Odwiedziłam dwa lumpeksowe zagłębia w Warszawie i sprawdziłam, gdzie można kupić perełki z dawnych lat

Na Hali Banacha można znaleźć kurtki, które pamiętają lata 70.
Na Hali Banacha można znaleźć kurtki, które pamiętają lata 70. Fot. naTemat
Second-handy to targowiska różności. Oprócz tego, że oferują mnóstwo ciekawych ubrań z drugiej ręki, kuszą też niskimi cenami. W ostatnim czasie coraz częściej zamiast odjechanej mody vintage, możemy zobaczyć wysyp ciuchów z brytyjskich sieciówek, które modne były kilka sezonów temu. Czy to znaczy, że babcinych sukienek, koszul i za dużych marynarek z lat 80. już nie ma? Postanowiłam to sprawdzić i wybrałam się do dwóch lumpeksowych zagłębi w Warszawie.

"Zauważyłam ostatnio, że second handy bardzo się zmieniły. Jak byłam na studiach, to można było w nich znaleźć naprawdę wydziwione rzeczy, królowały babcine sukienki w kwiatki, pastelowe bluzy, jedwabne koszule, kożuchy, paski vintage, t-shirty z najdziwniejszymi nadrukami z bawełny nie do zdarcia. Teraz widuję głównie ubrania z brytyjskich i skandynawskich sieciówek, prym wiedzie Primark. Takie szmatki modne parę sezonów temu" - napisała kilka tygodni temu blogerka Joanna Glogaza, znana pod pseudonimem StyleDigger.

Coś jest w jej słowach. Sama pamiętam, że gdy byłam na studiach, niepowtarzalnej mody vintage było znacznie więcej, niż obecnie. Teraz w ciucholandach rządzą przede wszystkim ubrania popularnych sieciówek takich jak m.in. H&M, Primark, Marks & Spencer oraz New Look.

Oczywiście, to nie znaczy, że nie można ubrać się w stylu vintage. W końcu ubrań stylizowanych na lata 70. czy 80. jest sporo. Jednak pisząc moda vintage mam na myśli ciuchy, w których widać duszę i widać, że mają swoje lata. Wybrałam się do dwóch lumpeksowych zagłębi w Warszawie, żeby sprawdzić, jak to z tą modą vintage jest.


W lumpeksowym zagłębiu na Puławskiej
Pierwsze z nich to second-handy na ulicy Puławskiej. Najpierw wchodzę do sklepu z używaną odzieżą "Ciuchy". Ciężko skupić wzrok na konkretnych wieszakach. Wiadomo, jak to w lumpeksie, wszystkiego pod dostatkiem. Mnogość wzorów i kolorów bije po oczach, jednak twardo przeszukują wieszaki w poszukiwaniu perełek vintage. Znajduję moherowy sweterek w biało-czerwone mazaje, taki niby babciny, ale sieciówkowy. Dalej natrafiam na kolejny sweter, który kojarzy mi się z latami 70: dekolt w serek i kolorowe szlaczki. Wszystko super, ale to kolejna rzecz stylizowana na vintage.
Swetrem zainteresowała się też Agata, dwudziestokilkulatka, która akurat ma wolny dzień i postanowiła połazić po lumpeksach. Często wpada do second-handów, bo jak twierdzi, zawsze wpadnie jej w ręce jakaś ciekawa koszula, sweter lub marynarka. – No i wiesz, nie przepłacę, tak jak w sieciówkach. Mam wrażenie, że z roku na rok jest coraz drożej – mówi.

Agata mieszka na Mokotowie, więc ciucholandy na Puławskiej ma w jednym palcu. – Jeżeli szukasz typowego vintage, to w "Ciuchach" nie znajdziesz. Może pójdź do "Wzorcowni", tam powinnaś coś wyszperać – podkreśla.

Zanim trafię do "Wzorcowni", wchodzę do jeszcze jednego lumpeksu, który jest po drodze. Długo tam nie zabawiam, bo znów atakują mnie z każdej strony sieciówki: H&M, Marks & Spencer i Mango. Niektóre rzeczy całkiem w porządku, ale raczej odjechanych perełek tam nie znajdę.

Docieram w końcu do "Wzorcowni", sklepu, który jest komisem odzieżowym i można oddać tam buty, torebki czy odzież. Znajdziemy tam też ciuchy od projektantów, tyle że po bardzo przystępnych cenach. – Vintage bardzo szybko nam się rozchodzi. Dziewczyny kupują najczęściej spódnice z lat 50. oraz kurtki z lat 80, takie, jaką pani widzi na wystawie – tłumaczy mi pani pracująca we "Wzorcowni".
Rzeczywiście, jeansowa kurtka z frędzlami przy ramionach, to niepowtarzalny nabytek, którego nie znajdziemy w centrach handlowych. No może w związku z boomem w modzie na lata 80. i 90. dostaniemy podobną, ale tylko stylizowaną na vintage.

Kolejna perełka, którą dostrzegam w second-handzie to beżowa torebka-kuferek ze strusiej skóry z lat 60. kurtka z kapturem, która jest czymś pomiędzy bomberką a marynarką oraz elegancka koszula, wyglądająca jak element stylizacji bohaterów ze starych filmów. Ile zapłacimy za te starocia? – Czasem to 79 złotych, albo 350. Wszystko zależy od tego, w jakim stanie jest dana rzecz – wyjaśnia pani z "Wzorcowni".


Na swojskiej Hali Banacha jest wszystko

Lecę dalej. Wsiadam w tramwaj 14 i ruszam do kolejnego lumpeksowego zagłębia, które znajduje się na Ochocie. Tam ciucholandów jest pod dostatkiem. Zarówno na samej Grójeckiej, jak i w bocznych uliczkach. Można by tam spędzić cały dzień. Ponieważ nie ma tyle czasu, szybko podejmuję decyzję, że wysiądę przy Hali Banacha.

Przypomina mi się Instagram dziennikarki Małgorzaty Halber, która prowadzi profil "Mroczny Mściciel". Tam zamieszcza swoje zdjęcia w stylizacjach z lumpeksu za grosze, a jednym z miejsc, w którym się ubiera jest właśnie targowisko Hala Banacha.
Halber na swoim Instagramie rozrysowała nawet mapkę, jak tam dotrzeć. Odpalam więc jej profil i kieruję się w zaznaczone przez nią miejsca. Na łóżkach polowych leżą bluzki, t-shirty i swetry, na wieszakach wiszą sukienki, marynarki, kurtki i płaszcze. Najpierw dostrzegam na jednym z wieszaków marynarkę rodem z lat 80. Kojarzy mi się z ubiorem gwiazd tamtej epoki: oversize, ze złotymi łańcuszkami przy kieszeniach i białymi wywiniętymi rękawami.
Potem skanuję wzrokiem sukienki w kwiatki, babcine apaszki i kurtki. Mój wzrok przykuwają trzy ramoneski, które widać, że dużo przeszły oraz zamszowa kurtka z frędzlami, wyglądająca, jakby była elementem garderoby bohaterów westernu. Wlepiam w nią wzrok i pytam o cenę.

– 69 złotych – odpowiada mi pani ze stoiska. Po czym dodaje – Mogę ją zdjąć, ale jak ona ma być na panią, to będzie za duża. Kurtki nie kupuję, ale jestem pod dużym wrażeniem jej ceny. W sieciówce za podobną, zapłaciłabym dwa razy tyle.

Idę dalej i co chwila słyszę: "wszystko po dziesięć złotych, wszystko po dwa złote". Zatrzymuję się na dłużej przy kraciastym płaszczu w stylu lat 60. Zauważa to pani opiekująca się tym stoiskiem i zagaduje mnie, mówiąc, że płaszcz jest jak na mnie szyty i że powinnam przymierzyć. – Kosztuje tylko dziesięć złotych – zachęca sprzedawczyni. Gdyby nie to, że nie potrzebuję kolejnego płaszcza, pewnie bym go wzięła.

Zresztą podejście do klienta jest tu znacznie inne, niż w zwykłym sklepie czy lumpeksie. Na Hali Banacha można targować się, sprzedawcy zagadują i żartują. Wspólny mianownik targowiska z lumpeksem to charakterystyczny zapach starych ubrań.

Najfajniejsze ubrania vintage są w małych miejscowościach
Pod postem wspomnianej na początku tekstu StyleDigger toczy się dyskusja o tym, że w Warszawie o vintage nie jest łatwo. Podobne zdanie ma również Marzena Pokrzywińska, modelka i współwłaścicielka miejsca vintage "Bryza Vintage". – W Warszawie możesz wyłowić pojedyncze sztuki. Najwięcej odjechanych rzeczy jest w lumpeksach w małych miejscowościach. A jeżeli szukasz czegoś fajnego w stolicy, to jedź na Puławską, albo na Pragę – doradza mi Marzena.
Na Pragę już nie mam czasu pojechać, jednak dwie i pół godziny które przeznaczyłam na chodzenie po second-handach wystarczyły, żeby odnaleźć niepowtarzalne ubrania i dodatki. Choć wiadomo, że aby wypatrzyć coś ekstra, potrzebna jest duża cierpliwość i odrobina szczęścia.
Ci, którzy nie lubią szukać, mogę się wybrać do vintage shopów. Tych trochę jest w Warszawie, choć ceny ubrań e nie będą już takie niskie, jak w tradycyjnym ciucholandzie. Dobrym rozwiązaniem są również targi mody vintage, organizowane w wielu miastach Polski. W Warszawie bardzo często tego typu eventy odbywają się w m.in. Kinie Luna oraz stołecznych klubokawiarniach.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...