Ależ to jest dobre! "Rodzina Addamsów" to zadanie obowiązkowe dla każdego, kto... nie lubi musicali

"Rodzina Addamsów" w Teatrze Syrena w Warszawie
"Rodzina Addamsów" w Teatrze Syrena w Warszawie Teatr Syrena / teatrsyrena.pl
Gdy kilka miesięcy temu pisałam recenzję musicalu "Czarownice z Eastwick" z warszawskiego Teatru Syrena, zaczęłam ją słowami: "Musical nie jest gatunkiem, który przyspieszałby bicie mojego serca". Po obejrzeniu kolejnej propozycji z Litewskiej 3 zaczynam coraz poważniej weryfikować swoje preferencje...


Normalność nie istnieje
Problem polegał chyba trochę na tym, że do pewnego momentu, a dokładnie do 7 września, nie wierzyłam, że istnieje możliwość, bym w Polsce obejrzała coś, co jest znakiem rozpoznawczym nowojorskiego Broadwayu czy londyńskiego West Endu. Reżyser "Rodziny Addamsów", a jednocześnie dyrektor Syreny, Jacek Mikołajczyk, kolejny raz udowodnił mi, jak słabej wiary byłam.


Chociaż wiem, że powinnam najpierw zbudować napięcie i opisać wszystkie aspekty spektaklu, to jednak tego nie zrobię. W pierwszej kolejności, by każdy doskonale to zapamiętał, napiszę, że po prostu wizyta w teatrze Mikołajczyka jest obowiązkowa. Zarówno dla tych, którzy musicale kochają, ale chyba szczególniej dla tych, którzy nadal krzywią się, gdy ktoś właśnie ów gatunek im proponuje.

"Rodzinę Addamsów" znamy chyba wszyscy. Głównie za sprawą filmu z 1991 roku z Anjelicą Huston i Christiną Ricci. Czarny, i to dosłownie, humor może nie każdemu odpowiada, nie sposób odmówić jednak specyficznej historii pewnego uroku sprowadzającego się do pytania, wbrew pozorom, banalnego – czym jest normalność? I czy coś takiego w ogóle istnieje?

Trupio, ale fajnie
Największą zaletą opowieści jest właśnie jej klimat i mroczna atmosfera, na którą składają się niewybredne żarty o śmierci i potworach, stylizacje rodem z cmentarza i zainteresowania oscylujące bardziej wokół tortur i przemocy, aniżeli zbierania znaczków czy porannego joggingu.


Córka Mortici (absolutnie piękna i powabna w tej roli Marta Wiejak), Wednesday (czarująca głosem Anastazja Simińska), zakochuje się w Lucasie (Maciej Pawlak). Ot niby prosta, nastoletnia miłość. Może zauroczenie? A może jedynie pretekst do przewartościowania pewnych spraw? Trudno powiedzieć, ale właściwie odpowiedź na te pytania nie jest konieczna.
Spektakl w Syrenie robi bowiem wrażenie na każdym możliwym poziomie – monumentalnej, efektownej scenografii Grzegorza Policińskiego, dopracowanych kostiumów Ilony Binarsch; muzyki (orkiestra pod kierownictwem Tomasza Filipczaka, przekład piosenek Jacek Mikołajczyk), choreografii Eweliny Adamskiej-Porczyk czy ostatecznie profesjonalizmu obsady. Biorąc pod uwagę rozmach przedstawienia, trudno wymienić wszystkie nazwiska, które zapracowały na ostatecznie świetny efekt.

Danse macabre
I chociaż fabularnie nie zobaczymy nic innego (nastoletnia córka zakochuje się w "zwykłym" chłopaku i planuje z nim ślub, swoją tajemnicę powierza ojcu, oczekując, że ten nic nie powie matce), to twórcy postarali się o kilka uwspółcześnień w tekście, pozwalając sobie na subtelne komentarze dotyczące bieżących spraw społeczno-politycznych. To ciekawy zabieg, nie napastliwy, jednak znaczący dla polskiego widza.

Pomimo całego trupio-cmentarno-mrocznego klimatu "Rodzina Addamsów" w Syrenie daje dużo radości. Nie tylko ze względu na błyskotliwy język, natężenie żartów czy ironizowanie, ale głównie z powodu "wniosków ostatecznych", jak roboczo nazwałam je po wyjściu z teatru. Spektakl wyraźnie weryfikuje myślenie o "normalności", jest piękną opowieścią o poznawaniu drugiego człowieka, akceptowaniu jego odmienności, budowaniu relacji (szczególnie w rodzinie), a także o pogodzeniu się z tym, co nieuniknione, docenianiu i rozumieniu "ciemnej strony", którą przecież ma każdy z nas...
Gdy Morticia mówi o "mroku, żalu i wszechogarniającym smutku" zrozumiałam, że chociaż wielu z nas próbuje usilnie pozbyć się takich emocji, to one wcale nie są złe i niepotrzebne. Życie chyba po prostu polega na tym, by radzić sobie z każdym rodzajem uczuć, bo nawet te, które początkowo wydawać mogą nam się negatywne, są konieczne do zachowania balansu. W końcu nie każdy potrafi zatańczyć tango, ale wszyscy wykonujemy alegoryczny danse macabre… Nasze życia zaczynają i kończą się tak samo.

Gorzkie żale
Czego żałuję? Tego, że nie miałam jeszcze okazji obejrzeć syrenowej wersji Addamsów z Przemysławem Glapińskim w roli Gomeza – gdy recenzowałam "Czarownice z Eastwick" przyznałam, że nie jestem skłonna do przesady, ale jego Darryl był dla mnie zdecydowanie bardziej brawurowy niż Jack Nicholson w filmie o tym samym tytule z 1987 roku.
"Rodzina Addamsów" to spektakl z rodzaju tych, do których nawet jeżeli mam malutkie "ale" (w tym przypadku trochę dłużący się pierwszy akt i główne postaci męskie, Gomez czy Lucas, które to miałam wrażenie, nie do końca nadążają za swoimi charakternymi partnerkami), to i tak zapamiętam całokształt. A ten, chociaż czarny jak smoła z piekielnego kotła, to tak szalenie pociągający i efektowny, że… cóż. Raz się żyje, napiszę to – odrzućcie słodkie jednorożce i pastelowe podusie, tej jesieni rządzić będzie iście diabelska czerwień, trupia biel i głęboka jak miłość Mortici i Gomeza czerń.

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...
0 0Pisał o "tęczowej zarazie". Stał się męczennikiem na prawicy
0 0Dlaczego wierzę Jarosławowi Kaczyńskiemu