Mówili, że to zakała współczesnej kultury. Gratka dla wszystkich, którzy chcieliby poznać kino nieme

To jeden z najpopularniejszych filmów kina niemego.
To jeden z najpopularniejszych filmów kina niemego. Kadr z filmu "Brzdąc"
To było przerażające. Ludzie krzyczeli i wybiegali z kina. Nie byli przygotowani, myśleli, że to prawdziwy pociąg jedzie na nich wprost ze ściany. Ta relacja z pokazu pierwszego filmu braci Lumiere jest chyba najczęściej, nawet w szkołach, powtarzaną anegdotką kinową. Ile w tym prawdy i czy produkcje nieme są kwintesencją kinematografii?

Kino musi umrzeć!
Kino zaczęło się wraz z opatentowaniem kinematografu przez braci Lumiere i pierwszym publicznym pokazem filmu 28 grudnia 1895 roku. Tak zwykło się nas uczyć w szkołach i z taką wersją utożsamiamy początki wspaniałego wynalazku, którym cieszymy się do dziś. Ale oczywiście dużo musiało się stać przed tą datą, a jeszcze więcej stało się potem. Jednak to o tych początkach, w porównaniu do późniejszych produkcji, wiemy najmniej, jakoś je pomijamy, a już znaleźć fana kina niemego… O to z pewnością byłoby trudno, co tym ciekawsze, że to właśnie te pierwsze krótkie filmy stanowią niejako kwintesencję tego, co dawniej rozumiano jako kino.

Każdy, kto interesuje się kinem w szerszym kontekście, wie o dyskusji, która rozpalała i rozpala ludzi od XIX wieku – czy filmy możemy w ogóle uznawać za gałąź sztuki? Czy jest to tylko twór naznaczony masowością i chęcią zysku? Od pierwszych pokazów, na które ściągały tłumy, światłe głowy zadawały sobie te pytania. Bo to warto podkreślić na samym wstępnie – pomimo tego, że całe społeczeństwa zafascynowały się nowym wynalazkiem, to w opinii publicznej jawiło się ono jako coś negatywnego, coś, czemu zwiastowano szybką śmierć, a kojarzono z pokazami magicznymi, a nawet spirytystycznymi. Przeznaczonymi oczywiście dla mas, tych mniej wykształconych. Karol Irzykowski pisał, że "współczesny Europejczyk używa kina, lecz się go wstydzi".
Nie inaczej było w Polsce. Karol Irzykowski wspomina, że w 1913 roku „modą było pogardzać kinem”, a kino trzeba było potępiać i zwalczać, bo to „zakała współczesnej kultury”. I już wtedy pisał: "Kino musi się jednak wystrzegać zbyt ścisłej łączności ze sztuką słowa, gdyż stąd grozi mu największe niebezpieczeństwo". Można odnieść wrażenie, że ta zła wróżba niejako się spełniła – przeciętny widz zwraca szczególniejszą uwagę na słowo niż obraz. W szkołach nie prowadzi się edukacji z "czytania filmu" jako tworu czysto wizualnego, gdzie właśnie poza aktorami tak silnie "grają" i oddziałują, chociażby światło, barwa, symbol czy przestrzeń.

Polska cegiełka
Ignorancją byłoby przyjęcie „książkowej” wersji początków kina. Dzisiaj wiadomo, że bracia Lumiere mieli po prostu szczęście i… refleks. W tym samym bowiem czasie prace nad kinematografem, cudowną maszyną, która poruszy fotografie, trwały w różnych miejscach Europy. Niektóre źródła podają, że jedną z najstarszych kinematografii jest ukraińska, a jednak obecnie trudno znaleźć osobę, która wymieni kilka tytułów czy reżyserów z tego kraju.


Nad maszyną niezależnie pracowano w różnych europejskich lokalizacjach. Był to pewnego rodzaju wyścig o to, kto pierwszy zaprosi publiczność na seans. Wiadomo, że brał w nim udział, chociażby Edison, a także nasz rodak Kazimierz Prószyński, którego wkład w rozwój kinematografu został zapomniany oraz Siegmund Lubin, który zbudował pierwszy przenośny projektor.

Bez dźwięku i bez koloru?
Początkowe produkcje znacznie różniły się od współczesnych podstawową rzeczą (poza brakiem udźwiękowienia oczywiście) – nie miały opowiadać historii, a jedynie fetyszyzować obraz. Między innymi stąd biorą się niepotwierdzone anegdotki, jakoby widownia miała uciekać z kina na projekcji filmu braci Lumiere „Wjazd pociągu na stację w La Ciotat”. Oczywiście ludzie byli zaskoczeni nowym wynalazkiem, nie ma jednak wiarygodnych źródeł, które by potwierdzały tak dynamiczne, a wręcz paniczne reakcje.
Jednak z tej fascynacji obrazem, aspektem raczej dokumentalnym niż fabularnym, te najwcześniejsze filmy kwalifikuje się do tzw. kina atrakcji. Kamera stała nieruchomo, nie można jej było ruszać w trakcie nagrania. Pokazywała jakiś fragment rzeczywistości, ale nie obudowywała jej fabułą. Za film przejściowy z atrakcji do narracji uważa się „Napad na ekspres” z 1903 roku. I właśnie to przejście było jeszcze silniej krytykowane – chociaż dostrzeżono, że ludzie chcą historii, łakną opowieści z fabułą i zaskoczeniami, to uznano, że właśnie ten rozwój jest równoznaczny z upadkiem.

Ważnym wyzwaniem dla wczesnych twórców było poradzenie sobie z tą potrzebą. O ile kilkusekundowe nagrania, jak ktoś podlewa trawnik czy idzie ulicą, nie wymagały narracji, o tyle dłuższe fabularyzowane obrazy wymagały słów. Napisy wyświetlano na czarnych planszach lub wprowadzano ważne informacje za pomocą elementów świata przedstawionego (kartki z kalendarza, listu, zegara). W salach znajdowali się taperzy, którzy grali muzykę na żywo – spokojniejszą w chwilach sielanki, dynamiczną, gdy działa się tragedia.

Dźwięk w filmach pojawił się w drugiej połowie lat 20. XX wieku. Do tego momentu czerpano z tego, co było dostępne – wyraźnej mimiki, przerysowanych, wręcz teatralnych gestów, mocnego makijażu, kontrastów. Istotne jest również, że nie zawsze i nie wszystkie filmy nieme były czarno-białe. Dlaczego zatem jako takie właśnie je kojarzymy? Odpowiedź jest prosta – to czysta ekonomia. Aby uatrakcyjnić seanse i przyciągnąć jeszcze więcej widzów, filmy kolorowano, jednak tylko ich oryginalne wersje. Kopie, które przetrwały, były czarno-białe, by zaoszczędzić pieniądze.

Podaj tytuł pierwszego filmu polskiego...
„Antoś po raz pierwszy w Warszawie”, „Powrót birbanta”, „Przygody dorożkarza” czy „Pruska kultura”. Trudno jednoznacznie orzec, który z tych tytułów był pierwszym z pierwszych polskich filmów, tym bardziej że niestety większość nie zachowała się do dzisiaj. Ciekawa historia spotkała jednak ostatni z nich – "Pruską kulturę".

Mojżesz Towbin był właścicielem warszawskiego iluzjonu. U schyłku 1907 lub na początku 1908 roku zdecydował się na, najprawdopodobniej pierwszą na ziemiach polskich pod trzema zaborami produkcję filmu fabularnego. Co ciekawe fabuła dotyczyła spraw aktualnych, czyli strajku dzieci wrzesińskich i protestu Michała Drzymały. Rosyjskie władze nie wyraziły zgody na wyświetlanie filmu, pewne jest jednak, że pokazywano go we Francji czy we Włoszech.

I najpewniej dzięki temu, możemy dzisiaj oglądać ten najstarszy zachowany zabytek kinematografii polskiej sprzed stu lat. Ośmiominutowa francuska kopia została odnaleziona w 2000 roku w archiwum w Bois d’Arcy pod Paryżem przez Małgorzatę i Marka Hendrykowskich.
"The Polish Dancer", czyli Pola Negri
Jednym z najbardziej znanych polskich filmów okresu niemego jest "Bestia" z 1917 roku, w której to produkcji zagrała Pola Negri. Już wtedy odkryto, że jednym z gwarantów sukcesu kinematograficznego jest ładna aktorka i jej tajemniczość – nawet dzisiaj trudno określić, które informacje na jej temat są prawdą. Wiadomo jednak, co wyróżniało ją na tle ówczesnych artystek. Był to sposób poruszania się, lekkość, elastyczność, których to nabyła w szkole baletowej. Andrzej Krakowski opisując ją w książce „Pollywood. Jak stworzyliśmy Hollywood” pisze dobitniej o jej „małpiej zwinności i elegancji”.

Pola Negri szybko została dostrzeżona przez producentów z Niemiec i tuż po premierze "Bestii" zaproponowano jej kontrakt, co skończyło się głośnym procesem. Ten rozgłos świadczył nie tylko o popularności aktorki, ale również o coraz większym znaczeniu kina w zniewolonej zaborami Polsce. Ostatecznie wyrok był niekorzystny dla Negri i musiała zagrać jeszcze w trzech filmach wytwórni Aleksandra Hertza, ale później, do I wojny światowej, występowała już tylko w produkcjach niemieckich. W 1922 roku trafiła do Hollywood.

Rok wcześniej producent ze Stanów Zjednoczonych kupił prawa do dystrybuowania "Bestii" - za oceanem zrobiła karierę jako "The Polish Dancer". Według zachowanej dokumentacji, to pierwszy polski film pokazywany w USA, jednak w amerykańskich materiałach promocyjnych pominięto informację o jego pochodzeniu, twórcach czy dacie powstania. Największym plusem sytuacji jest jednak to, że dzięki eksportowi obrazu za granicę, zachował się on do dziś.
Chociaż w tym okresie nie możemy mówić jeszcze o "systemie gwiazdorskim" w dzisiejszym rozumieniu, to na pewno znane twarze miały przyciągać widownię - przed kamerę zapraszano zatem śpiewaków operowych (Marian Palewicz), a nawet sportowców - takim przykładem może być zapaśnik Władysław Pytlasiński. Natomiast posługiwanie się kwiecistym językiem i wplatanie inspiracji malarskich miało podnosić wartość poetycką filmu. To ostatnie było również pomocne przy "przedstawianiu" scen erotycznych.

Dlaczego polskie kino nieme nie jest znane?
Kino polskie od samych początków zostawało trochę w tyle w stosunku do innych kinematografii. Nie chodzi jednak technicznie o sam wynalazek, ale stylistykę, specyfikę, która w innych krajach bardzo wyraźnie się kształtowała. Stefania Zahorska opisała te style jako „bałwochwalstwo czynu, aktywności, zwycięstwa życiowego, przy równoczesnym purytańskim moralizatorstwie” w kinie amerykańskim, „nastawienie psychologiczne” w filmach niemieckich (ekspresjonizm niemieckim) i rosyjski „utylitaryzm społeczny”.

Polskie filmy zdominowane były przez uproszczoną tematykę miłosną i ideę narodową. Filmoznawcy wymieniają dwa przeważające modele we wczesnych produkcjach: model upolityczniony i ludyczny. Widzowie mieli zatem okazję oglądać „Pana Tadeusza” czy „Cud nad Wisłą” odnoszące się wydarzeń historycznych czy „Zew morza”, który nakręcany jest właśnie wątkami miłosnymi.

Wynika to pośrednio z romantycznych zapędów, ale również z faktu, że kino istniało samo dla siebie. Nie mieliśmy jeszcze producentów z prawdziwego zdarzenia. Jedyną postacią wyróżniającą się w tamtym okresie był Aleksander Hertz, który założył przedsiębiorstwo kinematograficzne „Sfinks”, które działało od 1909 do 1936 roku.

Śmierć kina
Trudno zliczyć, jak wielu i jak często zwiastowało "śmierć kina". Dziesiąta muza od początku musiała zaciekle walczyć o swoją pozycję i udowadniać, że może osiągnąć artystyczny poziom równy malarstwu, teatrowi czy poezji, a wręcz stworzyć kompilację z tego wszystkiego, co najbardziej cenne.

W 2017 obchodziliśmy stulecie premiery "Bestii" - jedynego zachowanego filmu z polskiego okresu kariery Poli Negri. Z tej okazji Filmoteka Narodowa – Instytut Audiowizualny przeprowadziła jego restaurację cyfrową. Film obejrzeć będzie można podczas 15. Święta Niemego Kina, które potrwa od 19 do 22 kwietnia w warszawskim kinie Iluzjon.

Korzystałam z materiałów dostępnych na stronie Akademii Polskiego Filmu, książki Andrzeja Krakowskiego "Pollywod. Jak stworzyliśmy Hollywood" i "Dziesiątej Muzy" Karola Irzykowskiego.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...