To, czego nie widzi widownia. Sprawdziliśmy, co dzieje się za teatralnymi kulisami

Anna Cieślak i Paweł Małaszyński
Anna Cieślak i Paweł Małaszyński Fot. Maciej Stanik
Phi, aktorzy to nie mają prawa narzekać. Dużo zarabiają, a właściwie nic nie robią. Tutaj się pokażą na bankiecie, tam wystąpią w reklamie. A ci, co to w komediach grają i wyskakują zza każdego rogu, to w ogóle dno. Przecież co to za problem rzucić kilka żartów i rozbawić widownię. Tylko Szekspir, tylko Strindberg! Tylko z orkiestrą i tylko z obsadą liczoną w setkach! To oczywiście często powtarzane bzdury, które mieliśmy okazję rozpracować za kulisami najnowszej komedii, którą można już oglądać w warszawskim Teatrze Kwadrat.

To banał, ale trzeba to napisać – przygotowanie spektaklu teatralnego to nie taka tam klasyczna bułka z masłem. Oczywiście, gdy widz pojawia się w teatrze, to raczej nie zastanawia się nad tym, ile osób i ile czasu poświęciło na to, by ci, którzy zasiądą na widowni czuli, że dobrze wydali pieniądze. Widz przychodzi ze swoimi doświadczeniami i oczekiwaniami, co jest w pełni zrozumiałe. Spełnić ma je bezpośrednio zespół aktorów, a pośrednio wszyscy pracownicy teatru. To cały sztab ludzi, którzy poświęcili kilkanaście tygodni, by ostatecznie wstrzymać oddech i zapytać „udało się?!”.
W pierwszej kolejności zaglądamy na scenę, którą za niecałe dwie godziny przejmą Anna Cieślak, Paweł Małaszyński i Andrzej Nejman. Scenografia jest oczywiście ustawiona, za kulisami na wieszakach wiszą wyprasowane ubrania, leży egzemplarz tekstu, rekwizyty. Ekipa techniczna czyści kurtynę, zmywa podłogę, prasuje zasłonki, sprawdza, czy nie przepaliła się żadna żarówka, a każdy drobiazg, potrzebny aktorom, znajduje się tam, gdzie powinien. Nietrudno odnieść wrażenie, że zawsze znajdzie się coś do zrobienia, poprawienia. A każdy co rusz przystaje, opiera dłonie na biodrach i ma minę, jakby w myślach zadawał sobie pytanie: „czy na pewno o czymś nie zapomniałem?”. W końcu to praca zespołowa…
Taka komedia kameralna
"Tydzień, nie dłużej” to tytuł najnowszego spektaklu w Teatrze Kwadrat. Nie, to nie przedsięwzięcie na sto osób, orkiestrę i zespół taneczny, a kameralna komedia. Na scenę wychodzi troje aktorów, co jak się okazuje, wcale nie sprawia, że praca jest łatwiejsza. Ba, może nawet okazać się większym wyzwaniem, bo najmniejsze potknięcie potrafi wybić rytm spektaklu czy zdezorientować partnera. Czyli dobrze się składa. Mogliśmy za kulisami przyjrzeć się temu procesowi, tym relacjom między aktorami, które funkcjonują ze zdwojoną siłą przed najważniejszym dniem – premierą.
W jednym z najpopularniejszych teatrów komediowych w Polsce spektakle grane są na dwóch scenach: kameralnej i głównej. „Tydzień, nie dłużej” w reżyserii Marcina Sławińskiego wystawiany jest na tej pierwszej, mniejszej. Jednak, gdy weszłam do garderoby, wcale nie czułam, że panuje tam powolne tempo czy sielankowa atmosfera, bo przecież „to tylko taka komedia na trzech aktorów”. Każda sztuka wymaga równego zaangażowania fizycznego i emocjonalnego. – Mieliśmy ekspresowe tempo, propozycję zagrania tej roli dostałam pod koniec lutego, a już zaraz premiera [premiera odbyła się 22 kwietnia – przyp. red.] – powiedziała nam Anna Cieślak, odtwórczyni Sophie.

W odpowiedzi na moją zdziwioną minę, przyznała, że najtrudniejsze w tym przypadku było nauczenie się tekstu w tak krótkim czasie. Scenariusz to 70 stron, co nie jest małą liczbą, biorąc pod uwagę skromną obsadę. Nie ukrywa, że to właśnie wsparcie kolegów było kluczowe w pracy. – Z Marcin Sławińskim [reżyserem – przy. red.] miałam już wcześniej okazję współpracować, jednak pierwszy raz na scenie spotkałam się z Pawłem Małaszyńskim, który jest bardzo profesjonalny i czujny. Jego postawa była dla mnie ogromnym wsparciem, mieliśmy okazję zbudować relacje. Niemniej ważne było doświadczenie Andrzeja Nejmana. To jest dwóch dojrzałych i profesjonalnych aktorów, z którymi świetnie się pracuje.
Nie tylko aktor!
Nie da się jednak ukryć, że tuż obok nazwisk aktorów pojawić się musi nazwisko reżysera. Marcin Sławiński to ta osoba, która kojarzy się, gdy mówimy o komedii – to bez wątpienia jego specjalizacja. Gdy pytam o sposób jego pracy, aktorzy jednogłośnie odpowiadają, że to twórca zawsze przygotowany, szalenie profesjonalny, ale jednocześnie nieograniczający pomysłów tych, którzy muszą przed publicznością zbudować postaci. Anna Cieślak dodaje, że komedia to specyficzny gatunek, bo łączy się z koniecznością odczuwania przyjemności z bycia – bez tego komedia nie bawi, nie wciąga. A przecież to rozśmieszanie wydaje się takie łatwe, wcale nie tak wymagające, jak porządny dramat, wyciskacz emocji. I przy okazji najlepiej jeszcze łez.
To bardzo krzywdząca opinia, która powoduje, że wielu deklasuje komedie, jako ten gorszy gatunek przeznaczony dla widza niewymagającego. Okazuje się, że jest to praca niemniej trudna. – Granie komediowe jest niezwykle trudnym zadaniem, po prostu zupełnie innym niż granie dramatyczne. Gdybym nie wzięła udziału w czymś takim, nie byłabym chyba w stanie docenić tego typu pracy, zrozumieć jak to działa. To inne, szybsze tempo – mówi Anna Cieplak, a w tym czasie ma malowane paznokcie, bo przecież do wyjścia na scenę zostało zaledwie kilka minut. W tej chwili do garderoby wszedł Paweł Małaszyński i z szalenie poważną miną powiedział „chciałem ci życzyć powodzenia, bo nie będę was dzisiaj oglądał”.

W tym miejscu muszę dodać, że w tym samym czasie przygotowywano się do dwóch spektakli, dlatego w garderobach jednocześnie przewijało się kilkanaście osób – od aktorów, po pracowników teatru, którzy zajmują się organizacją. Ktoś prasował kostium, ktoś zszywał sukienkę, inna osoba w pośpiechu jadła spóźniony obiad. Gdy my przemykaliśmy po pomieszczeniach na zapleczu, w ferworze pracy była już, chociażby Ewa Kasprzyk, Daniel Olbrychski czy Anna Oberc, przed którymi był spektakl „Otwarcie sezonu” na scenie głównej.


Był to taki moment, że nie wiedziałam, czy przeszkadzam, czy właściwie nikt nie zwraca na mnie uwagi, bo ma masę swoich obowiązków. Za chwilę z głośnika zawieszonego na ścianie wszystkich dobiegło przypomnienie, że „za 10 minut rozpocznie się spektakl, prosimy o ciszę”.
Na dwóch telewizorach mogliśmy podglądać, co dzieje się na obu scenach. W foyer zgromadziła się już widownia. Ekran mojego telefonu rozświetlił się i zobaczyłam wiadomość o treści „kończcie już” – to pracownik teatru subtelnie przypomniał mi, że Anna Cieślak, z którą rozmawiałam, za kilka minut wychodzi na scenę. Aktorka na koniec rzuca – Każdy ma swój sposób, ale na pewno trzeba chwili skupienia i zebrania myśli. To ogromny wysiłek nie tylko fizyczny, ale również emocjonalny.
Życzę jej powodzenia i uciekam z garderoby dla pań. W odpowiedzi słyszę „nie dziękuję”, tak żeby nie zapeszać.

III generalna
W Teatrze Kwadrat pojawiłam się na trzy dni przed premierą, na III próbie generalnej. To taki czas, gdy teoretycznie wszystko jest zapięte na ostatni guzik, ale praktycznie zmienić może się jeszcze bardzo dużo. Na widowni, tuż obok mnie, w pierwszym rzędzie siedziała inspicjentka z egzemplarzem scenariusza, by w razie potrzeby „podrzucać aktorom” zapomniane fragmenty. Na takim pokazie reżyser zachowuje sobie prawo do przerwania spektaklu, zatrzymania go i powtórzenia jakiejś sceny, dopuszczalne są również podpowiedzi. Na wstępie Marcin Sławiński zapowiedział, że „już po” aktorzy nie wyjdą na oklaski. Taka jest zasada.
W tym przypadku tekstowo poszło jednak gładko – zaledwie dwa razy potrzebna była mała pomoc inspicjentki, poza tym spektakl przebiegał w swoim naturalnym rytmie. A to wydało mi się niewiarygodne, mając w pamięci słowa Andrzeja Nejmana, że prace nad nim trwały niecałe dwa miesiące. – To mała forma, nazwałem ją mikro-farsą przepełnioną czarnym humorem, dlatego udało nam się to zrobić w 6 tygodni, ale to oczywiście wymagało od nas intensywnej pracy. Może sytuacje sceniczne są łatwiejsze do zapamiętania, jednak wyzwaniem jest tekst, który udźwignąć musi troje aktorów.

Mało aktorów, mniejszy kłopot?
Pytam zatem, co jest trudniejsze, a właściwie, czy można posługiwać się takimi kategoriami: lepiej pracuje się w małym zespole? – Mała grupa to możliwość zbudowania bliższych relacji, zrozumienia siebie, ale z drugiej te trzy osoby muszą udźwignąć prawie dwugodzinny spektakl. Ta wręcz rodzinna atmosfera w tym przypadku tego gatunku to bardzo istotne, bo postaci pełnią konkretne funkcje, są skonkretyzowane, gdyby byli inni, to najpewniej do pewnych sytuacji by nie doszło. Autor to niejako narzucił, my do nich dochodziliśmy na tzw. próbach stolikowych [czyli czytania tekstu – przyp. red.], a później musieliśmy odejść od swoich charakterów i stworzyć nowych ludzi – Paula, Marca i Sophie – mówi Andrzej Nejman, który jednocześnie jest dyrektorem Teatru Kwadrat.
To właśnie on trafił na sztukę Clémenta Michela i przyznał, że potwornie go rozbawiła. A jako dyrektor czyta bardzo dużo tekstów w poszukiwaniu inspiracji repertuarowych. – Zdaję sobie sprawę, że „Tydzień, nie dłużej…” może wydać się niektórym humorem sprośnym, napakowanym kontekstem seksualnym, bo fakt, jest to trochę absurdalny tekst, ale my staramy się wydobyć z tego szlachetność. Dla jednych może to być dowcipne, dla innych zupełnie niezjadliwe, ale nie wydaje mi się, żeby nasze postaci były przerysowane. Są z krwi i kości, teoretycznie moglibyśmy je spotkać – dodaje Nejman.

Dodatkowym utrudnieniem była scena, po której dwóch stronach zasiadła widownia. Aktorzy musieli zatem grać „na dwa fronty”. Nie mieli również wsparcia dekoracji, efektów wizualnych, wszystkiego, co składa się na inscenizację. To niesamowite, bo gdy rozmawiam o tym z Andrzejem Nejmanem, jest godzina 19:26. Za cztery minuty zaczyna się spektakl, a on w zupełnym rozluźnieniu (chyba że to tylko moje wrażenie) dopiero teraz dziękuje mi za rozmowę. Na koniec dodaje: „Zaraz sama się przekonasz, czy to działa”.
I się przekonałam
Po kilku bardzo niezgrabnych komediach w warszawskich teatrach, nie ukrywam, że trochę zraziłam się do tego gatunku i pomyślałam, że tak jak w filmie, tak i w teatrze, szalenie trudno jest rozśmieszyć widownię. Zmęczony widz chce się rozluźnić, dobrze bawić, nie można jednak zapewnić tego najprostszymi środkami – przekleństwami, niepotrzebną nagością i przaśnymi żartami. W „Tydzień, nie dłużej”, co przyjęłam z ulgą, tego nie ma i przyznam, że obawiałam się, co intrygującego może być w banalnej historii o facecie, który chce rozstać się z partnerką, ale nie umie powiedzieć tego wprost. A jednak jest to bardzo dobrze napisana (autorem jest mało znany w Polsce francuski pisarz, Clement Michel) i przetłumaczona (Irma Helt) sztuka.
Owszem, znalazło się miejsce na absurdy czy zupełnie groteskowe dialogi, jednak całość zaserwowana jest z lekkością i wiarygodnością. W to naprawdę można uwierzyć, tym bardziej w czasach, gdzie teoretycznie coraz to nowe technologie umożliwiają nam wygodny kontakt z drugim człowiekiem, a praktycznie zdolności komunikowania przychodzą z coraz większym trudem. Poza tym, tak, było to przyjemne i śmieszne kilka godzin w teatrze. I pomocne, zapewne szczególnie dla tych, którzy nie mają pomysłu, jak powiedzieć partnerce/partnerowi, że to już chyba koniec...
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...