Festiwal w Gdyni to nie tylko "Kler" i "Zimna wojna". Jej kostiumy do "Ułaskawienia" zachwyciły jury

Monika Onoszko na Festiwalu Filmów Fabularnych w Gdyni została doceniona za kostiumy do filmu"Ułaskawienie"
Monika Onoszko na Festiwalu Filmów Fabularnych w Gdyni została doceniona za kostiumy do filmu"Ułaskawienie" Fot. Kadr z trailera filmu "Ułaskawienie"
Festiwal Filmów Fabularnych w Gdyni kilka dni temu dobiegł końca. O ile po zakończeniu wiele pisze się o zwycięskich filmach czy grających w nich aktorach, to rzadko wspomina się o innych laureatach Złotych Lwów, którzy również zasługują na uwagę. Jedną z nich jest Monika Onoszko, którą nagrodzono za kostiumy do filmu "Ułaskawienie".

Festiwal Filmów Fabularnych w Gdyni 2018
W tym roku o święcie kina mówiło się głównie w kontekście kontrowersyjnego "Kleru" i "Zimnej Wojny", którą zachwycił się cały świat, jednak uwagę zwracały również inne tytuły, w tym m.in. "Kamerdyner" Filipa Bajona i "Ułaskawienie" Jana Jakuba Kolskiego.
To właśnie ostatni film zachwycił nie tylko ze względu na kreację Grażyny Błęckiej-Kolskiej, laureatki Złotego Lwa w kategorii główna rola kobieca, ale również przez pracę kostiumografa, Moniki Onoszko.

Na ubrania w filmach, jako widzowie, rzadko kiedy zwracamy uwagę. Nie dlatego, że ich nie zauważamy, ale jednak są czymś tak oczywistym, że często nie dostrzegamy pracy osoby, która stoi za ich doborem. A to przecież w dużej mierze dzięki nim film zyskuje określony klimat, nastrój i prawdziwość. Kim właściwie jest kostiumograf i jak wyglądają kulisy jego pracy opowiada mi Monika Onoszko.

Wiele osób słyszało o zawodzie kostiumografa, ale właściwie nie ma pojęcia co za nim stoi. Na czym polega Pani praca i czym różni się od zajęć projektanta mody?

Monika Onoszko: Różni się praktycznie wszystkim, z wyjątkiem tego, że i tu i tu ubiera się osobę. O ile jednak projektant mody myśli o tym, żeby jego ubiór zachwycił, żeby był w jakiś sposób atrakcyjny, o tyle w kostiumie filmowym nie o to toczy się gra. Kostium musi być przede wszystkim autentyczny i odzwierciedlać charakter postaci.


Często się zdarza, że pożądane jest coś nijakiego lub wręcz nieatrakcyjnego czy nawet odpychającego. Właściwie to chyba samo mówienie o kostiumie filmowym jest dość nową sprawą, bo moja dobra znajoma, która w swej młodości pracowała dla wielkich produkcji filmowych, a w późniejszym wieku dla Opery Narodowej zawsze mi powtarzała “pamiętaj, że kostiumy są w teatrze, a w filmie tylko ubrania”.

W teatrze jednak też coraz częściej stosuje się współczesne kostiumy, przez co nie raz po wyjściu ze sztuki zdarzało mi się słyszeć, że “w tym spektaklu nie było kostiumów, wszyscy byli normalnie ubrani… “. Tylko kostiumograf wie ile pracy ta “normalność” kosztowała. Ile dyskusji z reżyserem, aktorami, analizowania koloru, jego symboliki, formy ubrania, tkaniny, tego jaki każdy z tych elementów niesie przekaz.

Na tym właśnie w dużej mierze polega nasza praca, na zebraniu informacji o każdej postaci w filmie lub spektaklu i stworzenie wizerunku, który odpowiada charakterowi danej postaci, zawodowi, sytuacji, w której się znajduje itp…

Tworzy Pani kostiumy do teledysków, filmów i występów scenicznych, teatralnych czy kabaretowych. Praca nad kostiumami w każdym przypadku wygląda tak samo czy może każde miejsce ma swoją specyfikę?

Każda z tych dziedzin rządzi się własnymi prawami. Kiedy Jan Jakub Kolski po raz pierwszy zaprosił mnie do współpracy trochę się obawiał mojego teatralnego doświadczenia. On sam nie cierpi kostiumów teatralnych i bał się, że mogę iść w tą stronę. Nie raz zresztą na planie słyszałam, że to nie teatr.

Myślę, jednak, że dokładnie rozumiem te różnice i oddzielam te dwie sfery bardzo grubą linią. Ja sama też nie cierpię teatralnej siermiężności, na szczęście coraz rzadziej już się ją spotyka.

W teatrze lubię to, że kostiumem przekazuje się pewne treści w sposób symboliczny. Kostiumy filmowe, za to, że można się skupić na detalach, które uwielbiam, a które na scenie często są zupełnie niewidoczne.
Co jest najtrudniejsze w pracy kostiumografa?

Wiele rzeczy jest trudnych, bo to nie jest łatwy zawód. Jednak jeśli mam porównać to praca w teatrze jest bardzo komfortowa, są pracownie, w których pracują wspaniali specjaliści, z ogromną wiedzą, którzy ułatwiają tworzenie kostiumów. Kiedy potrzeba coś załatwić, kupić materiały zawsze jest dostępny samochód z kierowcą. I jest zdecydowanie większe poważanie dla tego zawodu.

W filmie jest się zdanym na siebie, wszystko trzeba samemu organizować - pracę zarówno własną, jak i całego pionu. Ale i tak największym wyzwaniem są trudne warunki, w jakich się pracuje, często cały dzień na zewnątrz w mróz, deszcz, zawieruchę.

Duży stres, presja czasu, nieustający pęd sprawiają, że jest to praca bardziej odpowiednia dla młodszych niż starszych. I nie chodzi tu o żadną dyskryminacje, ale po prostu o wytrzymałość fizyczną. Tu w Kanadzie (gdzie aktualnie mieszka Monika - przyp.red.) trochę łatwiej się pracuje, jest większy komfort, dlatego jeszcze nie myślę o odejściu z filmu…


Właśnie otrzymała Pani nagrodę za kostiumy do filmu "Ułaskawienie” na Festiwalu w Gdyni, to duże wyróżnienie. Spodziewała się go Pani?

Nie spodziewałam się, ale marzyłam o nim i szczerze w duchu liczyłam na to podczas pracy nad filmem. Później jednak zupełnie wyleciało mi to z głowy i jedyne, o czym myślałam w związku z festiwalem to ogromny żal, że nie mogę zobaczyć naszego filmu razem z ekipą i wspólnie go przeżywać. Pamiętam jak po "Las 4 rano" (produkcja, przy której pracowała Monika - przyp.red.), oboje z kierownikiem planu płakaliśmy jak bobry.

Zawsze się lubiliśmy, ale nie byliśmy jakoś sobie specjalnie bliscy, natomiast po projekcji kiedy oboje mocno przeżywaliśmy historię, która wydarzyła się na ekranie, poczułam z nim ogromną więź. Takie momenty bardzo zbliżają. A z ekipą "Ułaskawienia" jesteśmy jak rodzina, do dziś utrzymujemy ze sobą kontakt.
Jak wyglądała praca nad stworzeniem kostiumów do filmu "Ułaskawienie” - co było największym wyzwaniem i ile trwało przygotowanie?

Największym wyzwaniem był nieustający brak czasu. Przyjęłam propozycję zrobienia kostiumów do tego filmu bardzo późno. Było do tego stopnia mało czasu, że prosto z lotniska pojechałam na spotkanie z reżyserem i od tamtego momentu, aż do pierwszej przerwy w zdjęciach, praktycznie nie miałam dnia wolnego.

Dobrałam sobie ekipę i miałyśmy miesiąc na przygotowanie wszystkiego. Ale wyzwań było wiele. Akcja filmu zaczyna się w 1946 roku, kiedy praktycznie nie było nowych ubrań - żołnierze chodzili w znoszonych mundurach, w związku z czym wszystko musiałyśmy patynować, żeby wyglądało na zużyte. To była męczarnia, bo kostiumów był ogrom, a rąk do pracy niezbyt wiele.

Na szczęście ekipa pomagała, nasz klapser oraz asystent reżysera najlepiej się wyspecjalizowali w patynowaniu. Osoby z ekipy zajmującej się scenografią też się udzielały i tak, tymi dodatkowymi parami rąk, jakoś łataliśmy ten brak czasu…

Praktycznie na każdym kroku były jakieś zadania do rozwiązywania, a to buty ślizgajace się na oślizgłych kamieniach w rzece, a to kostiumy, które były wiecznie mokre i trzeba je było suszyć suszarką do włosów. Nawet głupie skarpetki okazały się wyzwaniem i trzeba było farbować je idealnie pod kolor kolejne pary, żeby mieć do dubli, bo okazało się, że akurat w tym odcieniu skarpetek nie ma nigdzie.
Jest w świecie kostiumografii osoba, która jest dla Pani wzorem?

Są wspaniali kostiumografowie na świecie, zawsze podobały mi się prace Mileny Canonero, ale żeby kogoś podziwiać lub się na nim wzorować potrzebuje więcej informacji niż tylko efektu końcowego widocznego na ekranie. Podziwiam raczej kostiumografów, z którymi miałam możliwość współpracować.

Uwielbiam zmysł organizacyjny zdobywcy Oscara Gianniego Quaranty, tego jak potrafi całą pracę rozdzielić pomiędzy ludźmi, a sam skupić się na kontrolowaniu całościowego efektu i usuwaniu lub dodawaniu elementów. Ja mam zawsze z tym problem, sama rzucam się na najcięższe pracę zamiast zlecać je innym. To niestety cechy perfekcjonisty, który myśli, że wszystko potrafi zrobić lepiej od innych.

Uwielbiam Agostino Cavalca za niesamowite zdolności interpersonalne, jednak najcudowniejsza współpraca, jaka kiedykolwiek mi się zdarzyła to ta z Thomasem Mika, niemieckim kostiumografem, z którym do dziś jesteśmy w najlepszej przyjaźni. Jego optymistyczne nastawienie sprawiało, że ciężka praca nad spektaklem, w którym było prawie 400 kostiumów była jak zabawa.

Nienawidzę natomiast kiedy kostiumograf próbuje zaspokoić swoje ego, upierając się przy rzeczach zupełnie nieistotnych takich, których publiczność i tak nie zauważy lub nie odczyta.

A jeśli chodzi o reżyserów - jest jakaś współpraca, która spełniłaby Pani marzenia?
Raczej nie marzę o pracy z konkretnymi osobami, bardziej interesują mnie tematy. Ze względu na moje japońskie wykształcenie zawsze marzyłam o tym, eby stworzyć kostiumy do Madame Butterfly. Kocham operę, a ta była zawsze jedna z moich ulubionych.

Mam też wielką ochotę na Turandot, chociaż to chiński temat. Jako dziecko nienawidziłam teatrów lalkowych. Lalki, które tam występowały były koszmarne. Odkąd sama mam dziecko marzy mi się zrobienie spektaklu lalkowego z pięknymi postaciami, które będą zachwycać, a nie straszyć.

To wszystko są tematy pozafilmowe, ale w filmie mam akurat tyle pracy, że już nawet nie mam czasu na myślenie o tym, co jeszcze mogłabym zrobić. Ciekawe propozycje przychodzą do mnie same i cieszę się tym, nad czym mogę pracować w danym momencie.
Mieszka Pani w Toronto, czy nagroda polskiego Festiwalu może otworzyć pewne drzwi, również w karierze zagranicznej czy może planuje Pani wrócić do kraju?

Już dziś, zaledwie kilka dni po otrzymaniu nagrody widzę, że zrobiła ona wrażenie również w filmowym środowisku w Toronto. Dzwonili do mnie producenci, z którymi tu współpracuję, zebrałam gratulacje od reżyserów, to wszystko jest nie bez znaczenia dla naszej przyszłej współpracy.
Cieszę się jednak, że przyszła ona wtedy, kiedy już mocno tu stoję na nogach, kiedy robię film za filmem i nie brakuje mi propozycji. Przynajmniej mam pewność, że ludzie, z którymi pracuję doceniają moją pracę, bez względu na to czy zdobyłam jakąś nagrodę czy nie.

Wciąż odkładam zapisanie się do związków zawodowych, które tu w branży filmowej są bardzo mocne i otwierają drzwi do tych najlepszych zleceń. Mam wszystko, żeby aplikować, teraz dodatkowo również nagrodę i zaczyna mi brakować wymówek, po prostu muszę to końcu zrobić.

Ale nie jest też do końca tak, że wiąże swą przyszłość z Kanadą. Bardzo tęsknię za Polską, moje dziecko tęskni i najchętniej pracowałabym i tu i tam. Tak jak przy "Ułaskawieniu", kiedy Jan Jakub Kolski razem z producentami z Centrala Film zadzwonił do mnie do Toronto z propozycją. Mimo iż właśnie miałam podpisywać umowę z teatrem na zaprojektowanie kostiumów do baletu, bez wahania spakowałam się i przyleciałam do Polski...
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...