Nie trudno się dziwić, że poszło na noże.

– Nie wykluczałabym, że Gretkowska chciała o sobie przypomnieć. Małgorzaty Rozenek ma obecnie swoje medialne pięć minut, a do tego nie stroni od odpowiadania na krytykę. Gretkowskiej było w mediach sporo, zwłaszcza po publikacji „Polki”, a potem po założeniu Partii Kobiet, jednak te czasy już minęły. Pisarka zawsze lubiła budzić kontrowersje i zdarzało się już, że rdzeniem nie był wcale wrodzony aktywizm. Na medialnych konfliktach zawsze tracą obie strony. Taka wymiana zdań nie ma waloru oczyszczenia, jak to bywa w relacjach międzyludzkich, a jedynie eskaluje, żeby zakończyć się złowrogim milczeniem i podzielić odbiorców na zwolenników i przeciwników – mówi doktor Katarzyna Gajewicz-Korab, medioznawczyni z Uniwersytetu Warszawskiego.


Komentarze pod postami Manueli Gretkowskiej i Małgorzaty Rozenek pokazały kilka ciekawych zjawisk. Między innymi, że żyjemy w Polsce nie tyle stanowej, co alfabetycznej. Jest więc Polska A, czyli ta, która czyta nową, polską literaturę, czuje w trzewiach etos inteligenta i nieobce są jej konwencje takie jak ironia czy sarkazm. Polska A definiuje zaś Polskę B. W tej scence rodzajowej reprezentowaną przez kobiety, które mają czelność interesować się czymś tak pustym jak zawartość kolorowych magazynów.

Kto jest większy, a kto mniejszy

Jest jeszcze Polska VIP. Żadna z pań nie dokonałaby wizerunkowego seppuku, jakim byłoby użycie tego określenia w stosunku do siebie, jednak o to tu w zasadzie chodziło. I choć można by pokusić się tu o wyszukane nawiązanie na poziomie „Zrób se raja” Gretkowskiej, tę wymianę zdań można równie dobrze podsumować wersami z Tuwima. Te zaś mają tę zaletę, że są znane zarówno czytelnikom „Vivy” jak i „Kabaretu metafizycznego” – Zaczęły się kłótnie / Kłócą się okrutnie / Kto z nich większy / A kto mniejszy / Kto ładniejszy / Kto zgrabniejszy / Kartofle? / Buraki? / Marchewka? Małgonia? Manuela? (Czy Groch? Och!).

Lady Rozenek po podwójnym klepaniu (niezawodny duet chirurg-grafik) oczywiście jest tu tą ładniejszą i zgrabniejszą. Gretkowska zaś błyskotliwszą. Dla zaperzonych remis jest zazwyczaj mało satysfakcjonującym wynikiem. Dogrywka rozegrała się więc wokół kwestii dobrego serduszka Matki, nomen omen, Polki (córka Gretkowskiej na imię ma Pola).

„Martwi mnie też, na jaka kobietę wyrośnie córka pani Gretkowskiej, słysząc zapewne codziennie krzywdzące, wulgarne i niesprawiedliwe oceny innych ludzi w domu. Martwi mnie to, bo to z takimi kobietami będą mieli kontakt moi synowie, którzy od małego uczeni są, że należy z takim samym szacunkiem traktować pana ochroniarza otwierającego szlaban, jak i prezesa stacji, w której pracuję (…) – napisała Rozenek, sprowadzając cały konflikt do dość kuriozalnej odmiany „pojedynku na dzieci”. Wciąganie w bądź co bądź błahą dyskusję osób trzecich i to w dodatku dzieci jest ze wszech miar niesmaczne.

Gretkowska nie pozostała dłużna – „Moja córka szanuje pracę . Czyta właśnie o walce klas w „Manifeście komunistycznym”, który jest w lekturach liceum do którego chodzi. W domu jak każde dziecko słyszy różne rzeczy. Ale jesteśmy o nią spokojni i nie martwimy się na zapas, że zniszczy jakiemuś porządnemu, polskiemu chłopcu życie.”

Kalos i kagathos na cienkim

Wydźwięk pierwszego postu Gretkowskiej nie był agresywny. Stanowił raczej literacką miniaturę, facebookowy felieton, gdzie Majdanowie pojawili się tylko pokątnie, obok strzeżonych osiedli i refleksji nad naszymi marzeniami narodowymi. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na to, że Rozenek była lata świetlne od zrozumienia niuansów postu Gretkowskiej, który wcale nie mieszał jej z błotem, a raczej traktował jako medialny fenomen. Być może była to tylko zasłona dymna. Niewykluczone, że Małgorzata, precyzyjnie planując każdy swój krok, stwierdziła, że aby dotrzeć do swoich fanów, często niemających pojęcia kim jest ta cała Gretkowska, musi użyć zgoła innych środków niż fechtunek na słowa.

Kilka dobrych lat temu Ministerstwo Edukacji wprowadziło do kart egzaminacyjnych – począwszy od podstawówki, aż po liceum ćwiczenia na tzw. „czytanie ze zrozumieniem”. Z badań wynikało bowiem, że Polacy nie tylko nie czytają, ale też, że jeśli coś już przeczytają, to nie do końca rozumieją to, co przeczytali. Rozumieją za to emocje.

Być może Małgorzata, podobnie jak perfekcyjnie sprząta, perfekcyjnie zna swój target. Post w którym odpowiada pisarce śmiało mógłby być użyty na konkursie piękności. Wyświechtane frazesy i odwołania do uniwersalnych wartości przedstawiają autorkę w aureoli królowej ludzkich serc. Jest więc o szacunku do każdej pracy i wszystkich ludzi, który Rozenek wpaja dzieciom.

Dalej zarzut o szerzenie nienawiści i chamstwo, czyli coś, co można zarzucić w Polsce każdemu krytykującemu, kiedy akurat nie mamy lepszych argumentów. W wyrażanej, przez wybotoksowaną i wybłyszczoną Rozenek, trosce o samopoczucie szatniarzy, szczerbatych cieci i sprzątaczek jest z kolei coś obłudnego i lepkiego. Oto Małgorzata, robiąca sobie selfie w lustrze z broszką z logo Chanel wielkości pięści, ubolewa nad tym, że dostęp do opieki dentystycznej jest mrzonką.

No i wreszcie highlight orędzia Lady Rozenek – każdy ma prawo do marzeń. Armaty strzelają, flagi powiewają, dzieci rzucają konfetti. Nie wstydźcie się mokrych snów o kolumnach i zamiłowania do złotych dekorów, obnaszajcie sztuczne brylanty i złote bransolety, dream big rodacy. Banały i farmazony wypisywane przez Rozenek spotkały się ze znakomitym odbiorem. Po co jakakolwiek refleksja?

„Bravo, pani Małgosiu. Jak to mówią żal tyłek ściska. Bo Pani jest nie dość, że inteligentna, piękna i z klasą, to jeszcze ma Pani kochanego męża dającego oparcie. I to niektórych (panią Gretkowską) boli najbardziej. Bo ona nie ma niczego z tego, co tu wymieniam. A sesja przepiękna. Sama bym chętnie poleciała do Dubaju. Podobno jest przepiękny. Pozdrawiam.” – to najczęstszy typ bałwochwalczego komentarza.

Mimo wszystkich tych odwołań do bycia dobrą matką, dobrym człowiekiem itp., itd. Rozenek nie oszczędziła sobie wbicia wcale nie mniejszej liczby szpil, niż Gretkowska, co umknęło średnio kumatym fanom.

Nawiązuje do Partii Kobiet – ugrupowania powstałego po emocjonalnym artykule pisarki w „Przekroju”, które mimo dalekosiężnych planów nie osiągnęło sukcesu. Gdyby pokusić się o argumentacją na tym poziomie, można by wspomnieć o tym, jak Majdan kilka lat temu został lokalnym radnym, jednak nie pojawiał się na posiedzeniach, albo o „prawie” obronionym doktoracie Rozenek. Tyle że bez wycierania sobie gęby szacunkiem i macierzyństwem widać jak na dłoni na jakim poziomie stoją te zarzuty. Rozenek zarzuca też Gretkowskiej, że jej post jest elementem promocji książki, jakoś zapominając, że w wywiadzie w „Vivie” padają nazwy współprowadzonych przez Radosława firm, a z ostatnią stroną tekstu dziwnym trafem sąsiaduje reklama jego nowej inwestycji.

Kamp czy wamp

Wszyscy ci, którzy myśleli, że Majdanowie świadomie pogrywają z kliszami na temat bogactwa i luksusu pokutującymi w naszych głowach, srogo się mylili. W ociekającym lukrem wywiadzie, towarzyszącym sesji, Radosław mówi, że dla niego zdjęcia nie musiały być „aż tak idealne”, ale wie, że dla Małgosi było to ważne. W polemice z Gretkowską Rozenek bez cienia żenady nazywa fotografie pięknymi. Nie „dobrymi, ale wykonanymi w specyficznej stylistyce” czy „nowatorskimi w polskiej prasie”, ale właśnie pięknymi.

I w pewnym sensie to jest w tym wszystkim najbardziej przerażające. Sesję autorstwa Marty Wojtal można odbierać na kilku poziomach. Jako zamierzony, nieco lachapelle’owski kicz i wizualną narrację o hojnym prezesie oraz jego leżącej i pachnącej utrzymance (vide zdjęcie okładkowe na którym upierścieniona brylantowo Małgorzata w ni to szlafroku, ni to prześcieradle opiera się o tors Radosława w mafijnym prążku). Wizerunek, zwłaszcza ten kreowany na sesjach tego typu, wysyła w świat komunikat. Mówi: „To ja. Moje aspiracje, ambicje, wyznawane przeze mnie wartości, mój gust i majątek”. Tyle że jeśli sami zainteresowani wierzą w ten perfekcyjnie nienaturalny obrazek, całość zaczyna się robić mocno groteskowa.

O gustach można oczywiście nie dyskutować, jak doradza jedno z ludowych porzekadeł. Jednak jeśli zły gust i megalomanię firmuje się własną twarzą i związkiem, to samoistnie wszczyna dyskusję. Trzeba nazywać obciach obciachem, zamiast salwować się ucieczką bełkocząc coś o przeciwdziałaniu hejtowi i spełnianiu marzeń. Marzeń, które w głównym nurcie medialnym stały się karykaturą samych siebie, rodzajem nowoczesnego bohaterstwa. Herosem jest więc Łukasz Lucas Jakóbiak, wymyślający sobie questy psychofana-celebryty, czy Deynn i Majewski piszący książkę o pakowaniu na siłowni.

Spec od wizerunku poszukiwany

Inną sprawą jest specyfika sesji w kolorowych magazynach, za które przeważnie w małym stopniu odpowiadają portretowani. Ktoś przecież państwa Majdanów tak wystylizował, sfotografował, uczesał i umalował. Na to tysiące komentujących jakoś nie zwróciło uwagi, w myśl trzeciego przykazania mediów społecznościowych – gdzie dwoje się kłóci, tam trzeci komentuje. Popularność postów obu pań świadczy tylko o tym, że dyskusja uderzyła w czuły punkt. Być może „hollywoodzki odjeb”, jak określiła pisarka stylistykę sesji, jest dla wielu osób szczytem aspiracji, którego jednocześnie głęboko się wstydzą.

Zdaje się, że podobnie jak Małgorzata Rozenek-Majdan swojej pracy. „Prezenterki telewizyjnej” (jak sama się określa) czy może „sprzątaczki” (jak nazwała ją w pierwszym poście Gretkowska). Trudno wyobrazić sobie, że kobieta, która spędziła 9 lat w szkole baletowej, ukończyła prawo i była w trakcie robienia doktoratu gładko wejdzie w rolę naczelnej Pani od pierdół.

Dwa lata temu w programie „Na każdy temat” Magda Mołek zapytała Rozenek, czy nie zdarzało się jej czuć upokorzenia na planie „Perfekcyjnej Pani Domu”. Małgorzata nie była w stanie ukryć zdenerwowania, odparła, że to dziennikarka chce ją upokorzyć. Ciepłe zapewnienie prowadzącej, że zastanawia się ze względu na prawnicze wykształcenie Małgorzaty nie na wiele się zdały. W dalszej części wywiadu Małgosia usiłowała przekonać rozmówczynię, że praca przy programie jest dla niej tyle satysfakcjonująca, co pełna wyzwań i trudności. Jak choćby wiązanie kokardek, które jest jej piętą achillesową. „Kokardka jest dla mnie symbolem wszystkiego takiego trudnego w pracy (…) Przerosło mnie to” – powiedziała Małgorzata podsumowując w pewnym sensie swoje programy. Formaty o wiązaniu kokardek i pokrewnych. W dobrym stylu. Nie bez przyczyny w rankingu magazynu „Wprost” na najbardziej ogłupiający program zwyciężyła „Perfekcyjna Pani Domu”

Rozenek od momentu swojego pojawienia się w mediach w 2012 roku zaliczyła jedną z najbardziej spektakularnych metamorfoz – od surowej pańci leczącej dusze parowaniem skarpet po seksbombę z Dubaju. „Me is Victoria Beckham” nabiera tu znamion przepowiedni.

– Wizerunek Małgorzaty Rozenek-Majdan jest zupełnie niekoherentny. Zaczynała w mediach jako dziewczyna z dobrego domu. Córka Stanisława Kostrzewskiego, ekonomisty i byłego prezesa Banku Ochrony Środowiska, absolwentka prawa i szkoły baletowej, dobra żona poświęcona macierzyństwu. Do tego chętnie opowiadała w mediach o zabiegu in vitro, spełniając bez dwóch zdań rodzaj misji publicznej. To wszystko pasowało jak ulał do postaci poukładanej i dystyngowanej Perfekcyjnej Pani Domu. Potem niespodziewanie zaczęła pojawiać się na ściankach, zaczęły się bulwarowe spekulacje na temat jej wieku i liczby ingerencji chirurga. Coraz mniej było w tym wizerunku klasy, coraz więcej modelowej pustej celebrytki prężącej się na Instagramie. Zainteresowanie Majdanami częściowo wynika właśnie z tej niespójności. Ludzie zastanawiają się kim tak naprawdę jest Małgorzata Rozenek. Ten medialny scenariusz w moim odczuciu jest już na granicy wypalenia. Rozenek będzie musiała wybrać czy pójdzie w stronę ekspercko-gwiazdorską, czy raczej celebrycką. Sesja w Dubaju zapowiada zwrot w stronę celebryctwa w najgorszym wydaniu – komentuje doktor Katarzyna Gajewicz-Korab, medioznawczyni z Uniwersytetu Warszawskiego.
Żyjemy w społeczeństwie które nie czyta książek, jeśli chodzi do kina to na rodzime produkcje pokroju „Botoksu”, a wiedzę o świecie czerpie z newsfeedu na Facebooku i kolorowych magazynów. Celebryci niepostrzeżenie wskakują na miejsce dawnych autorytetów. Stali się liderami opinii, którzy powinni zważać na to, co mówią i robią. Wygląda jednak na to, że sami są w tym wszystkim odrobinę zagubieni.

Zanim przeczytałam wymianę zdań obu Pań trochę współczułam Majdanom roboty, a przeglądając zdjęcia z sesji zachwycałam się stężeniem kiczu, biorąc je za ironiczne. Po lekturze pozostaje mi współczuć polskim Beckhamom braku dystansu do siebie i obłudy – „Nie oceniam ludzi, ale wcześniej miałam skłonność do szufladkowania pewnych sytuacji” – mówi Małgosia w wywiadzie, żeby dalej dodać, że „łatwo oceniać ludzi, nie wiedząc, co kto przeżył”. Podobnie jak łatwo współczuć szczerbatemu cieciowi z łoża king size w pięciogwiazdkowym hotelu.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...