"Normalność nie istnieje". Niezwykła opowieść o dzielnicy Nowego Jorku, w której roi się od "dziwolągów"

Bohaterowie Coney Island pielęgnują w sobie dziwność, bo właśnie ona jest tutaj największą wartością.
Bohaterowie Coney Island pielęgnują w sobie dziwność, bo właśnie ona jest tutaj największą wartością. fot. Mateusz Kubik
Zawodowe syreny, poeta z twarzą wytatuowaną w planety, człowiek-komputer czy nigeryjska księżniczka zaklinająca węże – to tylko kilka postaci z barwnej plejady osobowości Coney Island. A Coney to tylko pozornie dzielnica Nowego Jorku. Tak naprawdę to świat, o którego istnieniu nie mieliśmy pojęcia, a który pomoże nam zrozumieć nas samych. Karolina Sulej w swojej książce ”Wszyscy jesteśmy dziwni” zabiera nas w przedziwną reporterską podróż do samego serca tego szalonego cyrku, wesołego miasteczka, lunaparku, w którym "dziwny" znaczy "wolny".

Jak wyglądało Twoje pierwsze spotkanie z Coney Island?

Pierwszy raz pojechałam tam z Mateuszem [mąż Karoliny, autor zdjęć do książki - przyp. red.] na wycieczkę. Był listopadowy dzień, wszystko zamknięte, atmosfera jak z piosenki Morrisseya ”Everyday is like Sunday”. Była w tym melancholia i pewien rodzaj poezji, który mi się spodobał. Zaczęłam czytać o Coney. Chciałam wiedzieć więcej o tym miejscu. Przeczytałam wiele książek aż w pewnym momencie uznałam, że nikt nie jest w stanie powiedzieć mi już nic więcej, że jeśli chcę się jeszcze czegoś dowiedzieć, to muszę tam sama pojechać i zadać pytania.

Jako antropolożka kultury mam dużą słabość do miejsc, które opowiadają o tym, w jaki sposób nasze życie codziennie staje się widowiskiem, w jaki sposób na siebie wpływamy, różnicujemy się, nazywamy i klasyfikujemy. A to miejsce wydawało mi się cudzysłowem, który pokazuje, że naturalność, normalność nie istnieje. To wszystko są kulturowe konstrukty. Na uniwersalnym poziomie tytułowa dziwność nie jest niczym innym niż podkreśleniem, że - jak mówi jedna z moich bohaterek, "nie rodzimy się dziwni, to kultura nas udziwnia”. Sami wymyśliliśmy, czym jest naturalność i norma, sami wymyślamy, kto jest ”swój”, a kto ”obcy”, co jest do przyjęcia, a co jest tabu.

Biorąc tę książkę do ręki, myślałam, że to taka pozycja, która uczy wrażliwości w kontakcie z osobami wykluczonymi społecznie. Prowadzisz opowieść i pokazujesz to miejsce w taki sposób, że faktycznie ”norma” przestaje istnieć. Zresztą już tytuł spuszcza powietrze: wszyscy mamy prawo być dziwni.


”Wszyscy jesteśmy dziwni” - to zdanie mówi, że wszyscy potrzebujemy być wolni, a nie uśrednieni. Szukałam słowa, które będzie najbliżej angielskiego ”freak” i nie chodziło mi jedynie o dziwolągowatość, bo to kojarzy się raczej z kształtem, fizycznością. Dziwność to szersze pojęcie: to rodzaj maniery, mentalności, postawy wobec świata. Dla mnie otwarcie na mówienie o sobie: "jestem dziwny” to odwaga bycia w świecie na zasadzie ”jestem odrębny i jestem z tego dumny”. Coney jest rezerwatem osób, które postanowiły wybrać taką ścieżkę.

To również laboratorium dla wielu rozwiązań społecznych związanych z wolnym czasem. Rozrywka (czyli to, co robimy, gdy nie musimy pracować) jest przestrzenią do bycia sobą. To, jak się bawimy, dużo mówi o tym, czego chcemy, czego od siebie oczekujemy, jakie mamy lęki, potrzeby i wyparcia. To także książka o nieświadomości, o tej sferze, której jako dorośli, poważni ludzie wolimy się nie przyglądać, bo boimy się, co tam się czai. I jako dorośli, poważni ludzie przecież nie będziemy się bawić, marzyć, udawać, nie jesteśmy już dziećmi, po co tego dzieciaka w sobie budzić. Lepiej nie ryzykować tej przedziwnej psychoanalizy wesołomiasteczkowej, bo jeszcze się okaże, że mamy w sobie więcej dziecięcych lęków i radości niż się spodziewamy. Tu warto wspomnieć, że Freud też odwiedził Coney Island. Lubię myśleć, że tym miejscem też się inspirował.

Poruszyło mnie zdanie, które wypowiada jedna z bohaterek Twojego reportażu - że więcej zawdzięcza cyrkowi niż medycynie. To brzmi nieprawdopodobnie i smutno.

Nati, która jest autorką tego zdania, urodziła się z zespołem pasm owodniowych, co oznacza, że cała była poszatkowana, jej ciało rozpadało się w rękach. Lekarze musieli ją zszywać z kawałków jej samej, dlatego w cyrku otrzymała pseudonim ”Patchoworkowa”. Medycyna ją uratowała, ale to cyrk dał jej poczucie dumy. Nie chowa się, nie wpisała się w rolę ofiary. Zrozumiała, że będąc na scenie wcale nie sytuuje się w jeszcze gorszej sytuacji niż na ulicy, gdy ludzie się na nią gapią, a nawet w lepszej, bo to ona może sterować ich spojrzeniami i uwagą. Ojciec nauczył ją, że na scenie jest lustrem, w którym ludzie się przeglądają. Dzięki temu w ogóle przeżyła - przyjęła, że ludzie nie widzą jej, tylko samych siebie, swoje lęki i marzenia.

I to właśnie lubię w cyrku - wchodząc tam, nie możesz się oszukiwać, że będziesz robić coś innego niż gapić się. Cyrkowcy próbują cię zadziwić, obrzydzić, podniecić lub zagrać na twoich najniższych instynktach, a ty musisz się z tym zmierzyć. Kiedy patrzysz na człowieka, który sobie wyciska pryszcze w internecie lub oglądasz reality show, w którym dzieciaki rywalizują o to, kto ładniej żongluje albo śpiewa, to nie rozumiesz tego mechanizmu i manipulacji, nie zastanawiasz się nad tym, co ktoś ci tu robi. Cyrk jest bardziej realny, zmysłowy, jest konkretnym spotkaniem z drugim człowiekiem, tu i teraz. Naganiacz mówi ci wprost: "idź, pogap się na dziwy". Ty idziesz i nagle orientujesz się, co robisz: jesteś gapiem. I zastanawiasz się - co by było, gdybyś stał po drugiej stronie. Po spektaklu możesz podejść do performerów, pogadać, wypić piwo z "dziwolągiem” czy połykaczką mieczy, porozmawiać z klaunem, przekroczyć granicę obcości, której nie przekroczysz w sieci. Cyrk dziś - podobnie jak u swoich początków - nadal ma funkcję edukacyjną. Do cyrku na Coney trafiają wszyscy, nie tylko ci, którzy o inności uczą się na transgresyjnych przedstawieniach w teatrach na Broadwayu. Cyrk jest egalitarny, surowy, nie ma tam ściemy, a jest dużo czułości wobec gatunku ludzkiego.

Wydaje mi się, że w świecie dzisiejszej rozrywki to szalenie ważne. I mimo że współczesna rozrywka podrasowana jest technologią, to wciąż można od razu zauważyć , że rodziła się tam, na Coney Island. Tam wymyślono, jak człowiek nowoczesny będzie się bawił. To, co się rodziło na Coney, powstawało jako rodzaj spełnienia potrzeb zabieganych mieszczuchów z Manhattanu. Ten model się rozszerzył i przyspieszył, bo dzisiaj jesteśmy globalną wioską, ale w rozrywce nadal chodzi o to samo. Na Coney wynaleziono receptę na pewien rodzaj przeżywania świata i nie boję się tego nazwać filozofią. A to pasuje w pewien sposób do tego miejsca, bo twórcy z Coney mieli słabość do bon motów dotyczących natury ludzkiej.

Złapałam się na tym, że fragmenty, które pozakreślałam w tekście, układają się w pewien manifest, nazwijmy go manifestem dziwaka lub człowieka wolnego, akceptującego siebie i asertywnego. Posłuchaj: ”Wiesz, że coś umiesz tylko wtedy, jeśli ktoś chce za to zapłacić”, ”nie masz z czymś problemu, jeśli nie zrobisz z tego problemu”, ”kto chce słuchać geniusza, jeśli ten geniusz jest nudziarzem?”. I mój ulubiony: ”Perfekcja i jej brak to dwie strony jednego równania”. Dla mnie to podręcznik samoakceptacji i zaradnego życia.

Oczywiście! Dla mnie również. To miejsce jest rezerwuarem akceptacji. Lubisz i akceptujesz siebie, ale nie w taki sposób jak ten z podręczników typu ”Kochaj siebie”, tylko naprawdę rozumiesz, co się dzieje i kim jesteś. Gdy dorastałam, dopasowanie do normy było dla mnie istotne. Chodziło o pewną normę kobiecości, normę fajności wśród koleżanek, potem na studiach. Praca nad tą książką była też dla mnie pracą nad własnymi kompleksami.Pewność siebie jest zgodą na dziwność i na to, że się nie dopasujesz. Będziesz inny, nie tak samo ładny, mądry, utalentowany czy szczupły jaki ci sugerują, że powinieneś. Ale nie będziesz „z taśmy”. Będziesz na swój sposób ”jakiś”, niekoniecznie spełniając mainstreamowe wymogi. Ludzie na Coney pogodzili się z faktem, że nie będą pielęgnować dążenia do sukcesu, do american dream. W pewnym sensie czują dumę z tego, że są na marginesie i że nigdy nie doszlusują do tego ideału amerykańskiego milionera.

A jakie informacje otrzymujesz od polskich czytelników?

Słyszę podobne rzeczy, jak to, o czym mówisz. Polscy czytelnicy są zaskoczeni również tym, że o Nowym Jorku można jeszcze powiedzieć coś nowego. Dużo osób odczytuje tę książkę jako rodzaj manifestu dla Polski, która jest zagrożona uniformizacją, inności się boi i nurza w smutku. Agata Passent na przykład mi to powiedziała, kiedy nagrywałyśmy naszą rozmowę do „Xsięgarni”.

Chyba w takich czasach żyjemy. Polska jest silnie spolaryzowana, w takich momentach podświadomie szuka się symboli, wzorów, że można inaczej, bardziej godnie, lepiej.

Żyjemy w czasach naporu, że ma być normalnie, że wszyscy mają być podobni. Mamy przechodzić z ”rodzina plus” do ”mieszkanie plus”, mieścić się w ramach i broń Boże nie wychylać. Ta książka jest manifestem takiego anarchicznego, punkowego nastawienia, żeby pielęgnować w sobie niezgodę i szczególność. Potrzebna nam jest celebracja różnorodności. Im częściej myślę i mówię o tej książce, tym wyraźniej mi wychodzi, że to pean na cześć demokracji i dlaczego jest nam potrzebna.

Nati napisała do Donalda Trumpa wstrząsający list, w którym tłumaczy mu, dlaczego ma prawo żyć, mimo że jest latynoską, lesbijką, feministką oraz osobą niepełnosprawną. Gdy to czytałam, wyobrażałam sobie, że jakaś polska Nati napisze do Andrzeja Dudy albo Jarosława Kaczyńskiego. Tematów na taki list nie brakuje.

Problem wynika z tego, że heteroseksualni biali bogaci mężczyźni u władzy uważają, że mają receptę na życie i państwo, którą chcą zaoferować tym wszystkim, którzy są zakwalifikowani jako ”inni”. ”Trump nie widzi normy, bo sam nią jest” – mówi Nati. Chciałam, żeby ta książka również była o tym, że wszystkie przekonania, które mamy, można zmienić ciekawością i otwartością na drugiego człowieka i jego historię.
Ta książeczka jest mała, ale chciałam, żeby była lapidarna, żeby była klinem, który się wtyka w te koncepty zamierzające rozjechać walcem demokratyczną dziwność.

Nie wszystko też musi być podczepione do wielkiej idei, czasem chodzi po prostu o radość. To była też dla mnie wielka lekcja tego miejsca: carpe diem. Albo inaczej, na Coney jest nawet taka tabliczka na jednym z pawilonów z grami z napisem: ”don’t postpone joy”, czyli nie odkładaj radości na później. To miejsce jest pochwałą radości życia i umiejętności cieszenia się, że ma się ciało, bebechy, serce, libido. Na cyrkowych plakatach wypisuje się słowo "alive” - czyli na żywo, żywi. Zawsze kiedy na nie patrzę, myślę, że mówi coś więcej niż to, że tutaj, zaraz wystąpią przed nami cyrkowcy. Cyrk mówi nam wielkimi literami: TY TEŻ ŻYJESZ. TUTAJ, TERAZ.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...