Nie sądziłam, że w takim miejscu można zrobić teatr. "Druga Strefa" oferuje coś, co warto docenić

Zdjęcie ze spektaklu "Shertel" irańskiego Chakad Theatre
Zdjęcie ze spektaklu "Shertel" irańskiego Chakad Theatre Facebook/Teatr Druga Strefa
Przystanek Woronicza. Zajezdnia autobusowa. Z jednej strony szare bloki, z drugiej nowoczesne, pachnące jeszcze nowością osiedle. Gdy pierwszy raz szukałam ulicy Magazynowej 14 (pędziłam na "Nad moim grobem noc nie zapadnie" Fabrice'a Melquoita w reż. Krzysztofa Kwiatkowskiego), po kilku minutach błądzenia byłam pewna, że coś pomyliłam. Gdzie niby tutaj wcisnąć teatr?

Trochę nowocześnie, trochę nie
Teraz już wiedziałam, gdzie idę i wiedziałam, że chcę tam iść. Postindustrialny, wręcz obskurny budyneczek, odrapane z zewnątrz ściany. Pomimo tego specyficzna lokalizacja Teatru Druga Strefa powoduje, że chce się tu wracać. Jest intrygująco, inaczej niż w teatrach instytucjonalnych.

Równie ciekawie prezentuje się wnętrze. Fakt, niedawno odświeżone, jednak nadal urokliwe. Kilka stolików, mała kasa, ciemne przejście. A dalej scena i zaledwie kilka rzędów krzesełek. Pod koniec sierpnia na specjalne zaproszenie dyrektora Sylwestra Biragi w tej niezwykłej przestrzeni swoje spektakle zaprezentowali twórcy ze Szwecji, Francji i Iranu.
Komedia o ISIS
Ja wybrałam się na "Shertel" irańskiego Chakad Theatre. Komedia o ISIS? Nie mogłam przegapić takiej okazji. Tytułowy Shertel (którego imię brzmiało trochę jak "Je t'aime") to biedny gitarzysta, który dorabia, grając na ulicach. W końcu los się do niego uśmiecha.

Ale jest to raczej uśmiech podstępny i fałszywy. Nieznajomy, którego poznaje bohater, okazuje się terrorystą. Mężczyzna szybko przekonuje naiwnego muzyka do wstąpienia do organizacji, która, jak wynika z opowieści, gwarantuje same przyjemności. Argumenty są przekonujące: góra pieniędzy, seksowne kobiety, wieczne zbawienie i połączenie z Bogiem.
W zamian Shertel musi jedynie wysadzić trzy wieże: Big Bena, wieżę w Pizie i wieżę Eiffla. Co interesujące, dwoje występujących aktorów nie porozumiewa się w żadnym znanym języku, a jedynie wplatają raz na jakiś czas słowa po angielsku. Przez to widz musi zaangażować się w czytanie z mowy ciała, sam układać te klocki, bazować na domysłach. Twórcy podkreślili, że zdecydowali się na taki zabieg, ponieważ z terrorystami nie ma dialogu, są to osoby niejako bez języka.


Wielka siła małego teatru
Może brzmi to trochę absurdalnie, ale "Shertel" stał się dla mnie dowodem na siłę teatru. Na to, jak niezależnie od kontekstu kulturowego, politycznego czy społecznego może funkcjonować i pracować na wielu poziomach. W tym przypadku niepotrzebne były rozbudowane dialogi czy konkretne argumenty, a jedynie znaki, które rozumiane i dekodowane są niezależnie od szerokości geograficznej – dziecko z urwaną przez bombę nogą czy twarze dyktatorów.
Jeżeli zatem poszukujecie w teatrze czegoś odświeżającego, alternatywnego, niezależnego zarówno w formie, jak i treści, to sprawdźcie repertuar na najbliższe miesiące. Zapewniam, że nie będziecie żałować.

Jesienią zobaczymy "Shirin", dramat inspirowany epopeją jednego z największych perskich poetów XII wieku, "Vladimira" (tak, dobrze myślicie), czy monodram "Nie lubię pana panie Fellini" o życiu Giulietty Masiny – zdobywczyni dwóch Oscarów, a prywatnie żony Federica Felliniego. A już 22 września wielki powrót Oli Love, która zmęczona facetami postanawia zostać lesbijką ("Szał Time 2, czyli jak zostałam lesbijką").

Jeżeli zatem macie trochę dosyć politycznie angażującego Teatru Powszechnego, klasycznego Narodowego czy eksperymentalnego Nowego, to wiecie, gdzie kierować swoje kroki.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...