"Nie powierzyłabym psychologowi swojej głowy". O specyfice pracy dziennikarki śledczej rozmawiamy z Justyną Kopińską

Justyna Kopińska
Justyna Kopińska Fot. Zuza Krajewska
Sprawia wrażenie bardzo delikatnej i spokojnej. Trudno uwierzyć, że jej codziennością są spotkania z mordercami i psychopatami. Justyna Kopińska potrafi tak przypierać do muru przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości, że z bezsilności rzucają słuchawką w środku rozmowy.

Bezkompromisowość w dochodzeniu do prawdy przyniosła jej morze nagród, w tym m.in. European Press Prize Award, czyli europejskiego Pulitzera. Mimo sporego zainteresowania jej osobą nie chce zdradzać szczegółów z życia prywatnego: trudno ustalić, ile ma lat, skąd pochodzi i jak wygląda jej życie prywatne. Wydała dwie książki, a najnowsza – "Z nienawiści do kobiet" – mimo że premierę ma dopiero 8 marca, dzięki internetowej przedsprzedaży już trafiła do czołówki bestsellerów Empiku w kategorii "reportaż".


Musiałaś być koszmarem nauczycieli w szkole – taka dociekliwa, wiercąca dziurę w brzuchu uczennica, przed którą nie ma się gdzie schować.

Zaskoczę cię, nauczyciele bardzo mnie lubili. Byłam dobrą uczennicą, ale niespecjalnie interesowało mnie to, co omawialiśmy. Robiłam, co trzeba i pędziłam do domu, żeby móc zająć się tym, co naprawdę mnie interesowało.

Czyli?

Dużo wtedy czytałam. Pochłaniałam ogrom książek na temat zła. Chciałam wiedzieć, dlaczego psychopaci osiągają władzę albo jak to możliwe, że można kilkadziesiąt osób namówić do samobójstwa.

To, że zaczęłaś się tym interesować w tak młodym wieku, teraz procentuje. Gdy rozmawiasz z sędziami, którzy podjęli złe decyzje, potrafisz precyzyjnie wypunktować ich błędy. Nie są w stanie wymknąć ci się, mimo że to oni są prawnikami. Jak osiągnęłaś ten poziom?

Odkąd pamiętam towarzyszyła mi pewność, że jestem solidnie przygotowana. Po pierwsze, interesuję się tym od dzieciństwa. A po drugie, od młodych lat miałam kolegów w policji i spędzałam czas wśród osób, które zajmują się tą tematyką. Piliśmy wódkę i rozmawialiśmy do późnej nocy. Mówili mi o takich sytuacjach jak ta, którą opisałam w "Ten trup się nie liczy", gdzie statystyka policyjna okazała się ważniejsza od rozwiązania sprawy. Trzeba spędzić naprawdę dużo czasu w tym środowisku, żeby je poczuć i żeby człowiek otworzył się przed tobą, opowiedział o problemach. Bardzo trudno mówi się o tym, że gdzieś dało się ciała albo że szefowie nas do czegoś zmusili.


Tytuł Twojej najnowszej książki jest bardzo aktualny. Celowo nawiązałaś do tematu kobiet i nadużyć względem nich?

To przypadek. Wszystko zaczęło się, gdy pisałam reportaż ”Elbląg odwraca oczy”, czyli historię tłumaczki według sądu zgwałconej przez ratowników medycznych. Ci mężczyźni dostali karę w zawieszeniu i nawet na jeden dzień nie poszli do więzienia. Sprawdziłam wtedy statystyki dotyczące gwałtów i okazało się, że prawie połowa spraw, w których gwałt został już udowodniony, kończy się wyrokami w zawieszeniu. Ofiara mija potem oprawcę na ulicy, dosłownie mija, bo często mieszkają w sąsiedztwie. Kobiety mówią, że to zabicie ich duszy, upodlenie i poniżenie, bo oprawca śmieje im się w twarz. Przeraziło mnie to. Chcę takie sytuacje nagłaśniać i chcę, żeby sędziowie byli bardziej odpowiedzialni za wyroki. Dlatego wszystkich, którzy podjęli istotne decyzje, umieszczam w reportażach z imienia i nazwiska. Wiem, że spotyka ich potem ostracyzm zawodowy.

Jak wygląda spotkanie z mordercą?

Miałam kiedyś spotkanie z mężczyzną, który zabił cztery osoby, a ciała pozostawił w okropnym stanie. Wiedziałam, że potrafi z niezwykle łagodnej osoby przeobrazić się w kogoś bardzo agresywnego. Przypuszczałam, że zbyt osobistymi pytaniami mogę go wyprowadzić z równowagi, dlatego poprosiłam w więzieniu, żeby rozmowa odbyła się w obecności strażnika. Zanim przyprowadzono skazanego, strażnik trzy razy zapytał, czy to długo potrwa, bo spieszy się, by coś zjeść.

Więzień od razu poprosił o rozmowę w cztery oczy, uzasadniając to tym, że będziemy mówić o sprawach bardzo prywatnych. Strażnik nie powinien na to przystać, a jeśli już, to powinien zostać w pobliżu. Był głodny, dlatego dał mi do podpisania dokument, że na własną odpowiedzialność zostaję sam na sam z więźniem. Weszliśmy do niewielkiego pomieszczenia, w którym – jak się chwilę wcześniej dowiedziałam – nie działała kamera, a on posadził mordercę po stronie przycisku alarmowego. Nie mogłam mu już nawet zwrócić uwagi, bo okazałabym strach. Tak znalazłam się w bardzo niebezpiecznej sytuacji.

Bałaś się?

Tak, wtedy się bałam, dlatego nie zadałam tych pytań. Spytałam za to o warunki, jakie ten więzień ma w więzieniu. Zaczął opowiadać o fascynacji bombami i trotylem, o tym, że zamawia książki na ten temat i ma fantazje, żeby zabić jak najwięcej osób. To też było ciekawe, ale tym razem wybrałam własne bezpieczeństwo, a trudne pytania zadałam przy drugim spotkaniu z nim, gdy miałam już na sobie system alarmowy. Nie ryzykowałam przekroczenia granic, choć przyznaję, że zdarzyło mi się.

Co się dzieje, gdy przekraczasz granice?

Podam przykład. Rozmawiałam kiedyś z człowiekiem karanym za pedofilię, który jest już na wolności, a ja podejrzewałam go o związek z morderstwem. Podczas tego spotkania wyłączył mój dyktafon i powiedział, że jeśli cokolwiek z tej rozmowy opublikuję, to nie przeżyję. Poszłam na to spotkanie sama, nikt na mnie nie czekał gdzieś w pobliżu. Teraz bym tak nie zrobiła, wzięłabym ze sobą któregoś ze swoich przyjaciół z policji.

Czy strój ma jakieś znaczenie na takim spotkaniu?

Myślę, że nie ma znaczenia, ale zawsze ubieram się dość elegancko i tak, żeby się nie wyróżniać. Zazwyczaj mam na sobie biały albo czarny żakiet i t-shirt, też w stonowanych kolorach.

Mimo że twoje teksty traktują o ciężkich tematach, podajesz je ze spokojem i opanowaniem, jakbyś nie chciała dodatkowo obciążać ich swoimi emocjami. To przypomina spokój terapeuty, który z założenia jest w stanie sporo udźwignąć na swoich barkach. Ale terapeuci mają swoich supervisorów, którzy pomagają im pozbyć się tego ciężaru. A ty?

Staram się nie obciążać bliskich. Spotykam się z przyjaciółmi, z którymi łączy mnie pasja do podróżowania, jemy pyszne rzeczy, dużo rozmawiamy. Odpoczywam w ten sposób. Nie powierzyłabym psychologowi swojej głowy tak w stu procentach. Mógłby za bardzo namieszać w tym wszystkim, co widzę w swojej pracy. Wolę przegadać temat z przyjaciółmi z policji, czuję się wtedy dużo lepiej. Przelewanie historii na papier też pomaga, uwalnia demony.

Co poczułaś, gdy otrzymałaś wiadomość od Krzysztofa Millera, w której zasugerował, że być może robisz za dużo tych tematów? Niedługo później popełnił samobójstwo.

Mam chyba tak, jak Krzysztof miał na samym początku. Czuł się niezniszczalny. Wracał z kolejnej wojny i było dobrze. Dopiero po wielu latach poczuł, że wszystko skumulowało się w nim i nijak nie potrafił już sobie z tym poradzić. Po jego wiadomości zaczęłam jeszcze bardziej przegadywać tematy. Ale myślę, że jest różnica między pisaniem a fotografowaniem. Pisanie jest bardziej terapeutyczne. Zdjęcie trwa sekundę i nie pozwala ci tego zła z siebie wyrzucić. Staram się zachować balans. Teraz na przykład piszę powieść. Piszę też tekst o pedofilu-mordercy. To będzie 10 stron, a ja pracuję nad tym przez dwa lata. Myślę, że warto pracować w ten sposób.

W notkach na twój temat przewija się informacja o tym, że mieszkałaś w Kenii. Co tam robiłaś?

To był taki etap mojego życia, w którym publikowałam już głośne reportaże, ale nadal miałam wątpliwości, czy będę w tym zawodzie tak dobra jak chcę być. Kenia okazała się odskocznią. Przyjaciel, który od lat tam mieszka i prowadzi interesy, musiał wyjechać na trzy miesiące. Zaproponował mi, żebym zajęła się w tym czasie jego klientami z USA i Wielkiej Brytanii. Dużo czasu spędziłam na północy Kenii, która jest odcięta od prądu. Oglądałam filmy z ludźmi, którzy nigdy wcześniej nie widzieli czegoś takiego. Puściłam im "Pożegnanie z Afryką". To było niezwykłe - móc oglądać ich pierwszą reakcję na coś, co dla nas jest oczywiste. Miałam zostać na trzy miesiące, zostałam na blisko rok.

Musiałaś się tam bardzo dobrze czuć.

Byłam tam tak szczęśliwa, że nawet zastanawiałam się, czy nie zostać. Wróciłam ze względu na pisanie. Ale dużo spraw przepracowałam sobie w głowie. Wiedziałam już, jak chcę pisać i o czym.

Wrócisz tam na stałe?

Moja siostra ma zamiar kupić ziemię przy Mount Kenya i ostatnio śmiała się, że wybuduje dom, a poddasze będzie dla mnie – będę tam pisać książki. Zresztą obie weszłyśmy parę lat temu na Mount Kenya! Razem z naszym przyjacielem Grzegorzem oraz z Piotrem Pustelnikiem, zdobywcą wszystkich ośmiotysięczników.

Na jaką wysokość weszliście?

5 tysięcy metrów.

Nie wiedziałam, że jesteś taką fanką gór.

Opowiem ci taką historię. Spaliśmy w schronisku, w którym było lodowato. Wprawdzie mieliśmy ciepłe śpiwory, ale i tak byłam przemarznięta. Pracownicy schroniska sami z siebie przynieśli mi butelki z gorącą wodą i włożyli do śpiwora. I to było dopiero szczęście! Niesamowite, że takie chwile potrafią ci sprawić więcej radości niż kupno samochodu.

A co cię najbardziej uszczęśliwia w życiu?

Właśnie takie małe butelki.


Premiera książki "Z nienawiści do kobiet" odbędzie się 8 marca w Empik Junior w Warszawie o godz. 18:00.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...