"Podobno jestem na liście antyPolaków". Patrycja Volny to aktorka, o której w tym roku usłyszą wszyscy

Patrycja Volny dotychczas znana była z roli w filmie "Pokot" Agnieszki Holland. Już niedługo zobaczymy ją w kolejnych trzech produkcjach
Patrycja Volny dotychczas znana była z roli w filmie "Pokot" Agnieszki Holland. Już niedługo zobaczymy ją w kolejnych trzech produkcjach Fot. Instagram/ patrycja_volny
W zeszłym roku dała się poznać szerszej publiczności w "Pokocie". Choć wydawało się, że po debiucie u samej Agnieszki Holland będzie rozchwytywana i wnet stanie się kolejnym gorącym nazwiskiem polskiego kina, ona zniknęła. Na szczęście nie na długo. W najbliższym czasie będziemy mogli oglądać Patrycję Volny aż w trzech międzynarodowych produkcjach. Wygląda na to, że to może być jej czas.

Patrycja Volny to córka słynnego polskiego barda, Jacka Kaczmarskiego, która po śmierci ojca opowiedziała o nim i o ich relacjach w polskich mediach. Choć wychowywała się w Australii, aktorstwo studiowała w Łodzi. Tam poznała też swojego obecnego męża, Francuza, który był w Polsce w delegacji. Patrycja jest utalentowaną aktorką, którą już niedługo zobaczymy w nowych produkcjach, w tym m.in. pierwszym polskim serialu Netflixa. Choć na co dzień mieszka we Francji, udało nam się spotkać w Warszawie, podczas jej kilkudniowej wizyty w mieście.

Gdy przyjechałaś do Polski na studia przedstawiałaś się jako Kaczmarska, jednak szybko z tego zrezygnowałaś…

Patrycja Volny: Nigdy formalnie nie zmieniałam nazwiska, ale rzeczywiście po powrocie do Polski byłam "Kaczmarską". Tak mi poradzono, ale robiłam to krótko. Nie chcę być "szufladkowana", chcę być sobą i sama zapracować na swój wizerunek.

Aktorką chciałaś zostać od dziecka. Jak rodzice reagowali na wybór tak trudnego zawodu?

Mama ani mnie nie zachęcała, ani nie zniechęcała i zawsze dawała mi dużo wolności i pozwalała decydować. Czasem żałuję, że rodzice w pewnych sprawach nie dociskali mnie mocniej, ale mimo tego cenię wolność, którą miałam

To samo dasz swojej córce?

Sama chyba nie jestem zwolenniczką tzw. wolnego chowu. Daję córce dużo wolności, pozwalam jej odczuwać emocje, ale jak dam jej palec, to chce złapać całą rękę. To zresztą chyba norma u dzieci. Mnie mama chowała "po krakowsku" - kindersztuba, dobre maniery, zasady, które uczą szacunku dla drugiej osoby. Ja córkę wychowuje "po francusku", podstawowe zasady są obowiązkowe. A jeżeli się czegoś podejmie, to musi nauczyć się konsekwencji. Teraz idzie do szkoły tańca - zgodziłam się, ale pod warunkiem, że zostanie tam minimum rok. Mnie mama w takich kwestiach czasem nazbyt odpuszczała, a konsekwencja jest w życiu ważna.


W zeszłym roku polscy widzowie mogli oglądać cię w "Pokocie” Agnieszki Holland. Dzięki filmowi otworzyły ci się drzwi do kariery?

Szczerze mówiąc nie miałam szczególnego odzewu po "Pokocie". To był tak naprawdę mój debiut, wcześniej grałam w etiudach Jagody Szelc, Martina Ratha. Miałam epizod w "Prawie Agaty", ale tam głównie było widać, delikatnie mówiąc, plecy. Po zakończeniu zdjęć do "Pokotu" długo byłam bez pracy. Już się żegnałam z zawodem, było mi naprawdę ciężko.
Z czego to wynikało? Można pomyśleć, że współpraca z Agnieszką Holland to przepustka do najlepszych ról.

Na pewno, lecz to stało się dopiero później. Wcześniej o wielu projektach nie wiedziałam, informacje do mnie nie docierały. O samym "Pokocie" dowiedziałam się zresztą od koleżanek aktorek. Wbrew temu, co się mówi, nie jesteśmy sobie wrogie, pomagamy sobie nawzajem. Musiałam sama się postarać, aby moje próbne nagranie dotarło gdzie trzeba – i dopiero wtedy się udało.

A jak wspominasz pracę na planie "Pokotu"?

Stres okropny. Ekipa wcześniej pracowała już nad różnymi projektami, była zgrana, ale bardzo miło mnie przyjęli. Zawarłam przyjaźnie na całe życie. Poczułam coś, co jest wielkim szczęściem: komfort pracy! Ten komfort pomagał mi przezwyciężyć strach. Jestem "zadaniowcem" - jak mam coś do wykonania, chcę to zrobić na 100 proc. - a najchętniej i na 200 proc. (śmiech) – no i zawsze jest strach, czy mi się uda. Agnieszka darzy aktorów sercem i zaufaniem. Jeśli jednak coś jest "nie tak", to mówi. I zawsze wie, który "guziczek" nacisnąć, by cię odblokować.
Teraz znowu spotkałyście się na planach dwóch kolejnych produkcji - "Garetha Jonesa" i nowego serialu Netflixa.

Tak, o Netflixie niestety nie mogę nic mówić, choć żałuję, bo to niezwykle ciekawa rola. "Gareth Jones" z kolei opowiada o wyjątkowym życiu człowieka, o którym raczej się nie wspominało, a sama historia - jego i ogólna - była zakłamana. To historia młodego dziennikarza, który jako pierwszy opisał prawdziwy obraz tego, co się działo na Ukrainie – wielki głód. Ryzykował tak naprawdę życiem – ten masowy mord był bardzo skrzętnie ukrywany przez władze radzieckie. Gareth Jones zginął parę lat później, w wieku 35 lat, w tajemniczych okolicznościach. W tym obrazie gram heroinistkę i podczas jednej ze scen miałam zabawną historię. Igła strzykawki, mająca schować się w ciele, pozorując wbicie się pod skórę, wcale nie chciała zadziałać. Mechanizm ciągle się blokował, efektem czego było to, że faktycznie poraniłam sobie skórę, ale może dzięki temu będzie bardziej realistycznie.

To nie jedyne premiery, w których zobaczymy cię w najbliższych miesiącach. Jest jeszcze produkcja czeska.

Tak. To też ważny film, z oscarowym operatorem. Gram tam Żydówkę polskiego pochodzenia, która przybyła z innego kraju, jest sierotą wojenną, jest w zasadzie bezdomna. To istotny motyw, zwłaszcza w kwestii uchodźców, o której tak wiele się ostatnio mówi. Ostatnio nawet jechałam Uberem z Hindusem, który opowiadał mi, że ludzie często odwołują przejazdy, gdy zobaczą jego zdjęcie. Myślą, że jest islamistą. To straszne i przykre.
Produkcje, w których bierzesz udział, poruszają istotne tematy. Zgodziłabyś się na udział w komercyjnym hicie z banalnym przekazem?

To zależy od projektu. Banalny temat też może być fajny, pod warunkiem, że jeszcze zawiera to "coś" - pobudza do jakiejś refleksji lub po prostu przedstawiony jest zabawnie. Mam też ten luksus, że mam również inny zawód. Wolę sobie zrobić przerwę, choć mam nadzieję, że nie będę musiała uczyć angielskiego i być w domu z dzieckiem. Wolę chyba nacieszyć się tym, niż grać w czymś, z czym bym się ideologicznie nie zgadzała. Gdyby to było coś komercyjnego i fajnego, bo takie seriale też są i powstają, to tak. Po prostu musi być o czymś, jestem uczulona na marnowanie czasu, strasznie mnie to wkurza. Filmy robione tylko po to, aby zarobić, po prostu ogłupiają.

Taka komedia romantyczna, z młodym pokoleniem, nierozpoznawalnych jeszcze aktorów, mogłaby być nową, fajną jakością. A jednak na plakatach widzimy wciąż te same twarze.

Filmy muszą zarabiać, a "celebryctwo" jest w Polsce bardzo rozwinięte, przez co niekoniecznie daje się szansę młodym, nieznanym aktorom - nikt ich nie kojarzy, więc ludzie nie pójdą do kina. Umówmy się - bilet kupujesz z powodu reżysera albo z powodu aktorów. Wystarczy spojrzeć, które filmy mają największe sukcesy kasowe - produkcje typu "Lejdis" czy "Listy do M." z gwiazdorską obsadą. Młody aktor musi mieć naprawdę cudownego, bardzo dobrego agenta, który go dobrze sprzeda. Prawda jest taka, że może być nie wiadomo jak wybitny - może go chcieć reżyser, aktorzy, ale jeśli producent powie "nie zarobi", to nie ma szans.

Większa ilość ról to większa popularność, a za popularnością idzie również hejt. Do tej pory zdarzyło ci się już z nim spotkać?

Tak, oczywiście. Kiedyś strasznie się tym przejmowałam, a teraz mnie to bawi. Dowiedziałam się np., że po tatusiu mam luksusowe mieszkanie w Warszawie. Jak to przeczytałam, to pomyślałam "Tak? O kurczę, gdzie to jest?". Nie jestem masochistką, nie wczytuję się w te bzdury.

Hejterzy komentowali sytuację rodzinną czy dokonania aktorskie?

Jedno i drugie. Jeśli ktoś przeczytał wywiad i dowiedział się, kim jestem, to miał pole do popisu. Nie tylko w kontekście taty, ale też Agnieszki, bo skoro zagrałam u niej, to na bank jestem komuchem i Żydówką, jestem antypolska etc. Ktoś mi zresztą podesłał informację, że jestem na liście antyPolaków. Razem z Olgą Tokarczuk, Agnieszką Holland, Pawłem Pawlikowskim. Znalezienie się w takim towarzystwie – co za zaszczyt!
Jest jakaś rola, o której marzysz?

Anna Karenina, od dziecka (śmiech). A tak serio - w szkole obsadzano mnie w rolach zbuntowanych punkówek, teraz to role historyczne, stonowane. Chciałabym się zmierzyć z rolą osoby, która jest ode mnie zupełnie inna - nie to, że sama jestem szczególnie zrównoważona psychicznie, ale chętnie zagrałabym jakąś kompletną wariatkę albo morderczynię. Nie musi to być nic bardzo mrocznego, ale chciałabym móc wykonać jakąś większą pracę nad ciałem, gestem, sposobem mówienia. Żeby naprawdę się zmienić.

Zgodziłabyś się ogolić głowę albo przytyć kilkadziesiąt kilo?

Ogolenie włosów - żaden problem. Z przytyciem nie byłoby łatwo, moja prywatna "psyche" by się pewnie buntowała, ale gdyby rola tego wymagała – trudno. Musiałaby jednak być naprawdę interesująca (śmiech).

Myślałaś o teatrze?
Tak, ale to za trudne, przynajmniej na razie. Musiałabym mieszkać w Polsce, dojeżdżać do córki i męża we Francji...

W tym roku skończyłaś 30 lat. To dla wielu symboliczny moment. Jesteś zadowolona z miejsca, w którym jesteś?

Chyba tak. Horoskopy mowią, że gdy przekroczysz 30-stkę, twój zodiakalny ascendent bardziej dochodzi do głosu. Może rzeczywiście coś jest na rzeczy ? Nie wiem, czy dzieje się tak za sprawą Lwa, ale czuję się teraz jakby bardziej "określona". Wodnik, który dotąd - według tej teorii - dominował, wprawiał mnie w niepewność. Teraz czuję się silniejsza. Uczę się unikać ludzi, z którymi nie lubię przebywać. Mówię sobie: "Jeśli czegoś nie chcesz, to przecież nie musisz!" Staram się nie tracić także czasu na pierdoły.  I generalnie - nie tak bardzo wszystkim się przejmować.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...