"Nie dam się zmienić". O hejcie, pułapkach showbiznesu i pewności siebie rozmawiamy z Aleksandrą Domańską

Aleksandra Domańska
Aleksandra Domańska Fot. archiwum prywatne
Ostatnio zrobiło się o niej głośno za sprawą filmu "Podatek od miłości". Jej twarz stała się rozpoznawalna, a ona sama odbyła promocyjne torunee po mediach: od telewizji śniadaniowej przez ”Milionerów” aż po wizytę u Kuby Wojewódzkiego. Zresztą właśnie po emisji tego ostatniego programu zaczęto o niej gorąco dyskutować. Ludzie nie wiedzą, co o niej myśleć i jak ją odbierać. Jednych urzekła naturalnością i spontanicznością – inni uznali, że jest infantylna. Kipi w niej energia, jakiej dawno nie widzieliśmy. Na spotkanie ze mną wpada spóźniona, spod czapki rozsypują się mokre włosy. Nie zdążyła wysuszyć. Aleksandra Domańska, kobieta-żywioł.

Jak się czujesz, gdy czytasz te wszystkie tytuły, że jesteś gwiazdą i objawieniem polskiego kina?

Nie czytam nic o sobie. Zbyt dużo mnie to kosztowało. Przestałam czytać nawet Pudelka (a czytałam!). Nie wiem, co się pisze na mój temat. Ktoś mi powiedział, że w TVN lecą reklamy mojego filmu i jest tak rozreklamowany, że ludziom chce się rzygać. A ja nie mam nawet telewizora. Skupiam się na tym, co mam do zrobienia.

Zdrowo. To świadoma decyzja?

Razem z rosnącą popularnością musisz się mierzyć z coraz większą liczbą ocen z każdej strony. Nigdy wcześniej nie dostawałam negatywnych wiadomości czy komentarzy w internecie, trochę nie spodziewałam się tego. Wiem, że to brzmi naiwnie, ale naprawdę sądziłam, że jak człowiek nie krzywdzi nikogo i po prostu robi to, co kocha, to nie jest narażony na negatywne komentarze.

Hejt naprawdę ma taką moc?

Ja się podłamałam po emisji odcinka u Kuby Wojewódzkiego. Oczywiście dostałam tysiące pozytywnych wiadomości i komentarzy, ale była też znaczna, choć mniejsza, część tych negatywnych. To mnie zszokowało. Nie byłam na to przygotowana. Przez cztery dni siedziałam w domu i myślałam, że już nigdy stamtąd nie wyjdę, chciałam nawet usunąć wszystkie swoje media społecznościowe. Stwierdziłam, że to nie jest tego warte.


Co się stało po tych czterech dniach, że jednak stanęłaś na nogi?

Miałam przy sobie wtedy cały sztab ludzi w postaci przyjaciół i rodziny, który zbierał mnie do kupy. Pomogły rozmowy. W końcu musiałam sama sobie na głos powiedzieć, że nie wszyscy muszą mnie kochać. W internecie zawsze będą jakieś negatywne komentarze, nie zmienię tego. Muszę przede wszystkim zaufać sobie. To lekcja: nie mogę przejmować się negatywnymi komentarzami, ale też nie mogę kierować swoim życiem pod wpływem tych dobrych. Bo paradoksalnie te pozytywne też mogą być szkodliwe. Stwierdziłam, że od teraz skupiam się na swoim życiu, a nie na tym, co się dzieje w portalach.

Szkoda by było, żeby coś cię zmieniło.

Nie dam się zmienić.

To ciekawe, bo ja przed tym odcinkiem „Kuby Wojewódzkiego” zastanawiałam się, czy obronisz swoją naturalność i nie dasz się stresowi. Wyobrażam sobie, że usiąść tam to prawdziwe wyzwanie.

To był totalny stres. Uznałam, że mam tylko jedno wyjście: być sobą.

Ale przecież właśnie w stresie najtrudniej być sobą!

Ja i ten stres to był pakiet. Później obwiniałam się, że nie udzieliłam żadnej merytorycznej odpowiedzi. Ale z drugiej strony... to nie był program „W roli głównej” Magdy Mołek, tylko „Kuba Wojewódzki Show”.

Zmieniłabyś coś w swoim zachowaniu z tamtego odcinka, gdybyś mogła?

Właściwie nie.
Co teraz robisz po tym szumie medialnym?

Pracuję na planie polsko-niemieckiej produkcji „Dom tułaczy”. Film reżyseruje Mariko Bobrik, Japonka, która skończyła reżyserię w Łodzi. Ta praca to dla mnie zupełnie nowe doświadczenie, bo Mariko opowiada ten film obrazami. Praktycznie nic tam nie mówię, nie mogę się doczekać efektu. Bardzo dobrze pracuje mi się z kobietami, bo więcej wymagają i więcej widzą.

I co potem?

Nie mam żadnych planów zawodowych. Ciężko powiedzieć, co dalej.

Weźmiesz sprawy w swoje ręce, jak wtedy, gdy wywiad z Anją Rubik zainspirował cię do napisania maila do Krystyny Jandy? Czy poczekasz aż samo się ułoży?

Już raz to zrobiłam. To były takie moje małe misje wtedy i zakończyły się sukcesem. Teraz jestem w trochę innym miejscu: po premierze filmu, w którym zagrałam główną rolę i który zebrał bardzo dobre recenzje, co mnie ogromnie cieszy. To, że mam teraz więcej wolnego czasu, nie jest już przerażające. Rozumiem, że to jest wpisane w ten zawód. Co mogę zrobić? Mogę się skupić na swoim rozwoju. Dlatego składam demo aktorskie, które chcę powysyłać w kilka miejsc, uczę się języków, bo ciągnie mnie za granicę.

Zawodowo też?

Tak.

No to przyznaj się, jakiego języka się uczysz i na który rynek polujesz.

Uczę się włoskiego, hiszpańskiego, doszkalam angielski. W zeszłym roku widziałam kilka włoskich filmów, które mnie zachwyciły, dlatego bardzo chciałabym znaleźć tam agenta. Ale zależy mi na tym, żeby przede wszystkim spróbować, odważyć się, wyjść ze strefy komfortu, bo to mnie najbardziej rozwija.
Przychodzi do ciebie marka obuwnicza: „Pani Olu, pani wstawi jedno zdjęcie na Insta, buciki takie w pani stylu mamy”. Co robisz?

Odmawiam. Nie czuję czegoś takiego. Ale nie oceniam tych, którzy to robią. To po prostu nie jest dla mnie.

„Taniec z Gwiazdami”?

Dostałam propozycję. Odmówiłam.

Dlaczego?

To jest tak samo jak z reklamowaniem czegoś na Instagramie - nie czuję tego. Ten format nie jest dla mnie. Ale jeśli dostałabym propozycję z programu "Azja Express", to bym się zgodziła. Więc jak widzisz, nie chodzi tu o sam fakt wzięcia udziału w tego typu programach, tylko o to, czy odnalazłabym się w danej formule.

Jak trafiłaś do filmu Wojciecha Smarzowskiego?

Przez casting. Żadnych magicznych sztuczek, jedynie wieloetapowy casting, najeździłam się trochę. Smarzowski po prostu wybrał mnie spośród kilkudziesięciu dziewczyn. Kompletnie się tego nie spodziewałam. Widziałam tam dziewczyny, które znam i które podziwiam. Uważam, że są sto razy lepszymi aktorkami ode mnie. Jak się dowiedziałam, że wybrał mnie, nie mogłam w to uwierzyć. Spotkanie z nim okazało się ważną lekcją. Jest niesamowity. To była pierwsza cegiełka do bardzo niskiego murku, który się nazywa „moja pewność siebie”.

A z którym reżyserem chciałabyś teraz pracować?

Przede wszystkim myślę o kobietach. Bardzo chciałabym pracować z Agnieszką Smoczyńską, Kingą Dębską, Jagodą Szelc, która zadebiutowała genialnym filmem „Wieża. Jasny dzień”. Jeśli chodzi o teatr, od lat marzę o pracy z Agnieszka Glińską.

Nie masz wrażenia, że w polskim kinie zaczyna powoli panować moda na wyciąganie aktorów z szufladek? Partnerujący ci w „Podatku od miłości” Grzegorz Damięcki został wyciągnięty z teatru dla masowego widza.

Może rzeczywiście to się powoli zmienia. Byłoby fajnie. Szufladkowanie jest bardzo ograniczające i jestem jego przeciwniczką. Mam plan nie dać się zaszufladkować, jestem ciekawa, czy mi się to uda. Na ten moment nie wiem, gdzie ja w tym wszystkim jestem.

Może jesteś na rozdrożu. Pytanie tylko, czy musisz wybrać i czy w ogóle to ty wybierasz.

Otóż to! Wierzę w to, że mogę robić rzeczy komercyjne jak i niezależne i bardziej offowe. Free your mind. Bardzo chciałabym robić swoje własne rzeczy. Czuję, że to czekanie jako narzędzie dla innych twórców to dla mnie za mało. Najpierw czekasz, żeby w ogóle zaprosili cię na casting. Potem musisz go jeszcze wygrać. Dlatego chcę zacząć sama tworzyć. Wierzę, że dzisiejszy świat daje nam naprawdę wiele możliwości, trzeba tylko podnieść tyłek z kanapy i zacząć robić.

Będziesz pisać scenariusze?

Marzę o tym. Mam pomysł na film i, co więcej, uważam, że to bardzo dobry pomysł. Brzmi nieskromnie, ale wiem, jak ważna jest wiara w siebie, dlatego staram się tak motywować. Zaczęłam pisać scenariusz i dawno nie czułam się tak podekscytowana. Historia jest raczej prosta, opowiada o rzeczach, z którymi każdy z nas się zmaga, o poszukiwaniu odpowiedzi na pytania, które każdy sobie zadaje, ale nie mówię już więcej bo wiesz jak to jest - kto dużo gada...

A ty na jakie pytanie chciałabyś poznać odpowiedź w tym momencie swojego życia?

Wiadomo! Jak żyć?
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...