Był gwiazdą "Idola", ale dopiero po 13 latach nagrał debiutancki album. "Przy mojej muzyce można się zakochać"

Sławek Uniatowski po 13 latach nagrał debiutancki album
Sławek Uniatowski po 13 latach nagrał debiutancki album Fot. Robert Wolański
Gdy miał dwadzieścia lat, zdecydował się wziąć udział w programie "Idol". Mimo, że dotarł do finału, gdzie zajął drugie miejsce, jego droga do kariery nie była usłana różami. Sławek Uniatowski kazał czekać na swój debiutancki album "Metamorphosis" aż 13 lat i wreszcie mówi, że robi to, co kocha. – Zyskałem pewności siebie, a teraz jestem szczęśliwszy, bo ta płyta po prostu podoba się ludziom –mówi artysta w rozmowie z naTemat.

Poszedł do "Idola", bo chciał rozwijać się muzycznie i przede wszystkim tworzyć muzykę jazzową. Niestety, rzeczywistość okazała się brutalna i zamiast ambitnej muzyki, wytwórnia chciała, aby Sławek śpiewał pop, którego pełno na rynku muzycznym. On się zbuntował i poszedł własną drogą. Do robienia tego, co kocha, siłę dał mu przede wszystkim sport. Dopiero po 13 latach, pod koniec kwietnia ukazał się debiutancki album Sławka Uniatowskiego "Metamorphosis", na którym słychać inspiracje jego idolami: Zbigniewem Wodeckim i Andrzejem Zauchą.

Przywitałeś mnie pytaniem: 'przesłuchałaś płytę'? Czy do tej pory dziennikarze pytali Cię o wszystko z wyjątkiem tematu muzyki?

Jestem przyzwyczajony do tego, że dotychczas od 13 lat nie miałem na koncie płyty autorskiej i nie pokazywałem swoich kompozycji. Trochę oczywiście rozmawialiśmy z dziennikarzami o muzyce, ale nigdy o własnej, bo w tamtych czasach bałem się grywać moją muzykę. Poza tym nie było punktu zaczepienia, rozmawialiśmy o życiu, o związkach. Byłem wtedy ciągnięty za język. A teraz jest ten moment, że mogę porozmawiać o muzyce. I na niej najbardziej się znam, więc mogę o tym temacie rozmawiać.
Dopiero po 13 latach wyszedł Twój debiutancki album. Dlaczego tak długo to trwało?

Podpisałem kiedyś nieszczęsny kontrakt, który zobowiązywał mnie do wydania płyty. Tylko że ja nie chciałem wydać takiego albumu, jaki chciała wytwórnia. Nie chciałem pójść na żadne kompromisy. To, co zostało mi zaproponowane na samym początku to były kompozycje jakichś znajomych wytwórni. Ja to nagrałem i ostatecznie, jak już była gotowa okładka, prawie szło to do tłoczni, zostałem zapytany przez kilka osób, czy tak ma wyglądać moja płyta. Powiedziałem, że nie, że mi się to zupełnie nie podoba. Jeszcze trochę i ten album by wyszedł...


I powstałaby płyta, jakich wiele na rynku muzycznym, czyli nijaka.

Byłbym Sławkiem Uniatowskim , który wydał paździerzową płytę i ten syf by się po prostu za mną ciągnął. Więc wtedy podjąłem taki krok, że ok, rezygnuję z tego. Będę wegetował i próbował sam tworzyć, pisać własne kompozycje. Jednak moje propozycje piosenek nie podobały się wytwórni. Robiłem jedną płytę, drugą , trzecią, czwartą i chodziłem z tym materiałem do nich. Za każdym razem im się nie podobał. Po kilku latach, kiedy się zmobilizowałem, żeby się tak oczyścić z tej całej frustracji, a byłem bardzo młodym człowiekiem, który chciał nagrywać płyty jazzowe, śpiewać jazz i bardziej iść w tym ambitnym kierunku, to wszystko w końcu zostało we mnie zduszone. Wreszcie stwierdziłem, że nie mogę tak dalej i muszę coś zrobić z własnym życiem.

Czyli?

Zacząłem ćwiczyć. Wszelkie inne nałogi zamieniłem na siłownię. Ćwiczę niecałe pięć lat. Najpierw były dwa treningi w tygodniu, potem trzy i cztery. Teraz ćwiczę pięć razy w tygodniu i dobrze mi to robi.

Przeszedłeś olbrzymią metamorfozę. Ale sport dał Ci też siłę do działania.

Zacząłem ćwiczyć, zacząłem bardziej dbać o siebie i zauważyłem, że ludzie widzą, że wkładam dużo pracy we własną fizyczność. Inaczej zaczęli mnie odbierać, co jest z jednej strony fajne, z drugiej strony smutne. Ale jak cię widzą, tak cię piszą. Zacząłem przede wszystkim występować wtedy z zespołem Sparky Spanks. To była taka muzyka klubowa. Graliśmy stare rzeczy i nowe, dość taneczne rzeczy. Fajnie to wyglądało. Pierwszy raz poczułem , że nie jestem tym chłopcem za fortepianem , który jest taki wstydliwy, kryje się za długimi włosami i gra jakieś jazzowe piosenki. Zawsze się wstydziłem troszeczkę tego, że jestem cherlawy. Nie byłem skażony absolutnie żadną formą sportu. Wtedy na scenie byłem szczęśliwym człowiekiem i po prostu otworzyłem się na publiczność. No i w końcu doszło do tego, że zadzwoniłem do wytwórni i powiedziałem, że tak dłużej być nie może. Udało mi się stamtąd wydostać.

I wtedy zacząłeś tworzyć autorski album?


Po 10 latach byłem wolnym człowiekiem, zacząłem działać. Przede wszystkim robię to, co kocham. Zagrałem premierowy koncert w filharmonii w Szczecinie z Wielką Orkiestra, liczącą 60 osób. Moje piosenki, cała płyta "Metamorphosis" została rozpisana na instrumenty. Dwa lata temu była premiera tego albumu w formie orkiestrowej. Przyjęło się to pięknie , więc na pewno będziemy z tym jeździć po Polsce. Zaczęło się wszystko zmieniać. Zyskałem pewności siebie, a teraz jestem szczęśliwszy, bo ta płyta po prostu podoba się ludziom. I piszą do mnie ci, którzy wcześniej mnie nie znali.
Same pochwały i zero krytyki?

W zasadzie nie mam żadnych niepochlebnych opinii na temat płyty. Jedyne to takie, że za mało jest piosenek po polsku. Ja pisząc piosenki myślę po angielsku. Teksty angielskie zostały napisane z Tomkiem Organkiem. Ale wychodzę też z założenia, że muzyka nie posiada języka. Jeżeli ktoś mi się pyta, jakiej muzyki słuchasz, to myślę o muzyce, ale nie w konkretnym języku. Natomiast język angielski jest uniwersalny i można dotrzeć nim do całego świata. Jeżeli się to zrobi dobrze, to jest taka szansa, że ktoś na świecie usłyszy i mu się spodoba.

Jak określisz album "Metamorhosis"?

To jest muzyka, która nie przeszkadza i można jej słuchać w każdym momencie życia; czy jest się smutnym, czy wesołym, czy jest się w podróży, albo czyta książkę lub jedzie autem. Moja płyta dobrze nastraja. Można się przy niej zastanowić, pobawić, rozmarzyć, zakochać, zatopić w refleksji. "We are stars" jest taką piosenką refleksyjną, która mówi o tym, że jesteśmy nieśmiertelni. Jest hołdem dla Grześka Ciechowskiego, ale też dla Zbyszka Wodeckiego i Andrzeja Zauchy. "Metamorphosis" jest płytą dla każdego. Chciałbym, żeby dotarła do wszystkich Polaków.

Na płycie jest jazz, pop, ale też nutka retro. Dlaczego taka muzyka, a nie na przykład bardzo modna elektronika?

Ja kocham taką muzykę, ale jestem też fanem dobrego techno. Jestem dość rozbieżny, bo lubię nowoczesną muzykę, lubię nowe soundy. Mój głos raczej ciężko wpasować w tę muzykę. Popatrzmy na przykład na Andrzeja Zauchę, który w latach 80. wydał "Byłaś serca biciem”, "Nas nie rozdzieli”, "Myśmy byli sobie pisani". To są piosenki, które są nagrane z automatem perkusyjnym, na syntezatorach. I słuchając tego teraz, ja patrzę na to, że w tamtych czasach ludzie nie byli gotowi na taką muzykę. Andrzej Zaucha absolutnie wyprzedzał swoją epokę, przede wszystkim głosem, talentem. Był i perkusistą, i saksofonistą . Ludzie wtedy tak bardzo tego nie chwycili . Teraz rzeczywiście "Byłaś serca biciem" bardzo często jest grane. I mówi się: "Jezu , jak to świeżo brzmi'. To jest taki utwór, który ma ciekawy, syntetyczny bas. Ludzie kiedyś tego nie docenili, dopiero po latach. Myślę, że też jest elektronika na tej mojej płycie, ale ona jest tak schowana, bardziej taka smaczna. Nie mógłbym wyjść z czymś, co nie jest do końca moje na pierwszym albumie. Ja słucham przede wszystkim starych rzeczy, one mi się najbardziej podobają.

Czyli techno tylko w klubie?

Jeżeli idę do jakiegoś klubu, na przykład na Ulicę Smolną, to tam z głośników leci muzyka elektroniczna, techno. Tam jest taki rewelacyjny lokal, który prowadzą moi znajomi. Pamiętam, jak tam pierwszy raz wszedłem, to poczułem się jak w scenie z rzeźni w filmie ” Blade: Wieczny łowca”. Tam z takich pryszniców zamiast wody leci krew i dudni takie dość szybkie techno, czy jakiś rave. I pamiętam, jak przyszedłem pierwszy raz na tę Smolną, mówię: "ale czad, czuję się jak w 'Blade'". Pamiętam, jak byłem dzieciakiem i miałem wtedy 14 lat, byłem na premierze tego filmu w nieistniejącym już kinie "Orzeł" w Toruniu. Ale ten film to był czad! Więc wracając do pytania, ja lubię najróżniejszą muzykę i słucham wszystkiego. I klasyki, i muzyki nowoczesnej, ale najbardziej uwielbiam jazz. W nim jest najwięcej prawdy, melodii, ukrytych historii, pejzaży, kolorów.

W końcu nagrałeś taką płytę, jaką chciałeś. A z perspektywy czasu, program "Idol" , w którym wystąpiłeś przed laty, bardziej Ci pomógł czy zaszkodził?

Program mi pomógł. Gdyby nie "Idol”, to by mnie tutaj nie było. To była troszkę taka deska ratunku, żeby wydostać się z dość hermetycznego Torunia. To małe miasto i w zasadzie grałem już tam w każdej knajpie, więc niespecjalnie bym się rozwijał. Stwierdziłem, że jak pójdę do programu i mnie przyjmą, to mogłoby być całkiem fajnie. Okazało się, że nie byłem najgorszy i jakoś mi to poszło. Miałem 20 lat jak tam poszedłem. Byłem strasznie głupi, za młody na to wszystko i niedojrzały. Troszeczkę mnie to przerosło. Byłem bardzo naiwny przede wszystkim.
W dalszym ciągu mamy masę programów typu "talent show", w których występują utalentowani ludzie. Jednak po programie bardzo mała ich część tworzy ciekawą muzykę i przebija się dalej. Dlaczego tak się dzieje?

Tak, mamy mnóstwo programów i tak naprawdę chodzi w nich o to, żeby wykreować gwiazdę i zabrać z niej jak najwięcej energii, tego dobra przekazanego ludziom, głosującym na daną osobę. A potem robi się kolejny program i mamy kolejną gwiazdę. Jest wiele przykładów takich osób, które wygrywając talent show, albo się zachłysnęły i spoczęły na laurach, albo im się zupełnie nie udało. Też jestem w pewnym sensie ofiarą takiego programu i kontraktu. Mnie mówiono: "Sławek, wydasz pierwszą, drugą, trzecią płytę, tak jak my chcemy , a potem nagrasz jazz tak jak chcesz". Ja miałem podpisany kontrakt na płytę, wydanie albumu, ale go nie zrobiłem. Ludzie z wytwórni wiedzieli, że mają coś, co można oszlifować, tylko nie wiedzą, w jaki sposób. Ja byłem niepokorny i nie chciałem śpiewać piosenek popowych.

Jesteś chwalony za muzykę, ale też za styl. Pojawiasz się w rankingach najlepiej ubranych mężczyzn polskiego show-biznesu.


Ubieram się w sieciówkach i tam, gdzie nogawki są dla mnie wystarczająco długie. Podchodzę z dystansem do tych rankingów typu "najlepiej ubrany”. Pytam się mojego kolegi trenera: "Adaś, kiedy ja będę wreszcie dobrze wyglądał?" On mi odpowiada: "Sławek, będziesz dobrze wyglądał w momencie, kiedy taką koszulkę z sieciówki założysz i wszyscy będą się pytali, gdzie ją kupiłeś" (śmiech). Na pewno muszę mieć garnitur szyty na miarę, bo nie udaje mi się z moim wzrostem dostać go w sklepie. Buty mam w rozmiarze 46, 47, więc też mam z nimi problem, bo muszę się naszukać. Mam kilka ulubionych par, które zdzieram. Więc jak już zedrę do końca, to kupię sobie kilka nowych, które będę zdzierał przez kolejne lata.

A jakbyś określił swój styl?

Właściwie nie mam stylu. Noszę jeansy i czarny albo biały t-shirt. Grzesiu Ciechowski tak się ubierał. Poszedłem za klasyką, bo klasyka zawsze się obroni. W moim przypadku i tak wszędzie mnie widać, bo mam dwa metry wzrostu. To coja będę się ubierał w jakieś cekiny, frędzle i tak dalej. Nie ma co przesadzać. Wszyscy mnie widzą, ale tak naprawdę nikt mnie nie widzi (śmiech). Wszyscy patrzą i są na wysokości mojej klatki piersiowej. Albo mnie wszyscy widzą z daleka w tłumie, a jak już są gdzieś blisko, to nikt mnie nie widzi, bo widzą moją klatkę. Muszą się patrzeć do góry.

Jak Twoim zdaniem ubierają się polscy mężczyźni?

Ubieramy się coraz lepiej. Może gdyby mężczyźni zaczęli bardziej dbać o siebie i uprawiać sport, to byłoby korzystniej. Myślę, że faceci nie przejmują się za bardzo modą. Najlepszym wyborem będzie zawsze jeans, koszulka i klasyczne buty. Faceci mają tak naprawdę problem z butami, bo jeans klasyczny jeansem, koszulka bez napisów jest ok, ale mnóstwo jest na rynku butów, które są takie jakieś wydziwione: kaczory, czuby – to jest straszne. But powinien być przede wszystkim prosty i najlepiej bez szwów. Klasyczne buty zawsze będą w cenie i to nigdy się nie zmieni. Tak samo garnitur. On podobnie wygląda od lat i specjalnie nie zmienił się. Ale może faceci nie mają po prostu gdzie w tych garniturach chodzić? Nie każdy facet jest Maćkiem Zakościelnym, Pawłem Małaszyńskim, czy Piotrem Stramowskim, czy kimś, kto non stop może chodzić w tym garniturze. Ja na co dzień uwielbiam chodzić w dresach, więc może jestem typowym Polakiem. Może jeszcze trzeba podstawić mi piwko, grill i wyglądam jak typowy Andrzej.

Skoro mówisz o grillowaniu, tak lubianym zresztą przez Polaków, to nie mogę Cię nie zapytać, jak Ty odpoczywasz?


Bardzo sobie cenię święty spokój. Uwielbiam wracać do domu i siedzieć sobie w nim. Bardzo lubię samotność, ale też bardzo lubię ludzi. Jestem dość pozytywnie nastawiony do świata. Mam bliskich przyjaciół, z którymi spędzam czas. Ale lubię też w spokoju poczytać książkę, obejrzeć jakiś nowy serial na Netflixie.

Wiem, że teraz jesteś na etapie planowania trasy koncertowej, ale chcesz też nagrać kolejny album. Jaki on będzie?

Myślę, że nowa płyta będzie podobna do pierwszej, ale na pewno chcę czymś zaskoczyć. Z pewnością będzie bardziej jazzowa. Nagrałem piosenkę, która nazywa się "You". Chciałem ją umieścić na pierwszej płycie, ale za bardzo odstawała od całego albumu, bo była zbyt jazzowa. Pomyślałem sobie, że może dobrze ją będzie dać na drugim albumie, gdzie pojawią się podobne kompozycje. Jednak jestem dość melancholijny i liryczny i najchętniej to bym wszystkie ballady umieścił na płycie.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...