"Penis facial". Sandra Bullock zdradziła sekret pięknej skóry i rozpoczęła się dyskusja o kontrowersyjnej metodzie

Sandra Bullock i Cate Blanchet stosują kontrowersyjny zabieg zwany potocznie "penis facial". Brzmi absurdalnie, ale podobno potrafi zdziałać cuda
Sandra Bullock i Cate Blanchet stosują kontrowersyjny zabieg zwany potocznie "penis facial". Brzmi absurdalnie, ale podobno potrafi zdziałać cuda Fot. Screenshot YT/ Instagram: collagenclub_luciafrtusova
Odwiecznym marzeniem (prawie) wszystkich kobiet na świecie jest zachować piękny, młody wygląd. Nic dziwnego, że branża kosmetyczna co i raz zaskakuje zupełnie nowymi produktami i usługami, które obiecują to marzenie spełnić. Zdarza się, że spośród morza podobnych pomysłów udaje się wyłowić takie, które brzmią dość absurdalnie. Pamiętacie wampirzy lifting? To już przeszłość. Teraz wśród gwiazd zapanowała moda na tzw. penis facial.

Kolejny kontrowersyjny zabieg z Hollywood
Choć wampirzy lifting zawojował kosmetyczny świat już kilka lat temu, to wciąż wzbudza niemałe kontrowersje. Zabieg polega na wstrzykiwaniu pacjentce jej własnego osocza, w celu wypełnienia bruzd i zmarszczek. Zabieg rozsławiła Kim Kardashian i, mimo że twarz, bezpośrednio po zabiegu wygląda dość przerażająco, podobno faktycznie działa, dając zadowalający, naturalny efekt. A jak działa "penis facial", czyli kontrowersyjna maseczka"?

O tym zabiegu stało się głośno za sprawą słynnych aktorek Cate Blanchet i Sandry Bullock, kiedy ta pierwsza w rozmowie z "Vogue Australia", zapytana o najdziwniejszy urodowy trend, którego próbowała, odpowiedziała: "Razem z Sandrą Bullock wybrałyśmy się do kosmetyczki w Nowym Jorku, która wykonała nam zabieg, który nazwałyśmy 'penis facial’ i to naprawdę jest coś. Nie wiem do końca co to jest i czy to kwestia tego, że pachnie odrobinę jak sperma, ale zawiera pewien enzym i Sandra nazywa to właśnie 'penis facial'."

Tomorrow, Sandra Bullock tells me about her secret to looking young. I think I’ll pass.

Post udostępniony przez Ellen (@theellenshow)

Ta wypowiedź wywołała sporo szumu i po kilku publikacjach australijski "Vogue" usunął kontrowersyjny cytat ze swojej publikacji on-line. Do sprawy w amerykańskim talk-show Ellen DeGeneres odniosła się w humorystyczny sposób Sandra Bullock, mówiąc do prowadzącej: "Myślę, że kiedy zobaczysz jak dobrze to wpływa na twoją twarz, od razu pobiegniesz do kosmetyczki, mówiąc 'Daj mi penisa!'. To wszystko brzmi trochę dziwnie, trochę zabawnie, a trochę absurdalnie. Okazuje się jednak, że sam zabieg nie jest aż tak dziwny, jakby się to mogło wydawać.

"Penis facial" - jak to działa?
Jak działa? Spokojnie, w tym przypadku niczego sobie nie wstrzykujemy. Maska w swoim składzie nie zawiera również spermy, choć to chyba pierwsze co może przyjść na myśl i mimo że z początku ta informacja może cieszyć, to jednak można zmienić zdanie, gdy okazuje się, co tak naprawdę się w niej znajduje.
W składzie zamiast spermy znajdziemy bowiem komórki z usuniętych napletków koreańskich noworodków. To nie żart – podobno pomagają w zwiększeniu jędrności i napięcia skóry. Wszystko za sprawą tajemniczego EGF, czyli nabłonkowego czynnika wzrostu, który ma bardzo pozytywny wpływ na skórę. Każdy z nas posiada ten czynnik, jednak po 30-tce jego ilość spada aż o połowę, co odbija się w "jakości" naszej skóry. EGF pobudza krążenie krwi oraz syntezę kolagenu i elastyny, a także ma odżywczy wpływ na komórki. To wszystko powoduje, że skóra wydaje się młodsza, rozświetlona i bardziej jędrna.


Informacja o tajemniczym składniku wzbudziła kontrowersję, dlatego sprawę na swoim Instagramie wyjaśniła sama kosmetyczka, która wykonywała zabieg gwiazdom. Georgia Louise napisała: "Żadne dziecko nie zostało wykorzystane - to tylko sklonowane komórki, pobrane lata temu (...) EGF to sklonowane komórki pobrane z oryginalnych, pochodzących z ludzkich komórek tkanki łącznej, uzyskanych z napletków noworodków. Nie używamy oryginalnych komórek macierzystych".
W polskich salonach kosmetycznych również wykonywane są zabiegi z użyciem kosmetyków mających w składzie EGF. Czynnik wzrostu ma mieć korzystny wpływ na skórę, jednak w Polsce raczej nie spotkamy się z tak egzotycznym pochodzeniem enzymu, jak to, o którym mówiła Sandra Bullock.

Choć próbowałam skontaktować się z wieloma kosmetologami, większość odmawiała udzielenia odpowiedzi na pytania, albo nie chciała występować pod nazwiskiem. Jak widać sprawa jest tyleż kontrowersyjna, co skomplikowana.

– EGF daje matrycę do odbudowy skóry. Nie sądzę jednak, aby w Polsce mógł mieć inne pochodzenie niż roślinne – zdradza nam kosmetolog, która woli pozostać anonimowa. – Rzeczywiście placenta, czyli ekstrakt z łożyska owczego jest źródłem enzymu EGF, wykorzystywanym do zabiegów kosmetycznych. W Polsce wykorzystuje się raczej kosmetyki, mające w składzie tzw. bio placentę.

Czym jest bio placenta wytłumaczył nam ekspert z marki Clarens, która zajmuje się produkcją kosmetyków wykorzystujących w swoim składzie EGF.

– Bio-Placenta to połączenie pięciu zsyntetyzowanych czynników wzrostu (EGF, IGF-1, Acidic FGF, Basic FGF, VEGF), witaminy B9 i Acetylowanej glutaminy. Wykazuje skuteczność pod względem właściwości przeciwzmarszczkowych i przeciwstarzeniowych. Proces produkcyjny oparty jest na technologii BIO, więc nie ma problemów etycznych ani związanych z bezpieczeństwem podczas korzystania z tego produktu. Kosmetyki z EGF przeznaczone są do pielęgnacji skóry dojrzałej, z widocznymi oznakami starzenia w postaci utraty napięcia oraz widocznymi zmarszczkami. EGF stymuluje odnowę komórkową naskórka i fibroblastów, redukuje zmarszczki oraz modeluje owal twarzy.

Chociaż wszystko brzmi dosyć dziwacznie, a nawet trochę obrzydliwie, może warto przekonać się na własnej skórze czy naprawdę działa. Poza oczywistymi kontrowersjami, dochodzi jednak i koszt zabiegu. O ile w polskich klinikach i salonach kosmetycznych można wykonać go już za około 200 zł, to koszt maski wykonywanej przez kosmetyczkę Sandy Bullock to już kwota rzędu 650 dolarów, czyli około 2400 zł.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...