"Nie przejmujemy kontroli nad umysłami". Opowieść o tym, jak wybrałem się do gabinetu psychoterapeutycznego

Chociaż w tym gabinecie czas się nie zatrzymuje, to na pewno płynie inaczej, niż poza nim
Chociaż w tym gabinecie czas się nie zatrzymuje, to na pewno płynie inaczej, niż poza nim Fot. naTemat
Psychoterapeuta jako alternatywa dla psychiatry, seksuologa, przyjaciela, wróżki oraz księdza? Sprawdźmy to. Właśnie trafiłem do gabinetu, w którym mogę wyspowiadać się absolutnie ze wszystkiego, licząc na uważne wysłuchanie i akceptację. Dodajmy, że to wszystko nie zakończy się otrzymaniem jakiejkolwiek pokuty. Bo jedyną osobą, od której mogę dostać rozgrzeszenie, jestem ja sam.

– Dzień dobry, mam na imię Michał i nie wiem, czy pojawienie się w takim miejscu oznacza, że jestem wariatem – mówię, przekraczając próg gabinetu psychoterapeutycznego PsychoCare.

Jak wiele osób wita się w podobny sposób, wchodząc do tych pomieszczeń?
– Cześć, niestety, choć na zachodzie korzystanie z podobnych usług uważa się za rzecz całkowicie normalną, to w Polsce wciąż często podchodzi do nich z dystansem – tłumaczy z łagodnym uśmiechem terapeutka Katarzyna Szostak.

Tutejszy klient to zazwyczaj albo osoba, którą tak bardzo przytłaczają trudności, że nie jest już w stanie radzić sobie z nimi samodzielnie, albo człowiek świadomy, mający świadomość, że psychoterapia to nic wstydliwego. Teoretycznie. Bo w praktyce i tak czasem kładzie duży nacisk na anonimowość, zwłaszcza będąc osobą publiczną albo prezesem dużej korporacji.

Tak, niestety, statystyczny Polak – czy to stołeczny celebryta, czy urzędnik z małej miejscowości – wciąż boi się oceny społecznej. Tego, jak otoczenie zareaguje na fakt, że "chodzi sobie naprawiać głowę”. No a gdy już zdecyduje się na taką wizytę, nerwowo dopytuje, czy na pewno nic nie wyjdzie poza gabinet.


Udzielmy w tym miejscu odpowiedzi: nie, nie wyjdzie, gdyż terapeuci są zobligowani do zachowania tajemnicy zawodowej i bez zgody klienta nie mogą ani ujawnić faktu, że ani faktu, że „pozostaje on w psychoterapii”, ani udzielać informacji uzyskanych w trakcie sesji osobom trzecim.

Warto rozmawiać
Dwa nieprzyzwoicie wręcz wygodne fotele, kawa, świece zapachowe. Okoliczności wprawiają mnie w taki błogostan, że zaczynam wyrzucać z siebie wszystko, co chciałbym wiedzieć o psychoterapii, ale bałem się zapytać. Co odróżnia pojawienie się w takim miejscu od pójścia do psychiatry?

– W największym uproszczeniu: psychiatra to lekarz, który używa głównie farmakoterapii (choć są i tacy, którzy mają odpowiednie wykształcenie i łączą ją z psychoterapią). Stawia diagnozę i dobiera odpowiednie leki. Ja, psychoterapeutka z wykształceniem psychologicznym, nie mogę wypisywać recept. Moim głównym narzędziem pracy jest rozmowa – tłumaczy Katarzyna Szostak.
A o czym najczęściej chcą rozmawiać ludzie siedzący w tych fotelach? Zazwyczaj są to osoby w kryzysie, cierpiące na stany depresyjne, zaburzenia odżywiania, próbujące zwalczyć rozmaite stany lękowe, poczucie winy albo natrętne myśli, czy też mobbingowane w pracy.

Dochodzą także problemy w relacjach z partnerem, bądź świeżo po rozstaniu. Nierzadko trafiają tutaj pary, które chciałyby kłócić się rzadziej. Lub chociaż mniej intensywnie.

No właśnie: dlaczego klientami, a nie pacjentami?
– Jestem terapeutką pracującą w tzw. nurcie intergracyjnym, łączącym różne metody pracy psychoterapeutycznej.

W tym nurcie z założenia unika się słowa "pacjent". Chcemy uniknąć sytuacji, w której człowiek, który zgłosił się na wizytę, poczuje się chory i będzie biernie czekał na uleczenie – klaruje Katarzyna.

Jak dodaje, w psychoterapii jedyną osobą, która może pokonać wszelakie problemy, jest sam klient – to decyduje, w jakim stopniu skorzysta z pomocy. Rolą terapeuty jest stworzenie pełnych empatii i życzliwości warunków do pracy oraz towarzyszenie mu w procesie zmiany.

Pomaga nazwać i zrozumieć przeżywane trudności, jest drogowskazem, który inspiruje do poszukiwania nowych sposobów funkcjonowania.

Wspiera w odnajdowaniu konstruktywnych i efektywnych metod radzenia sobie z trudnościami.

Jak wygląda przykładowa terapia?
– To złożony temat rzeka, ale weźmy pierwszy przykład z brzegu: powiedzmy, że zgłaszasz się z jakimkolwiek lękiem, masz ataki paniki.

Zaczniemy od tego, że nauczę cię oddychać – mówi specjalistka. Naprawdę? Przecież, jak wydawało mi się do tej pory, oddychanie wychodziło mi całkiem nieźle już od momentu narodzin.

Tak, lecz w tym przypadku mówimy o uważnym oddychaniu, które skutecznie obniży puls, uspokoi bicie serca, a w konsekwencji zmniejszy wydzielanie adrenaliny i kortyzolu, czyli tzw. hormonu stresu. Słowem: zatrzyma błędne koło paniki, w efekcie uspokajając umysł.

Zaczynamy szkolenie: najpierw uczę się oddychać miarowo i głęboko, powtarzając w głowie słowa "wdech" i "wydech".

Do tego dodaję wizualizację: wyobrażam sobie, że wdycham niebieski dym: lekki, świeży i czysty. Wydycham natomiast czarny smog, czyli coś złego, toksycznego i brudnego.

Skupienie się na tej prostej czynności pozwala przestać myśleć o tym, co stresuje i uświadomić sobie, że mogę przejąć kontrolę nad sytuacją.

Totalna kontrola nad umysłem przy pomocy oddechu? Może i początkowo brzmi to niczym tania hochsztaplerka, ale po chwili okazuje się, że to działa.
Walka z czasem
Radzenia sobie z atakami paniki można nauczyć się w trakcie zaledwie jednej sesji, trwającej – w zależności od terapeuty – od 45 do 60 minut. Czyli, uwzględniając ceny w stołecznych gabinetach, za 100 – 150 zł (lub bezpłatnie, jeśli postoisz w kolejkach i skorzystasz z usługi w ramach NFZ).

Podobnie szybko można "ogarnąć" te sytuacje, w których ktoś zgłasza się z prośbą o pomoc w rozwiązaniu konkretnej sprawy. Zamiast pójścia do wróżki albo tarocistki, wizyta u psychoterapeuty?!

– Coś w tym rodzaju. Zgłaszają się do mnie klienci, którzy po stracie bliskiej osoby, pracy albo ważnej relacji, nie wiedzą, co dalej robić. Oczywiście, jedna sesja nie wystarczy, aby przejść całą żałobę, na to zawsze potrzeba czasu.

Lecz często wystarcza, aby poczuć ulgę, uzyskać nową perspektywę, dostrzec nowe możliwości. Interwencja to działanie doraźne, a jej podstawowym celem jest przywrócenie równowagi – mówi Szostak.

Jednak w większości przypadków całościowe przepracowanie problemu to proces nieco dłuższy. Musimy dotrzeć do śladów minionych doświadczeń i zrozumieć w jaki sposób one się w nas zapisały i jak wpływają na nasze aktualne funkcjonowanie.

Dopiero zmiana destrukcyjnych schematów oraz rozwijanie osobistych umiejętności i zdolności pozwoli na nowe, bardziej efektywne radzenie sobie.

Taki proces terapeutyczny trwa z reguły od kilku miesięcy do nawet dwóch lat. Niestety, jak lojalnie zaznacza terapeutka, w niektórych przypadkach okazuje się, że problem, który przywiódł nas do gabinetu, to jedynie czubek góry lodowej. Świetnie obrazuje to pewien przykład z jej praktyki.

Chodzi o klienta, który przyszedł w związku z lękami dotyczącymi stresującej pracy. Lecz w międzyczasie uświadomił sobie, że musi również poukładać mnóstwo rzeczy w małżeństwie.

Po prostu: okazało się, że wszystkie problemy są powiązane, mają to samo źródło. Zauważenie w jak wielu obszarach życia funkcjonuje według tego samego, negatywnego schematu, było kluczowe i pozwoliło przepracować wszystko w sposób kompleksowy.

Efekt? Zupełnie inne spojrzenie i na szefa, i na żonę.

Seks, seks, seks!
Katarzyna ukończyła również studia podyplomowe z zakresu seksuologii. Czy można więc zgłaszać się do niej, zamiast do lekarza zajmującego się płciowością człowieka?

– Znów w telegraficznym skrócie: jak najbardziej mogę zaoferować pomoc w zrozumieniu pewnych problemów, związanych ze sferą intymną. Jednak nie będę umiała pomóc w trudnościach o podłożu fizjologicznym czy pracy nad zaburzeniami preferencji seksualnych.

W takich przypadkach klient zdecydownie więcej skorzysta w pracy z doświadczonym seksuologiem – zaznacza specjalistka.

No dobrze, a więc inne pytanie: czy świadczy usługi będące alternatywą dla szkół uwodzenia? Powiedzmy, że przyszedłem tutaj z założeniem, że chcę zostać przebojowym macho, który jednym pstryknięciem zdobędzie każdą spódniczkę.
– Nie otrzymasz ode mnie gotowców typu "słuchaj, kup jej takiego a takiego drinka, a później zrób to i to”. Nie wiem, czy jest jakiś klucz na podrywanie dziewczyn. Ale na pewno wspólnie możemy zastanowić się nad tym, co ci utrudnia ich poznawanie, zaproszenie na randkę czy stworzenie bądź utrzymanie satysfakcjonującej relacji – mówi psychoterapeutka.

Wspomina, że miała klientkę, która przyszła z pragnieniem stworzenia trwałej relacji, a zupełnie nie miała pomysłu ani gdzie można poznać mężczyzn, ani jak z nimi rozmawiać, ani tym bardziej jak zainteresować ich sobą.

Podczas spotkań nauczyła się doceniać swoje zalety, uwierzyła, że jest wartościową kobietą, która ma bardzo dużo do zaoferowania w związku. To pozwoliło jej otworzyć się na nowe znajomości.

Katarzyna pracuje też z młodymi ludźmi, którzy dopiero rozpoczęli liceum albo studia i mają problem z odnalezieniem się w nowej grupie, z poznawaniem ludzi; czy to na płaszczyźnie damsko-męskiej, czy jedynie towarzyskiej.

Pozostając przy tematyce damsko-męskiej – teraz dowiaduję się, że płeć klienta nie ma dla niej żadnego znaczenia.

– Nawet jeśli usiądzie przede mną atrakcyjny mężczyzna, to pamiętam, jaki jest cel naszych spotkań i moja rola – pomaganie w radzeniu sobie z trudnościami. Moim nadrzędym celem jest dobro klienta i dbanie o jakość relacji terapeutycznej, a ta wyklucza kontakty towarzyskie.

Zawsze na pierwszym spotkaniu omawiamy zasady współpracy, w których jednym z punktów jest zakaz kontaktów poza terapeutycznych – podkreśla specjalistka, przechodząc gładko do sytuacji odwrotnej.

Jeżeli jako klient zacznę zbyt mocno wgapiać się w jej biust, jeżeli dam do zrozumienia, że w tym pokoju interesuje mnie cokolwiek innego, niż psychoterapia, spotkam się z natychmiastową reakcją. Subtelną, lecz skuteczną.

Jaką? Zauważeniem i nazwaniem tego, co się dzieje, a następnie omówieniem. Mogę być pewny, że terapeutka zapyta mnie jak to rozumiem.

Może zachowuję się tak, bo przypomina moją poprzednią dziewczynę albo matkę?

Dziękuję bardzo, w takiej sytuacji chyba jednak lepiej patrzeć w oczy...

A teraz pośmiejemy się

– Ilu psychoterapeutów potrzeba do wymiany żarówki?
– ?
– Nieistotne. Liczy się tylko to, czy żarówka chce dać się zmienić.

Oto ulubiony branżowy dowcip Katarzyny. Jak się okazuje, w tego rodzaju gabinetach gromki śmiech wcale nie jest rzadkością. Chodzi o założenie, że wszystkie emocje są potrzebne, żadnych nie można się wstydzić. Jest czas na łzy i czas na niczym nieskrępowaną radość.
Dodajmy, że sytuacje, w których klient zaczyna opowiadać dowcip albo zabawną sytuację z życia, mogą okazać się kluczowe dla terapii. Jeśli śmieszna historyjka zarezonowała w nim na tyle, że uznał ją za godną zapamiętania i powtórzenia innej osobie, być może jest naprawdę istotna. Metafora jest bowiem bardzo ważnym narzędziem w psychoterapii.

Zaznaczmy: żart to jedno, natomiast terapeuta nigdy nie może pozwolić sobie na parsknięcie śmiechem, nawet mając do czynienia z problemem, który dla większości ludzi jest wręcz absurdalny.

Takim, jak chociażby lęk przed... pogniecionym papierem, na który cierpiał jeden z tutejszych pacjentów.

Zwykła kartka? Nie ma sprawy. Lecz nawet niewielki pomarszczony papierek wywoływał u tego człowieka strach. Ja wobec takiej historii pozwalam sobie na sztubackie parsknięcie śmiechem.

Terapeuta musi podejść do tego na serio. Przecież dla klienta to poważna fobia, utrudniająca codzienne funkcjonowanie.

– Wracając do żartów: często są absurdalnym przerysowaniem, metaforą trudności, z jakimi człowiek się mierzy oraz świetnym wstępem do rozmowy o naszych problemach, ale tego typu interwencje paradoksalne lepiej stosować ostrożnie i z uwagą.

Bezpieczniej, jeśli żarty na sesję wnosi sam klient – mówi Katarzyna, która w tym momencie wyciąga smartfona, bo przypomniał się jej pewien dowcip rysunkowy.

Przedstawia on człowieka, który malując na drzwiach słowo "psychotherapist" (czyli psychoterapeuta po angielsku), dzieli je nieudolnie na trzy człony: "psycho", "the" i "rapist". Gwoli formalności zaznaczmy, że ostatnie ze słów oznacza w języku Szekspira gwałciciela.

Czy mam szukać w tym obrazku drugiego dna? Czy jednym z patentów psychologów jest gwałcenie naszych umysłów?

Siła spokoju
– Nic z tych rzeczy! Każdy z nas wyposażony jest w mechanizmy obronne, tak więc każda próba sforsowania pewnych tematów zbyt szybko czy agresywnie w większości wypadków zakończy się niepowodzeniem, wyparciem lub zakończeniem terapii. Klient po prostu ucieknie.

Jeśli w mojej obecności nie poczujesz się komfortowo i bezpiecznie, mało zdziałamy. Co ważniejsze, działanie na niekorzyść klienta jest nieetyczne. Celem naszych spotkań jest pomaganie, nie niszczenie czy nadużywanie – mówi terapeutka.

Jednym z narzędzi stosowanych w psychoterapii lęku jest ekspozycja, czyli wystawienie na objawy paniki i wytrzymanie ich.

Czasami trzeba przekonać drugiego człowieka, aby (w jego mniemaniu) zaryzykował życiem. Jak chociażby w przypadku osób zgłaszających się z lękami dotyczącymi stanu zdrowia, obawiającymi się, że w trakcie biegania doznają zawału serca.
Wówczas jedną z metod terapeutycznych może być wyjście na zewnątrz i wspólne potruchtanie. Tego typu działania zawsze podejmuje się za zgodą klienta. Namówienie go do podobnego wyczynu jest gigantycznym sukcesem i oznacza, że w pełni ufa specjaliście.

Wie, że ten nie zrobi mu krzywdy. Aby to było możliwe, konieczne jest zbudowanie pełnej zaufania relacji terapeutycznej.

– Żartobliwie: psychoterapeuta bierze pieniądze za robienie klientowi dobrze. Lecz mówiąc poważniej, celem terapii jest przepracowanie trudności klienta, aby ten czerpał więcej satysfakcji z życia.

W tym zawodzie trzeba naprawdę być uważnym na drugiego człowieka. Kluczowy jest on, jego problemy, przeżycia, doświadczenia, emocje, sposób widzenia i rozumienia świata.

Chociażby dlatego właśnie moja praca jest stale monitorowana – mówi Katarzyna.

Chodzi tu o nadzór ze strony tzw. superwizora, czyli bardzo doświadczonego psychoterapeuty (nazwijmy go "kontrolerem z ramienia Polskiego Towarzystwa Psychologicznego"), który na bieżąco sprawdza, czy terapie są prowadzone właściwie, a więc etycznie i z korzyścią dla klienta.

Treningi z samoobrony
A jak wygląda kwestia bezpieczeństwa umysłów samych psychoterapeutów? Przecież taki człowiek może zostać zainfekowany toksycznymi emocjami, których hektolitry wylewają się w jego gabinecie.

– Widzisz, wszystko zaczyna się już na studiach. Aby podejść do egzaminu certyfikującego, trzeba mieć zaliczone 250 godzin własnej terapii szkoleniowej.

Ma ona na celu zwiększenie świadomości swojego osobistego wkładu w proces psychoterapii, umożliwia jego kontrolę oraz przepracowanie swoich problemów i nauczenie nas, jak nie utożsamiać się z problemami innych – wyjaśnia specjalistka.

Poza tym, jak zaznacza, nie ma czegoś takiego jak "toksyczne emocje”! Wszystkie z nich są ludzkie, natomiast odczuwanie pełnego ich spektrum jest naturalne.

Tak: empatia, akceptacja, tolerancja i życzliwość są kluczowe, lecz terapeuta stale musi pamiętać, że omawiany problem nie należy do niego. Wyłącznie takie podejście pozwala uniknąć zabierania złych emocji "do domu".

Również w tym wątku istotna okazuje się rola superwizora – to właśnie on wyłapie ewentualne sytuacje, w których terapeuta traci kontrolę i zaczyna angażować się zbyt osobiście w problem klienta. Wówczas natychmiast skoryguje zachowanie podopiecznego, dzięki czemu terapia może wrócić na właściwe tory.

Kontrola drogowo-umysłowa
Chciałbym jeszcze dowiedzieć się, kim jest psychoterapeuta po godzinach. Na ile takie wykształcenie i wykonywany zawód wpływają na relacje z rodziną i przyjaciółmi, czy też związki?
– Przypominam sobie sytuację jeszcze ze studiów, gdy na dyskotece podszedł do mnie jakiś chłopak, pytając, na jakim kierunku się uczę. Usłyszawszy hasło "psychologia", odskoczył na dwa kroki, ironizując "pewnie wiesz już wszystko o mojej matce" – słyszę opowieść, która wiąże się z kolejną sprawą, którą chce podkreślić Katarzyna.

Otóż: nawet gdyby terapeuta w relacjach prywatnych chciał prześwietlać ludzi tak, jak w pracy, nie byłoby to możliwe. Po prostu, poza gabinetem buduje stosunki przyjacielskie czy partnerskie, które mają zupełnie inny charakter.

Relacja terapeutyczna ma na celu pomaganie klientowi, za co fachowiec otrzymuje wynagrodzenie. Relacje z przyjaciółmi czy partnerem mają zupełnie innych cel, charakter i dynamikę.

– Chcesz najlepszego z dowodów na to, że po chwili rozmowy z przypadkowym człowiekiem wcale nie wiem o nim wszystkiego, nie manipuluję jego umysłem i przejmuję pełnej kontroli? Otóż dwa razy w życiu zostałam zatrzymana przez drogówkę i w obu przypadkach dostałam mandat!
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...