Nowy trend w barach i klubach, którego nie rozumiem. Ludzie stoją w kolejce do... barów. Barmani łapią się za głowę

Na zdjęciu Nocny Market w Warszawie - wtedy jeszcze kolejek do baru nie zaobserwowano (21. 04.2017 r.)
Na zdjęciu Nocny Market w Warszawie - wtedy jeszcze kolejek do baru nie zaobserwowano (21. 04.2017 r.) Fot. Franciszek Mazur / Agencja Gazeta
Niby zwykła kolejka. Ludzie się nie pchają, grzecznie stoją, więc przecież nie ma w tym nic złego. Fakt, nic złego nie ma, jednak są takie miejsca i sytuacje, że ustawieni w wężyku ludzie dziwią. Takim miejscem jest, chociażby bar i może nazywanie tego fenomenem, to zbyt mocne słowa, jednak coraz częściej w warszawskich lokalach zauważyć można grupy czekające w kolejce do barmana.

Problemów sobie szukam
No to sobie kobita szuka problemów. Jak się biją w markecie o torebki, to źle. Gdy już stoją, jak Bóg przykazał w kolejce, też niedobrze. Wiem, że wielu może wysnuć właśnie taki wniosek, jednak wierzę, że pozornie nic nieznaczące zachowania mogą wiele mówić o zmianach, które zachodzą w społeczeństwie. A nie da się ukryć, że kolejka, zjawisko silnie kojarzone z poprzednim ustrojem, coraz częściej formuje się pod sklepami (z butami, z elektroniką) czy restauracjami. A teraz stoi do barów, gdzie panuje niepisana zasada, że podchodzimy z każdej strony i nikt nie wyznacza kolejności stawania spragnionych klientów.

Najpierw postanowiłam zadziałać praktycznie, bo po którejś wizycie w jednym z najbardziej obleganych latem miejsc w Warszawie już sama nie wiedziałam co myśleć. Nocny Market, bo o nim mowa, to przestrzeń zorganizowana na Dworcu Głównym. Restauratorzy wystawiają tam swoje najlepsze dania, jednak całość jest raczej niezobowiązująca, idealna na wieczorne lenistwo dla zmęczonych upałem mieszkańców miasta. Są tam też one – kolejki do dwóch barów. Długaśne na kilka metrów, praktycznie nieporuszające się, blokujące przejścia i niemające sensu.

Barman prawdę ci powie
Znajomi, pracujący w gastronomii powiedzieli mi, że to głupota, dlatego ominęłam spory tłumek i podeszłam do barmana. Zapytałam uprzejmie, czy można i czy panują tutaj zasady, o których mi nie wiadomo. Zostałam obsłużona w pięć minut i uzyskałam informację, że nie istnieje coś takiego jak kolejka do baru. Nikt nie zwrócił mi uwagi. Następna była moja koleżanka, której jeden chłopak, stojący już dobrych kilkanaście minut w oczekiwaniu na upragniony napój dosyć agresywnie zwrócił uwagę, że „tutaj jest kolejka i co ona sobie myśli, żeby tak się pchać”. Na to zareagowała już sama barmanka, z uśmiechem oznajmiając, że pan chyba pomylił miejsca, bo do baru można podchodzić z każdej strony. Między innymi dlatego ma on taki kształt i a barmani są ustawieni w różnych miejscach.


Sytuację monitorowałam, poszłam na Nocny Market jeszcze kilka razy. Uznałam to za wyjątek, jednak szybko przekonałam się, że wcale tak nie jest. Kolejkowy trend pojawił się w kilku innych modnych lokalach. W dwóch następnych również zapytałam barmanów o opinie. Byli równie zdziwieni, jednak obsługiwali mnie, gdy podchodziłam, omijając kolejkę. Mówili, że wcześniej wołali, żeby klienci po prostu podchodzili, teraz jest im już wszystko jedno. Po prostu oni wolniej pracują (bo ktoś zablokuje kolejkę, zostanie przy barze, by wypić kieliszek wódki), a ludzie czekają dłużej. Kolega, który nie chciał iść w moje ślady, na drinka czekał około 40 minut.

Absolutnie nie nawołuję do siłowego szturmu na bary i nie wygłaszam pochwały przepychanek i chamskiego traktowania innych "z łokcia". Kilku osobom, które czekały naprawdę długo, zasugerowałam, żeby podeszły i złożyły zamówienie. Nie były zbyt entuzjastycznie nastawione do tego pomysłu, chociaż tęsknie patrzyły w mój napój. Nie rozumiem...

Jedna kolejka do wszystkich okienek
Zastanowiłam się, czy taka sytuacja to może nie pokłosie systemów wprowadzonych, chociażby w dużych marketach czy aptekach – w tej, którą mam pod domem po miesiącu wycofano się z tego pomysłu, bo klienci dostawali szału, widząc, że przed nimi stoi kilkanaście osób, a trudno oszacować, ile czasu zajmie ich obsłużenie. Potem wpadłam na bardziej szaloną myśl, którą też żartobliwie podrzuciło kilku znajomych. Może to nostalgia za PRL-em, jakiś rodzaj pamięci historycznej, którą młodsze pokolenie odziedziczyło po rodzicach, bo przecież większość z nas, dwudziestoparolatków o tym, jak stało się w kolejce, słyszało tylko z opowieści.

Od razu przypomniało mi się również, że gdy kilka lat temu w Warszawie otwarto pierwszą restaurację sieci Manekin, powszechną wesołość wzbudzała kolejka po "tanie i dobre" naleśniki, a media społecznościowe zalewały zdjęcia owych wężyków z ludzi ustawiających się przed drzwiami. To o tyle śmieszne, że do innych lokali w stolicy również trzeba było swoje odstać, szczególnie w weekend, jednak to właśnie Manekin stał się punktem utożsamianym z bezsensownym (i często długim) czekaniem na stolik.

"My jesteśmy kulturalna kolejka, a nie...
...żadne chamstwo". To tytuł raportu z badania "Bilet za 400 groszy" z 2016. Dotyczył on osób biorących udział w akcji, w której za tę właśnie sumę można było nabyć bilet do teatru. A było kogo badać, ponieważ w kolejkach ustawiły się setki osób, chcące obejrzeć spektakle. Mnie jednak bardziej zaintrygował sam tytuł, bo mam wrażenie, że określa dokładnie to, z czym kojarzy nam się kolejka (chociaż rozumiem też grę słowną, która najpewniej była zamierzeniem twórców).

Kwintesencję chamstwa stanowią wszyscy ci, którzy ruszają do walki o przecenione produkty, biją się i przepychają w marketach, a później my, kulturalna kolejka, komentujemy ich zachowanie w internecie. O "codzienności kolejki" pisała Anna Zadrożyńska w tekście "Antropologiczne problemy kultury współczesnej". Odnosiła się tam do tworu znanego z okresu PRL-u, jednak pewne jej refleksje są aktualne również obecnie. Autorka odwołuje się do natury człowieka, który jest nie tylko zwierzęciem terytorialnym, ale i stadnym, dlatego ustala hierarchię, która wpływa na ład i porządek społeczny. W opisywanych przez nią przypadkach chodziło raczej o "biologiczną sytuację zdobywania pożywienia" - towaru w sklepach było mało, więc każdemu zależało, by znaleźć się bliżej sklepowej lady.

Dosadniej, bo posługując się pojęciem "społeczeństwa kolejki" pisała również Małgorzata Mazurek. Dla niej był to "podział społeczeństwa na nieuprzywilejowanych, a więc osoby zmuszone do oczekiwania w kolejce, i uprzywilejowanych, którzy w danym momencie mogli sobie pozwolić na jej ominięcie". Ten mechanizm działa jednak obecnie trochę podobnie. Kolejka nadal kojarzy się z równością i sprawiedliwością (kto przyszedł pierwszy, jest bliżej), ładem i porządkiem (łatwo zauważyć, kto kolejkę stara się ominąć). To właściwie jedynie pozór spokojnego oczekiwania.

Może oczywiście dziwić się, a wręcz oburzać za nawiązanie do kolejek w PRL-u, przecież żyjemy w zupełnie innej Polsce. Chodziło mi jednak o zaznaczenie mechanizmu działania, który to mechanizm coraz częściej się ujawnia w codziennym życiu, w sytuacjach, z którymi nie był kojarzony. Czy nasza potrzeba ustawiania się w rządku, nawet do baru, może świadczyć o jakimś zmęczeniu społecznym? O szukaniu rozwiązań pokojowych, dalekich od sytuacji, w której musimy wyznaczyć swoje miejsce łokciem? O zachowaniu pozorów, że wszyscy jesteśmy tacy "ąę", porządni i grzeczni? A może po prostu działa nasz syndrom stadny? Ustawiamy się w kolejce, bo inni się ustawiają. Ale to chyba również o czymś znaczy, prawda? No, chyba że po prostu lubimy stać w kolejce. To przepraszam.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...