Fajny ten “dajning” czyli dlaczego warto wydać 119 zł na kolację dla jednej osoby i nawet się nie najeść

Nie wszystkie będą ci smakować. Co do kilku będziesz mieć poważne wątpliwości: widelec czy łyżka? Parę razy zastanowisz się nad stanem psychicznym szefa kuchni, który na jednym talerzu paruje smaki przystające do siebie mniej więcej tak, jak weselny devolaj do kaczki po pekińsku. I właśnie dlatego musisz iść na Fine Dining Week.

Fine Dining Week kilka dni, w trakcie których najlepsze restauracje w sześciu polskich miastach przygotowują specjalne menu. Każda sporządzona na tę okazję karta degustacyjna składa się z pięciu pozycji w dwóch wersjach: standardowej i wegetariańskiej. Dania wydawane są na przestrzeni 120 minut. Cena tego “doświadczenia restauracyjnego”, jak określają je organizatorzy, to - z kilkoma wyjątkami - 119 zł, niezależnie od lokalizacji, czy składu karty.

Ku zażenowaniu językowych purystów, kalka z angielskiego “dining experience” to idealny opis tego, czym jest degustacja podczas Fine Dining Week. A jest okazją aby sprawdzić, czym na co dzień zachwyca się gastronomiczny światek i dać mu się uwieść. Albo przełamać do niego niechęć.

Bo przecież lekka obawa przed “wysokim” obiadowaniem, czy kolacjowaniem, bywa uzasadniona. Kto wydaje spore pieniądze, tylko po to, żeby sprawdzić, czy kapka sosu, którego przygotowanie zajęło kilka dni, współgra z porcją mięsa wielkości gumki do mazania?


Odpowiedź brzmi: ten który jest w stanie tyle zapłacić. Jedną z lekcji, które można z Fine Dining Week wynieść, jest więc ta, na której uczymy się, że bardzo trudno wycenić “doświadczenie”. Może nie najecie się po kokardkę, ale co przeżyjecie, to wasze i co się nadziwicie i nazachwycacie - też. A to, co podczas FDW zjecie, to co najmniej kilka gotowych anegdot do opowiadania znajomym.

Po przetestowaniu dwóch restauracji biorących udział w 5. edycji Fine Dining Week, mamy dobre przeczucie, co do tematu wspomnianych anegdot. W naszych wspomnieniach z Papu, i Winosfery dominował motyw “foodgasm”. ”

Papu - ukryty diament
Tickets Bar Alberta Adrii jest stylizowany na stare kino, z psychodelicznymi akcentami rodem z Fabryki Czekolady Willy’ego Wonki; The Fat Duck brytyjskiego guru kuchni molekularnej, Hestona Blumenthala, z zewnątrz jest typowo niepozornym angielskim pubem; Rene Redzepi tworzył historię nordyckiej kuchni w dawnym portowym magazynie i opuszczonej farmie na przedmieściach Kopenhagi. Te przykłady gwiazdkowych restauracji dowodzą niezbicie, że w świecie fine diningu nic nie musi być takie, jakie się wydaje. A nawet lepiej, jeśli nie jest.
Papu nie jest zwykłą obiadownią, jak mogłaby sugerować nieco zabawna nazwa, wypisana na markizach zawieszonych nad oknami. Nie jest też średniej klasy restauracją serwującą elegancko wypanierowanego schabowego i fikuśnie zlepione pierogi, jak podpowiadałby pierwszy rzut oka na polsko-dworkowy wystrój wnętrza. Papu to zorro fine diningu, puszczający do gości zamaskowane oko.
Tutejsza atmosfera zdecydowanie podejdzie tym, którzy we wnętrzach z gatunku “ę,ą” czują się nieswojo. Co ciekawe, nawet ci, którzy na co dzień mają zdiagnozowaną alergię na antyki, sztuczne kwiaty i lekko ekelektyczny przepych poczują się tu w najgorszym wypadku dobrze. Bo w tej stylistycznej przesadzie jest metoda, tym bardziej że menu, które nam zaserwowano było do tego przytulnego ropasania genialnym kontrapunktem.
Pierwszy zachwyt pojawił się już w postaci czekadełka. Miniaturowy strąk zielonego groszku z delikatnym musem wyglądał uroczo i tak samo smakował. Aromat palonego masła, które stanowiło bazę musu, można umiejscowić pomiędzy karmelem, a śmietanką o lekko dymnym aromacie. Wyobraźcie sobie cukierki “irysy”, które nie są słodkie - to ten smak.
W Papu bardzo lubią bawić się formami, czego najlepszym dowodem jest ich chłodnik pomidorowy na galaretce z wody, z dodatkiem lodów z kwaśnej śmietany. Konsumpcja wymaga chwilowej walki ze zmysłami - oczy mówią: woda, zero smaku, z kolei kubki smakowe: mleczno-pomidorowy sztos.

Manu w Papu nie miało słabych punktów, ale dwa dania zdecydowanie wybijały się ponad przeciętną. Co ciekawe, jedno z nich figurowało w menu wegetariańskim, drugie - w mięsnym, co pozwala sądzić, że ułożenie jadłospisu dla “zielonych” nie zostało potraktowane jak przykry obowiązek.
Gratin z kolorowej marchwi z oliwą szczypiorkową i serem bursztyn, bo właśnie o tym daniu mowa, to jedna z pozycji, opisywanych słowami: “To nie mogą być warzywa!”. Okazuje się, że marchewka przełożona śmietanowym sosem i przyjemnie podtopiona w zielonej oliwie może mieć delikatny, słonawy, lekko ziemniaczany smak.
Drugim hitem Papu było żebro wołowe w sosie porto z babką ziemniaczaną i musem z czereśni. Stopień delikatności mięsa trudno opisać, nie używając zdrobnień, więc aby nie popadać w niepotrzebną infantylność, powiedzmy tylko, że było “mięciutkie”. Sos z porto to z kolei winna esencja, która nadała charakteru złocistej ziemniaczanej babce. Po te kombinacje na pewno wrócimy już po zakończeniu Fine Dining Week.
Winosfera - najbliżej “klasyki”
Ze wszystkich dwóch restauracji, które odwiedziliśmy, Winosfera wydawała się najbardziej wpisywać w potoczne wyobrażenie o fine diningu. Surowe wnętrze, w którym zimne betonowe ściany ociepla sztuka nowoczesna; wyprostowani jak struny kelnerzy i kelnerki przemykający bezszelestnie pomiędzy stolikami i otwarta kuchnia, uchylająca kulinarnych tajemnic - to elementy składowe tutejszej atmosfery, nieco bardziej onieśmielającej, niż w poprzednich dwóch miejscach.
W menu za to - niespodzianka. Opisy potraw są przyjemnie proste i zrozumiałe, co nie oznacza, że mało intrygujące. Kiedy na stole pojawia się pierwsze danie, pewnym staje się, że w Winosferze potrafią bawić się jedzeniem, co w tym kontekście jest komplementem.
Pierwsza przystawka to kozi ser zawinięty w cudownie chrupiące niteczki delikatnego ciasta, w towarzystwie pieczonego buraka, żelu Earl Grey oraz chutneya z pomarańczy i rabarbaru. Danie zachwyca po formą, ale i smak nie rozczarowuje: lekko kwaśne i słodkawe sosy plus delikatny, herbaciany posmak równoważą tłustość smażonego na głębokim tłuszczu serowego “gniazdka”.
Najmocniejszym punktem degustacyjnego menu Winosfery był filet z dorady. Danie można by prezentować niedowiarkom, którzy zachwyty nad “restauracyjną jakością” kontrują stwierdzeniem: “Lepsze robię w domu”.
A więc w domu nie usmażycie ryby tak, żeby delikatnie mięso idealnie się listkowało, pozostało soczyste i jędrne. Nie zblanszujecie sobie fasolki tak, żeby uchwycić dokładnie ten moment pomiędzy surowością, a chrupkością. Nie wpadniecie na to, że zwykła kapka śmietany może wystarczy, aby lekko podbić smaki, ani na to, że kawałeczki podsmażonej pancetty wcale nie “pogryzą się” z rybą.
Właśnie po taką wiedzę warto wybrać się na Fine Dining Week. Bo “wysublimowany” wcale nie musi oznaczać “udziwniony”, a “intrygujący” wcale nie musi być zaprzeczeniem “smacznego”.

Dla tych, którzy w fine diningowych doświadczeniach zasmakowali już wcześniej, organizatorzy przygotowali dodatkowe fajerwerki. Jeśli na hasło "Osteria Francescana" oczy robią się wam wielkie jak spodki, koniecznie sprawdźcie zasady instagramowego konkursu towarzyszącego obecnej edycji FWD. Tak, główną nagrodą jest dokładnie to, co myślicie: przelot do Modeny i kolacja w Osterii. Powodzenia!

Portal naTemat jest patronem Fine Dining Week.

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...