"Nie ma nic złego w ubieraniu się przeciętnie". Tak, to naprawdę rozmowa z Tomaszem Jacykowem

Chcesz dostrzec wielkie zmiany? Wytęż wzrok, bo musisz spojrzeć aż za granice Polski
Chcesz dostrzec wielkie zmiany? Wytęż wzrok, bo musisz spojrzeć aż za granice Polski Fot. naTemat
Jesienny poranek przy warszawskim Placu Zbawiciela. Ja – człowiek, który o najnowszych trendach ubraniowych wie tyle, co o chemii kwantowej (czyli bardzo niewiele, zaznaczmy) – spotykam się ze stylistą i znawcą mody, którego bezkompromisowe opinie nie raz przewróciły ściankę, przed którą prężyli się celebryci, którym tylko wydawało się, że ubierają się dobrze. No dobrze, zacznijmy fatałaszkową jazdę bez trzymanki.

Gdybym przyszedł na ten wywiad, ubrany jak model z niedawnego pokazu firmy Gucci: wyłącznie w majtki z włożonym w nie swetrem, pomyślałbyś…

...jak ci się udało tutaj dotrzeć, człowieku?! Później oceniłbym, jaki to sweter i jakie majtki. No bo gdyby były to stringi, pojawiłaby się kwestia ewentualnego obrażania moralności – przecież tuż obok znajduje się kościół. No a w "okolicznościach świątynnych" pokazywanie pośladków zazwyczaj nie jest dobrze widziane.

Abolutnie każdy strój należy osadzić w konkretnym kontekście: czasami będzie właściwy, w innym momencie stanie się wyrazem braku szacunku dla otoczenia, nieumiejętnością dostosowania się do danej sytuacji.
Nawet wówczas, gdy chciałbym być bezkompromisowym eksperymentatorem?

Również wtedy. Człowiek świadomy wie, gdzie można szalonymi strojami bawić się, szokować, a gdzie staje się to po prostu niekulturalne, gdyż obowiązuje pewien dress code.

Tak więc wspominane majtki i sweter, założone do "luzackiego" klubu, nie będą żadną ekstrawagancją, lecz jedynie pokazaniem, że jesteś człowiekiem, który lubi się bawić modą. Gdy chciałbyś tak pojawić się w kościele albo operze, również nie będzie to ekstrawagancja, lecz po prostu buractwo.


Doszedłeś już do etapu, w którym nic, co zobaczysz na ulicy, nie może cię zdziwić?

Jestem człowiekiem z natury otwartym, do tego pracuję "w ubraniach" od 27 lat. Lecz oczywiście, zdarza się, że coś szczególnie przykuje moją uwagę. O, pierwszy przykład z brzegu, sytuacja sprzed kilku dni.

Centrum Warszawy, samo południe, a tu idzie – pewnym, męskim krokiem – facet w damskim stroju. Co istotne: nie jakaś drag queen, ale koleś w stroju typowej, skromnej urzędniczki. Beżowa spódniczka, różowa bluzka z koronkowymi plecami, buty na obcasie. Do tego głowa "typowego Janusza"; wiesz – zaczesana łysina i wąsik.
Najbardziej zaskakujące było dla mnie właśnie to, że nie zobaczyłem przerysowanej "ciotki", lecz po prostu mężczyznę, który założył damskie ciuchy. Bo tak chciał, bo tak się dobrze czuje. Nie było w nim nawet cienia homoseksualizmu!

Zresztą zobacz – na smartfonie mam jego zdjęcia. Zrobiłem je, choć sam nie lubię, gdy inni strzelają mi fotki "z przyczajki". Po prostu nie mogłem się powstrzymać.

Chciałbyś Polski, w której taki facet nie zaskakiwałby totalnie nikogo?

Chciałbym dożyć sytuacji, w której podobna osoba wyłącznie mnie ucieszy, lecz w żaden sposób nie będzie szokować. Wiesz, gdy zobaczyłem tego kolesia, krzyknąłem do znajomej "ależ super, jesteśmy w Europie"!

A jednak polski, prowincjonalny kołtunizm, który gdzieś tam siedzi w mojej głowie, kazał mi się zachować jak koleś z zadupia (którym zresztą jestem) – wyciągnąć telefon i robić zdjęcia.

Powiem ci tak: nie, nie chciałbym, aby każdemu Polakowi i Polce podobali się faceci chodzący w spódniczkach. Ale fajnie byłoby dojść do punktu, w którym jeśli dana osoba ci się nie podoba, nie reagujesz agresją, tylko po prostu na nią nie patrzysz, zajmujesz się swoim życiem.
Liberalizm über alles?

A właśnie, że nie! Nieważne, czy ktoś jest liberałem, czy konserwatystą – liczy się wyłącznie to, czy ma szerokie horyzonty. Choć konserwatywne, prawicowe idee są mi bardzo dalekie, to jak najbardziej rozumiem, że są potrzebne. Bez nich świat by po prostu oszalał.

Ludzkość się rozwija, jej rozwój wręcz pędzi i tym, co nadaje owej prędkości, jest liberalizm. Tyle tylko, że gdy cokolwiek rozpędzić do przesadnej prędkości, wszystko skończy się katastrofą. I tutaj właśnie do gry wkracza konserwatyzm, który zmiany nieco spowalnia, nie pozwala stracić nad nimi kontroli.

W idealnym scenariuszu siły oddziaływania liberalizmu i konserwatyzmu powinny się równoważyć, dzięki czemu zachowana zostaje bezpieczna równowaga.

Oczywiście, wracając do głównego tematu, w Polsce zdecydowanie nie możemy mówić o takiej równowadze. Wiesz, co było jedną z myśli, które przewinęły się przez moją głowę, gdy zobaczyłem tego kolesia w spódniczce? Zdziwiłem się, że po drodze nic mu się nie stało, że żaden "patriota" nie zrobił mu krzywdy.

Podkreślmy, że nie mówimy tu nawet o małym miasteczku, ale centrum stolicy, w środku dnia.

Właśnie. Jeśli spojrzeć na nasz kraj całościowo, to pod pewnymi względami nie zmieniło się nic. W tzw. powiatach, czyli Polsce bardziej prowincjonalnej, każdy mężczyzna, który jakkolwiek dba o swój wygląd, to homoseksualista, pedryl, ciota.

Oto właśnie biała, katolicka Polska, w której wszystko rządzi się dawnymi, niezmiennymi prawami. Wiesz: prawdziwy mężczyzna musi śmierdzieć koniem, krwią i wojną. A jak baby nie bije, to jej wątroba gnije. Klaps dla dziecka? To nie jest bicie.

Patrzę na przeszłość oraz teraźniejszość i nie widzę, aby pewne kwestie zmieniły się jakoś mocno. Cóż, taką jesteśmy nacją. Choć dodajmy w tym miejscu: nacją ciekawą.

Daleko nam jeszcze do zauważenia ogromnych zmian, jakie przetaczają się przez świat. Bo od dawna strój nie ma już bezpośredniego związku z preferencjami seksualnymi.
Złożyło się na to mnóstwo przyczyn: rola mężczyzny zaczyna ograniczać się do bycia reproduktorem, a po spełnieniu tej funkcji, współczesny facet może zajmować się sobą. Bo kobiety są pod wieloma względami coraz mniej od samców zależne, coraz lepiej dają sobie radę bez ich wsparcia.

A więc panie prą mocno do przodu, natomiast panowie coraz częściej nie potrafią się w tej sytuacji odnaleźć?

Tak. Ale w tym miejscu należałoby wymienić jeszcze całe mnóstwo innych czynników, które wpływają na każdą z płci.

Została zaburzona równowaga trzech monoteistycznych religii, a świat stał sie multi-kulti. Mało tego, cywilizacja najpierw dała ludziom pracę, teraz im ją odbiera. Człowiek jest coraz mniej potrzebny, bo coraz łatwiej zastępuje się go maszynami.

Przez długi, długi czas świetnie żyło się ogromnej rzeszy ludzi, których IQ wystarczało, aby jeść, kopulować i zawodowo przykręcać jakieś śrubki. Nagle rozwój technologii sprawił, że jest coraz mniejsze zapotrzebowanie na owo ręczne przykręcanie śrubek.

I tutaj, okrężną drogą, wracamy do wątku mody: tak skołowani ludzie bardzo łatwo topią swoje rozterki, wątpliwości w niekontrolowanym konsumpcjonizmie.

Media (czy to telewizja, czy popularne blogerki) bezproblemowo są zdolne zaostrzyć ich apetyty na rzeczy drogie, markowe, które TRZEBA mieć.

Nie wierzę: zaczniesz głosić, że nie warto kupować produktów z najwyższej półki?

To nie tak. Głoszę jedynie zasadę, że wszędzie należy zachowywać zdrowy rozsądek. Zobacz, jeżeli niezbyt majętna dziewczyna marzy o luksusowej torebce i zaczyna na nią ambitnie odkładać, zamiast kupić podróbkę – wielki szacunek.

Ale gdy zacznie odkładać wyłącznie na drogie torebki, buty i sukienki, jeżeli z tego powodu nie pojedzie na wymarzone wakacje, to jest po prostu głupie. Miłość do mody nigdy nie powinna sprawić, że omija nas życie!

Warszawa: jadąc tramwajem i widzisz dziewczynę z torebką Chanel albo Dior? Na 99 procent to podróbka. Po prostu osoba, którą stać na takie cudo, ma gdzie z nim chodzić. Nie lansuje się w tramwaju torebką za 20 tysięcy złotych, zabierze tam raczej parcianą torbę. Bo przed kim tak naprawdę ma się w owym tramwaju lansować?

Nie przesadzajmy z aspiracjami, bo to naprawdę idiotyzm.
Mówiąc o tzw. wielkiej modzie – czy to, co na wybiegach lansują projektanci, zawsze ma sens? Na ile te szalone stylizacje są eksperymentami artystycznymi, kreowaniem mody, a na ile szokowaniem dla samego szokowania, "grafomanią ubraniową"?

To, co widać na pokazach w jakichś 70 procentach jest tzw. visualem, czyli fikcją, która służy sondowaniu rynku, budowaniu postrzegania marki. Nikt nie liczy, że w czymś takim zacznie chodzić "ulica".

Lecz oczywiście nie jest tak, że te ubrania lądują w koszu. Trafiają do showroomów, skąd są brane do sesji modowych z magazynach albo wypożyczane przez gwiazdy.

Do produkcji – mniej lub bardziej seryjnej – wchodzi zaledwie 30 procent zademonstrowanej na pokazie kolekcji. Często nie są to rzeczy, które najbardziej zadziwiły świat, tylko po prostu zebrano na nie najwięcej zamówień.

Czy jest coś, czego Tomasz Jacyków nigdy by nie założył, uznając to za zbyt odjechane i ekstrawaganckie?

Nie ma takiej rzeczy. Dawno temu, gdy normą był seks po misjonarsku, po ciemku, przez dziurę w koszuli, śmiałe eksperymentowanie z wyglądem można było podciągać pod ekstrawagancję.

Dziś, gdy w modzie przełamano już absolutnie wszystkie granice, pojęcie ekstrawagancji umarło. Wiesz, świat jest spornografizowany. Ludzkie ciało, które kiedyś było tajemniczym obiektem pożądania, obecnie jest tylko formą wyrazu.

Podkreślę: nie można tego uzasadnić uproszczeniem, głoszącym, że do takiego stanu rzeczy doprowadziły media. Nie, one jedynie pomogły temu trendowi, ale ludzie "od zawsze" czują słabość do ekshibicjonizmu.
Zwłaszcza ci ze świata mody...

Rozszerzyłbym to do stwierdzenia "zwłaszcza ci ze świata sztuki". Chcesz przykładów? Paryż, jakieś dwa lata temu. Odbyło się tam wydarzenie, którego głównym punktem programu było pojawienie się mężczyzny, który zaczął robić sobie fisting.

Do tego "atrakcje" takie, jak żywe konie, najprawdopodobniej nafaszerowane przedziwnymi środkami, bo są absolutnie spokojne, choć wokół dudni głośna muzyka.

Sądzisz, że opisuję jakiś niszowy gejowski spęd? Nie, mówimy tu o pokazie słynnego projektanta Ricka Owensa! Wielkim modowym wydarzeniu, na którym gościła prawdziwa śmietanka towarzyska z tzw. wielkiego świata.

Dodajmy, że Rick Owens ma na koncie również publiczne sikanie na swoich modeli podczas pokazów. Lecz takie zachowanie trudno byłoby nazwać szokująco ekstrawaganckim i zaskakującym, bo podobnie "ostre" akcje można było wielokrotnie podziwiać w galeriach sztuki.

Przecież już sam Andy Warhol malował moczem, tak więc halo – wszystko, co się miało wydarzyć, już się wydarzyło!

Jak to jest, że na większość śmiałych trendów w modzie wpływają geje. Heterycy z natury są mniej kreatywni, bardziej zachowawczy?

Zadając takie pytanie, udowadniasz, że również jesteś spętany okowami polskości. Świat – patrząc na sprawę w ujęciu globalnym – naprawdę się zmienił i pewne podziały stają się coraz mniej oczywiste. To naprawdę szerokie zagadnienie i trzeba byłoby cofnąć się do czasów, gdy w sferze publicznej nie było gejów, tudzież wszelakiego gender. Ci, którzy musieli, bzykali przedstawicieli własnej płci w wielkiej tajemnicy, mając ogromne wyrzuty sumienia, czując się przezboczeńcami.

Licząc ostrożnie od końca XX wieku orientacja seksualna przestała mieć jakiekolwiek znaczenie, a heteroseksualny mężczyzna nie ma obowiązku bycia surowym, szorstkim supersamcem, któremu nie przystoi użyć kremu pielęgnacyjnego, bądź usunąć owłosienie spod pach i moszny. To właśnie wynik zmian, o których rozmawialiśmy wcześniej.

Chcesz przez to powiedzieć, że coraz mniej będzie homoseksualnych kreatorów mody?

Chodzi mi raczej o to, że chociaż orientacja seksualna może i ma jakiś wpływ na osobowość, to ludzie zbyt kurczowo trzymają się prostych schematów typu: w świecie szołbizu (w tym i mody) jest bardzo wysoki odsetek gejów, tak więc każdy homoseksualista jara się taką tematyką. Natomiast jeżeli przesadnie interesuje się nią "zwykły" facet, to sprawa zaczyna być podejrzana.

A to naprawdę nie jest tak proste i oczywiste. Przykładu nie muszę szukać daleko: mój partner w ogóle nie interesuje się modą, ma ją w nosie. Ubiera się klasycznie i kropka. Nie jarają go jakiekolwiek szalone eksperymenty z wyglądem – przecież niby tak gejowskie.
Dodajmy, że ja w to nie ingeruję. Inna sprawa, że on wręcz nie lubi moich "ubraniowych odjazdów". Czyli czegoś, co dla mnie jest całkowicie normalne, lecz przez osobę taką jak on, odbierane jest jako przegięta ekstrawagancja.

Z punktu widzenia twojej pracy jako stylisty: czy mężczyźni są już równie otwarci na niebanalne pomysły modowe, co kobiety?

Nie wiem, czy mam na tę sprawę wystarczająco szerokie spojrzenie, bo po prostu znacznie częściej pracuję z paniami. Wyłączając sytuacje intymne, tysiąckrotnie bardziej komfortowo czuję się właśnie w ich towarzystwie. Jestem urodzonym bawidamkiem!

Gdy pracuję z facetem, to zazwyczaj albo mnie denerwuje, albo mi się podoba, przez co jestem speszony. Tak więc wszystko do dupy…

A mówiąc poważniej – jako stylista nie oczekuję, że ktokolwiek będzie miał ochotę na szalone zmiany wizualne. Każdy ma swoją estetykę, ja mogę zasugerować nowe rozwiązania, lecz nie zmuszam do nich.

Bo przecież nie każdy mieszkaniec Ziemi musi wyglądać ekstremalnie stylowo, kolorowo i odjazdowo. Nie każdy musi pasjonować się modą, bawić się nią. Mój klient nie odczuwa takiej potrzeby? Żaden problem: przechodzę do tzw. robienia szafy, przygotowując mu zestaw klasycznych, bezpiecznych ciuchów w takiej gamie kolorystycznej, że ich będą wyglądały dobrze w każdej konfiguracji.

"Przeciętność" i "normalność" nie są niczym złym?

Oczywiście, że nie! Silenie się na szalone eksperymenty modowe, jeżeli robimy to niezbyt szczerze i nieumiejętnie, jest znacznie większym złem, niż postawienie na klasykę.
Przecież to właśnie ona jest jedyną bezpieczną przystanią w świecie szaleństw modowych. Do tego jest absolutnie niezbędna temu, co określasz "ekstrawagancją".

Bo gdyby nie było punktu odniesienia, czyli skodyfikowanych klasycznych norm ubioru, to skąd miałoby się w ogóle wiedzieć, że coś jest inne, dziwne, odjechane?
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...