Zwyciężczyni "Milionerów": "Wygrana nic nie zmienia. Nadal będę zmywać naczynia"

Maria Romanek jest drugą osobą w historii polskiej edycji "Milionerów", która zdobyła milion
Maria Romanek jest drugą osobą w historii polskiej edycji "Milionerów", która zdobyła milion Fot. naTemat
Mityczny milion w "Milionerach" został zdobyty. Przez kogo? Przez sympatyczną emerytkę z Podkarpacia. Nie będzie przesadą, jeśli napiszę, że Maria Romanek skradła serca widzów. Z niezwykłą elegancją i czujnością przebyła drogę piętnastu pytań dzielących ją od miliona. Dzisiaj przyznaje, że nie myślała wtedy o pieniądzach. – Ja się cieszyłam, że siedzę naprzeciwko Huberta. On jest taki kochany! Samo to już było fajne i było przygodą. Jak człowiek tak siedzi w małej miejscowości, to już sam wyjazd do Warszawy staje się przygodą – mówi pani Maria.

Gdy próbuję ją namówić na rozmowę, stwierdza, że nie ma właściwie o czym opowiadać, bo przecież poszła tylko do programu i wygrała. O czym tu mówić. To właśnie niespotykana skromność i jej wielkie serce urzekły widzów. Jeszcze przed wygraną pani Maria zdradziła, na co chciałaby przeznaczyć pieniądze: na pomoc potrzebującym dzieciom, renowację nagrobków cmentarza w Lesku oraz na wycieczkę do Gruzji. Chciałaby też odnowić sobie kuchnię.

Plan wycieczkowy aktualny?

Mam sześcioro dzieci, więc przede mną co najmniej sześć wycieczek. Plus oczywiście wycieczka z mężem. Mąż jeździ po całej Europie i powiedział, że jego tylko Polska interesuje: albo Kotlina Kłodzka albo Kaszuby, które uwielbiam.

Moment tuż przed ogłoszeniem poprawnej odpowiedzi w pytaniu za milion musiał być bardzo stresujący.

Najbardziej stresujący moment był wtedy, gdy pierwszy raz startowałam do "Milionerów". Nie odpowiedziałam wystarczająco szybko na pytanie eliminacyjne, ktoś był szybszy, nie udało się. Pomyślałam sobie wtedy: „E tam, walczę dalej, próbuję znowu”.

Teraz, gdy się dostałam, było mi trochę głupio. Chwilę wcześniej poznałam bardzo sympatyczną dziewczynę, też startowała. I to takie niezręczne uczucie, bo cieszę się, że się dostałam, a jednocześnie szkoda mi tych, którym się nie udało. Potem ją pocieszyłam, że mnie też się udało dopiero za drugim razem.
"Co by nie było, będzie dobrze" - z takim nastawieniem czekała pani na werdykt Huberta. To zasada, która pani przyświeca w życiu?

Tak, zawsze w każdej sytuacji można znaleźć pozytywy. Skoro do tej pory miałam fajne życie, to wygrana lub jej brak tego nie zmieni. To ciągle ta sama ja, ta co wczoraj i przedwczoraj. Nadal będę zmywać naczynia, nadal będę przecież ścierać podłogi.

Żadnej taryfy ulgowej?

Ale ja lubię sprzątać!

Powiedziała też pani, że swoją wygraną udowodniła, że po 60-tce fajnie się żyje.

Gdy seniorzy przechodzą na emeryturę, to cała ich wiedza i doświadczenie przestają być potrzebne. To smutne. Chodzi o to, żeby trochę zawalczyć o siebie i nawet jeśli mamy wrażenie, że nikt nas nie potrzebuje, spróbować podzielić się swoją wiedzą, nie dać się, wyjść do ludzi. Chodzi o to, żeby coś robić. Nie można siedzieć tylko w czterech ścianach, bo wtedy szybciej się starzejemy i stajemy się zgorzkniali. Trzeba dalej żyć. Na emeryturze mamy więcej czasu, dlatego trzeba sobie znaleźć swoją niszę i w niej coś robić.


A gdyby zgłosiła się do pani jakaś organizacja promująca aktywny styl życia wśród seniorów, stanęłaby pani na jej czele?

Lubię siedzieć w ostatniej ławce. Wiem, że głupio mówić o sobie, że jestem skromna, ale staram się taka być. Mama mnie tego nauczyła. Znam swoje miejsce w szeregu. Żadne tam na czele, nie ma mowy.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...