Oszukała mnie pieczona pularda. Dlaczego restauracje utrudniają nam życie dziwnymi nazwami potraw?

Czasami czytanie menu potrafi być prawdziwą zagadką.
Czasami czytanie menu potrafi być prawdziwą zagadką. Fot. Pixabay
W niektórych restauracjach można odnieść wrażenie, że menu tylko czyha na nieśmiałych gości. Trudne i wyszukane nazwy potrafią odstraszyć nawet najbardziej zatwardziałych bywalców. Ale czy faktycznie należy się tego bać?

Ta historia wydarzyła się kilka tygodni temu i wydarzyła się naprawdę. Weekend, miejscowość nad morzem, romantyczna restauracja i romantyczni my. Okazja jest wyjątkowa - moje urodziny! On wystrojony, ja piękna jak nigdy dotąd, a między nami… mityczne menu. Wodzę palcem po liście, robię pełne skupienia miny, przywołuję w sobie wszystkie zasoby lingwistyczne (francuski w podstawówce, włoski w liceum, hiszpański na studiach), wreszcie zamawiam. Decyduję się na pieczoną pulardę z ziarnem orkiszu, smażonym żółtkiem i sosem marchewkowym. Jestem teraz Magdą Gessler, czyli gdzieś między dużymi oczekiwaniem a delikatnymi wątpliwościami. Gdy na stole pojawia się talerz z kurą, próbuję zaskoczenie maskować miną pt. „ostatnio wyglądała nieco inaczej”. Ale to nieprawda. Widzimy się po raz pierwszy. Panie, panowie, poznajcie pulardę, kurę-dziewicę o niezwykle kruchym mięsie.

Happy Saturday! Hope you loves are enjoying the weekend

Post udostępniony przez Minnie Kim (@eatingwithminnie)


Klient vs menu - ostateczne starcie
Kilka słów prawdy: oczywiście z takiej sytuacji jest jedno proste wyjście, można zapytać kelnera. Dla twardych zawodników przeprawa z kelnerem przez takie pole minowe to po prostu okazja do miłej pogawędki. Inni czują się niezręcznie, że zagarniają kelnera wyłącznie dla siebie, jeszcze kolejni chcą być samodzielni. Zanim przejdziecie do dalszej części tekstu, sprawdźcie, jak poradzicie sobie z naszym zebranym z różnych restauracji menu:

Przegrzebki - odkąd programy typu MasterChef zagościły na naszych ekranach, przegrzebki nie robią na nas takiego wrażenia. Można je podawać na wiele sposobów, bardzo smaczne są smażone, grillowane lub panierowane. Przegrzebki to po prostu gatunek małża.

Comber jelenia - brzmi jakby na talerzu miało się pojawić poroże w kolorach ombre, w rzeczywistości jest to część półtuszy jelenia.

Francuskie Vichyssoise z langustynką i małżami - wbrew pozorom pierwsza część nie dotyczy nowego kremu do twarzy, a jest to po prostu francuski chłodnik z pora. Nie wszyscy również wiedzą, że langustynka to gatunek skorupiaka, wyglądem przypominający trochę homara, a trochę krewetkę.


Bouillabaisse - to nie nowa postać w Harrym Potterze, a jedynie… zupa rybna znana na wybrzeżach Morza Śródziemnego.

Medaliony z jelenia flambirowane w armaniaku - flambirowanie to ani imbir ani flirt. Polega na oblaniu lub skropieniu dania alkoholem i podpaleniu go. Armaniak z kolei to najstarszy trunek europejski powstały w procesie destylacji białego wina, przez wiele lat leżakujący w beczkach z dębu francuskiego.

Tort dacqouise - to po prostu tort bezowy (beza przełożona bitą śmietaną z orzechami lub migdałami).

Cafe gourmand - kawa po parysku, czyli mała mocna kawa i kilka niewielkich deserów.

Fale dunaju na porzeczkowej piance
Jest kilka szkół układania menu. Niektóre restauracje kochają poetycki styl, inne zachowują puryzm językowy i dbają o polskobrzmiące odpowiedniki, są też takie, dla których obce nazwy w menu wydają się być gwarancją jakości. Oczywiście najwięcej emocji wywołują te pierwsze. – Często, gdy jestem na jakiejś kolacji w tym klimacie, wysyłam do braci nazwę potrawy i zgadują, co to będzie – mówi Marcin, weekendowy bywalec restauracji. – Zawsze śmieszy mnie, jak "fą fą" i z nadęciem można nazwać danie, które jest de facto... niedużym kawałkiem mięsa w sosie. Tymczasem brzmi to mniej więcej w stylu „delikatna pieczeń czegoś tam, otulona wywarem z młodego czegoś tam, w akompaniamencie zarumienionego czegoś tam”. Choć to i tak jeden z lżejszych przykładów.
Skąd się bierze ten styl i czy ranga restauracji wyraża się poziomem skomplikowanych nazw w menu? – Według mnie język i styl menu nie zależą od rangi restauracji, a od właściciela i od szefa kuchni – mówi Wiktor Stefaniak, szef kuchni w Kuźni Kulturalnej. – Mam wrażenie, że modę na poetycki styl wprowadziła Magda Gessler, że to w jej restauracjach po raz pierwszy pojawiły się tak opisane menu. I choć gości czasem to bawi, trzeba przyznać, że „ozór na postumencie z wasabi” powie nam więcej niż „ozór/wasabi/grzanka”. Postument sugeruje stałą formę, a w drugim zapisie trzeba się już zastanawiać, czy ten ozór jest surowy, gotowany czy w jeszcze innej formie.

Wiktor Stefaniak przyznaje, że wyszukane nazwy w menu nie wywołują u gości irytacji, a raczej uśmiech na twarzy i zaciekawienie. – Znasz sałatkę Horiatiki? – pyta. Myślę chwilę, znowu uruchamiam lingwistyczne zasoby, ale czuję, że mam marne szanse. Dedukcja orbituje między Grecją a Japonią. – Brzmi jakoś tak grecko… - mówię bez przekonania. – Brawo! To tradycyjna sałatka grecka. Restauratorzy wychodzą z założenia, że taka nazwa może zaciekawić gości, a już na pewno zwróci uwagę. Choć oczywiście wiadomo, że poza nazwą istotny jest sposób podania.

Szkoła przetrwania
Ten tekst powstał po to, żeby ośmielić Was, drodzy Czytelnicy, do eksperymentowania, w żadnym wypadku nie mam na celu straszyć was kosmicznymi nazwami. Gdy pytam restauratorów o klucz do tego typu sytuacji, wyznają, że nie ma na to wzoru matematycznego. Najlepszym sposobem jest rozmowa z kelnerem. – Jestem szefem kuchni, ale nie wstydzę się pytać w restauracjach - przyznaje Wiktor Stefaniak. – Nie bójmy się, pytajmy. To nawet lepsze niż sprawdzanie w internecie, bo prowokuje do rozmowy.

Przygotowując ten artykuł, przeglądam mnóstwo wyszukanych menu. Wśród nich natykam się również na niespotykaną odmianę sezamu - czrny sezam. Hm... Jakaś bułgarska odmiana! Moja odporność na wyszukane nazwy zmalała, dopiero po chwili dociera do mnie wesolutka prawda: ten sezam to zwyczajna literówka.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...