"Nigdy jeszcze nie czułem się tak polski". Jak Czesław Mozil i "Grajkowie przyszłości" ratują kraj [wywiad ]

Czesław Mozil w studiu Polskiego Radia
Czesław Mozil w studiu Polskiego Radia Fot. Izabela Kossak
Szalony, bezkompromisowy skandalista? Zapomnij o takim Czesławie Mozilu. Dziś przeobraża się w człowieka, którego misją życiową jest edukacja muzyczna młodych Polaków. Porozmawiajmy o projekcie "Grajkowie przyszłości", czyli wielkim multimedialnym przedsięwzięciu, które nie tylko okrasi tegoroczny Adwent, lecz może także sprawić, że nasz kraj pewnego dnia będzie rządzony przez ludzi mądrych, otwartych i wrażliwych.

Wychowany w Danii emigrant, pół-Ukrainiec, obrońca uchodźców z Bliskiego Wschodu i sojusznik Kampanii Przeciw Homofobii... Taki człowiek zabrał się za indoktrynację polskich dzieci?!

Zapomniałeś dodać, że materialista, przecież od lat prowadzę akcję "Dwa złote za sweetfotę", podczas której po koncertach zbieram pieniądze za wspólne zdjęcia i filmiki od fanów. Później przekazuję je fundacjom i stowarzyszeniom pomagającym dzieciom.

Ale co do zarzutów: widzisz, o naszym kraju bardzo dobrze świadczy to, że podczas realizacji projektu "Grajkowie przyszłości" nie zetknąłem się z negatywnymi reakcjami. Nie bałem się, że pojawią się podobne zgrzyty i się nie zawiodłem.

W przedsięwzięciu bierze udział nie tylko raper Kuba "Quebonafide" Grabowski, ale i około trzystu muzyków w wieku od kilku do kilkunastu lat. Od początku wiadomo było, że to musi być czyste, że nie można tu mieszać młodych ludzi w cokolwiek poza muzyką.

Były jakieś przejścia z rodzicami, którzy mają inne poglądy, niż ty?

Nie. Nawet takie osoby uwierzyły w szczerość owej inicjatywy, zaufały mi. Zrozumiały, że naprawdę nie chcę nikogo indoktrynować, a jedynie uświadomić społeczeństwu, że istnieje ogromna grupa młodych ludzi, którzy posługują się swoim własnym językiem: muzyką.


Bo ten projekt jest także moim osobistym buntem przeciwko papce muzycznej, którą coraz częściej karmią nas w publicznych i komercyjnych stacjach.

Widzisz, większość z tych dzieciaków kojarzy mnie głównie jako bałwanka Olafa, któremu użyczałem głosu w polskiej wersji "Krainy lodu”. Przecież paranoją byłoby, gdyby rodzice zaczęli im nagle tłumaczyć, że ten bałwanek jest zły, bo ma takie a nie inne poglądy.

To jest tak: na swoim profilu facebookowym mogę mówić, co mi się podoba, co nie. Mogę wrzucić zdjęcie tęczy albo jakąś treść antyklerykalną, a chwilę później mogę jechać do Polskiego Radia i nagrywać z dziećmi. Co ma jedno z drugim wspólnego? "Grajkowie przyszłości" nie mają nic wspólnego moim spojrzeniem na świat, politykę, seksualność.
W tekstach nie ma absolutnie żadnego przesłania?

Można w nich znaleźć wyłącznie przekaz dotyczący najogólniej pojętych wartości humanitarnych. Śpiewamy o tym, aby pamiętać, że nawet jeśli dla nas Boże Narodzenie to miły, spędzany z rodziną czas, to przecież są ludzie, którzy wówczs cierpią z powodu samotności, są smutni.

Albo o tym, że każdy ma swoje święta: i chrześcijanie, i muzułmanie, i Żydzi. Lecz choć każdy obchodzi je w inny sposób, w różnych terminach, to są pewne cechy wspólne – przecież wszyscy chcemy wtedy dobrze zjeść, poprzebywać z bliskimi, wyciszyć się i stać lepszymi ludźmi.

Sam projekt mocno związany jest z "naszymi" świętami. Na czym to polega?

Całość, zatytułowana "Kiedyś to były święta", jest taką multimedialną wersją kalendarza adwentowego. Od 1 do 24 grudnia będziemy codziennie prezentować nowy teledysk. Oprócz tego fajne materiały "making of" i specjalna aplikacja na smartfony. Do każdego kawałka będą udostępniane nuty, gdyby dzieciaki z całej Polski chciały pod okiem nauczycieli muzyki grać te piosenki podczas koncertów bożonarodzeniowych.

Inspiracją było coś, co od jakichś trzech czy czterech dekad jest tradycją w duńskiej telewizji. Co roku każda tamtejsza stacja przygotowuje "serial adwentowy", podzielony na 24 odcinki. Zaczęło się od bajek dla dzieci, lecz z czasem pojawiły się duże produkcje dla dorosłych; kryminały i serie kabaretowe. Może kiedyś któraś z polskich telewizji pokusi się na coś takiego?
Jak pozyskiwałeś muzyków do swojego projektu?

Sposobów było mnóstwo. Często wszystko działo się spontanicznie, jak np. w przypadku Blanki, natoletniej saksofonistki, mieszkającej w budynku na warszawskiej Pradze, do którego wprowadziłem się niedawno.

Trzy miesiące temu zapytałem, pod którym numerem mieszka i udałem się do jej rodziców, jak się okazało, cudownie otwartych górali. Powiedziałem, że jestem Czesław i robię projekt, do którego chciałbym zaprosić ich córkę.

Inny przykład: kiedyś miałem siedmioletniego sąsiada, Antka, czyli muzykanta, którego marzeniem było zebranie osiedlowej grupy i wspólne świąteczne muzykowanie. Z pomocą jego rodziców udało się zebrać taką właśnie grupę dzieciaków i pokolędować.

Dziś Antek jest wyższym ode mnie piętnastolatkiem; świetnie gra na skrzypcach i ma swój zespół jazzowy. Pogadałem z nim i w naszej ekipie pojawił się fajny kwintet smyczkowy.

Muszę działać w taki sposób, bo za "Grajkami przyszłości" nie stoi żadna wytwórnia muzyczna. Wszystko finansuję z własnej kieszeni. Wierzę, że damy Polsce coś naprawdę fajnego i wartościowego. To naprawdę może by przyczynek do poprawy edukacji muzycznej w tym kraju.

Jest z nią aż tak źle?

Odpowiem tak: walczmy o to, aby nauczyciele dawali młodzieży nieco wolności. My, dorośli, którzy mamy pokończone akademie muzyczne, nasiąknęliśmy w trakcie edukacji pewnymi nawykami, które zabiły część wrażliwości, niewinności.

Kolega-perkusista żalił się kiedyś: "żaden z moich nauczycieli nie chciał, żebym zagrał utwór tak, jak chcę, jak go czuję. Zawsze mówił tylko, jak TRZEBA to zagrać. W jedyny słuszny sposób, bez pola do wyrażenia indywidualizmu".

W moim przedsięwzięciu chodzi o esencję artystycznej szczerości i osiągnięcie czystej radości z grania, które przecież są ważniejsze, niż umiejętności techniczne. Świetnie słychać to zwłaszcza w przypadku najmłodszych "Grajków przyszłości".

To dzieciaki w wieku trzech lat, uczące się gry na instrumentach metodą Suzuki, czyli bez zapisu nutowego, wyłącznie na zasadzie naśladownictwa. Pojawiają się niedoskonałości, jakieś nieczyste dźwięki? To wspaniale! Kurczę, niejeden zespół punkowy fałszował znacznie bardziej, niż te maluchy, a tworzył genialną muzykę.
Co najważniejszego wynosisz z częstego kontaktu z młodymi ludźmi?

Znacznie lepiej zauważam, jak my – dorośli – podchodzimy do siebie z dystansem. Gdy dorastamy, wpaja się nam poszanowanie konwenansów społecznych, a te zabijają szczerość w relacjach międzyludzkich.

Zobacz: młody człowiek potrafi wejść na plac zabaw i na luzie, bez skrępowania zacząć poznawać inne dzieciaki. Dopiero później rodzice czy nauczyciele wbiją mu do głowy, co wolno, a czego nie wypada robić; co jest normalne, a co nie.

Przecież to my robimy problem z tego, że jakiś chłopiec zaczyna się bawić lalką. Przecież powinien wybrać samochodzik! W pewnym momencie takie stereotypy zaczynają tkwić w każdym. Podać ci przykład? Pamiętam, jak okazało się, że najzdolniejszy uczeń w klasie gry na harfie, prowadzonej przez moją koleżankę, to chłopak.

I co? Nawet ja, człowiek tak bardzo liberalny, zacząłem się dziwić, no bo przecież ten instrument jest kojarzony "damsko". Sam zacząłem odruchowo szufladkować.

Dzieciaki kochają cię, bo wyczuwają, że jesteś – jak na artystę przystało – wiecznie niedojrzały?

Nie wiem. Po prostu zawsze miałem z nimi wręcz świetny kontakt. Moją pierwszą fuchą w życiu była praca w duńskim przedszkolu. Miałem wtedy 19 lat i zostałem pomocnikiem pedagoga.

Tuż po studiach robiłem przedstawienia teatralne dla młodych ludzi. Nie tylko w Skandynawii, ale też w Syrii, Libii oraz Jordanii. To była genialna szkoła, bo dzieciaki są cholernie wymagającą publicznością. Im nie można ściemniać – są szczere do bólu i jeśli zaczniesz robić coś na pół gwizdka, powiedzą ci o tym prosto w oczy.

Zdecydowanie najważniejsze jest to, żeby nie traktować ich z góry – to mogą wyłącznie rodzice, to oni są głównymi autorytetami. Dlatego podczas nagrań "Grajków przyszłości" podchodzę do tych kilku-, kilkunastolatków jak do równorzędnych artystów, a nie tylko jako tła dla Czesława.

OK, jesteś świetnym wujkiem i pedagogiem, ale czy jeśli zdecydujesz się na ojcowstwo, wciąż będziesz takim równiachą?

Podejrzewam, że byłbym zasadniczym ojcem. Zawsze żartuję, że skoro nie mam własnych dzieci, to mogę być ekspertem od rodzicielstwa, który podczas wychowywania potomka wszystko zrobiłby idealnie.

Ale tak naprawdę: choć mogę mieć wiele zarzutów pod adresem moich rodziców, to jako ojciec chciałbym być choć w połowie tak dobry, jak oni, bo miałem świetne dzieciństwo. Wykonali genialną robotę, choć zbyt rzadko im to mówiłem i dziękowałem.
Mocno dojrzałe słowa. Wręcz niegodne łatki dziwkarza i alkoholika, która przyczepiła się do ciebie kilka lat temu.

Nazwałem się tak kiedyś w wywiadzie, więc cóż – przyczepiłem ją sobie sam… Ale zapomnijmy o tym – mam 39 lat i przecież żałosne byłoby, gdybym jakoś tam nie dojrzał, wciąż zachowywał się jak siedem lat temu.

Przecież ludzkie życie to seria zmian i kolejnych etapów osiągania dojrzałości. Wróćmy na moment do czasów dzieciństwa i do muzyki: pamiętam, jak mama mówiła "po co mam płacić za twoje lekcje gry na akordeonie czy pianinie, skoro i tak niewiele ćwiczysz"? Ponarzekała sobie, ale wciąż wydawała pieniądze na moją edukację muzyczną.

No i ta cierpliwość, wiara we mnie, w końcu się opłaciły: nadszedł dzień, w którym poczułem, że muzyka nie jest tylko fanaberią, lecz czymś, z czym chcę związać całe życie.

Nagle zacząłem podchodzić do grania naprawdę ambitnie i dzielniej stawiać czoła różnym przeszkodom. Bo było mi ciężko, i to w dosłownym tego słowa znaczeniu: zdarzało się, że więksi koledzy pomagali mi z transportem akordeonu, mówiąc: "Czesławie, poniosę go, jesteś za mały na ten instrument".

Co z dzieciakami, które są ambitne, lecz w pewnym momencie okazuje się, że brak im talentu?

Walczę właśnie o to, żeby muzykowanie stało się dostępne dla wszystkich. Bo przecież nie chodzi o to, aby każdy został wirtuozem, ale żeby stawał się bardziej wrażliwy i uduchowiony, otwarty na świat.

Marzę o sytuacji, w której większość dzieciaków znad Wisły choć przez rok, dwa gra na jakimkolwiek instrumencie albo uczy się śpiewu. To naprawdę wystarczy, aby wykształcić większą empatię, stać się lepszym człowiekiem.

Super, jeśli "Grajkowie przyszłości" pokażą też, że muzykowanie jest cool, że to świetna zajawka, której nie trzeba się wstydzić przed rówieśnikami. Im więcej w naszym kraju takich nerdów – w pozytywnym tego słowa znaczeniu, sam taki byłem – tym lepsza przyszłość nas czeka.

W ową przyszłość patrzysz wyłącznie optymistycznie?

Nie. Martwię się o to, co będzie z Europą. Ale nie dołuję, tylko robię to, co uważam za słuszne: wzbudzam miłość do muzyki w młodych ludziach. Przecież to oni będą kiedyś odpowiadali za nasz kraj, kontynent, świat. Pozostaje wiara, że wyrosną na ludzi mądrzejszych, bardziej życzliwych dla innych – nieznajomych czy sąsiadów.

Twój ojciec jest Ukraińcem. Czy z tego powodu interesujesz się trudną problematyką "sąsiedzką"?

Nie jestem ekspertem. Na pewno przenigdy nie odważyłbym się wymądrzać na temat tak bolesnych momentów historii. Żyjemy w czasach internetu, a nie zawsze możemy odpowiednio zweryfikować coś, co wydarzyło się parę lat temu. Więc mamy mierzyć się z ocenianiem tego, co działo się np. na Wołyniu?!

Pamiętam, jak moje starsze ciotki – Polki, które parę dekad temu mieszkały na terenach zajętych głównie przez Ukraińców – mówiły o naprawdę straszliwych rzeczach, jednocześnie zaznaczając, że to bardzo skomplikowany temat. Jeśli one, osoby, które zobaczyły to na własne oczy, nie były zdolne do prostej, jednoznacznej oceny sytuacji, to do dopiero my...

Są tacy, którzy twierdzą, że nawet gdyby wokół szalała anarchia i wojna, oni byliby prawymi bohaterami. Bolą mnie takie gadki. Jeśli mam teoretyzować, to wolę założyć, że w takiej sytuacji okazałbym się tchórzem, bo nikt nie wie, jak zachowałby się w podobnych okolicznościach.

Kończąc wątek "ekspertów": czasem piszą do mnie ludzie, odnosząc się do mojego ojca, który zawsze deklarował się jako Ukrainiec. Przekonują mentorskim tonem: "musi pan wiedzieć, że jeśli pański ojciec urodził się we Lwowie, to jest Polakiem". Czujesz? Wiedzą lepiej, kim jest, niż on sam.
Od dnia, gdy na dobre osiadłeś nad Wisłą, minęła ponad dekada. Co ten kraj w tobie zmienił? Przestałeś czuć się emigrantem?

Wiadomo, że ten czas musiał na mnie wpłynąć. Na pewno nigdy jeszcze nie czułem się tak polski, jak dziś, nigdy nie miałem takiego poczucia tożsamości z moim krajem.

Cztery lata temu wydałem "Księgę Emigrantów. Tom I", do dziś gram "Spowiedź emigranta" w warszawskim Och Teatrze i regularnie koncertuję dla polonii – sądzę, że na ten temat powiedziałem już tyle, że na razie wystarczy. Może kiedyś jeszcze go tego wrócę, ale na razie chcę zmienić temat.

Wolę sycić się "Grajkami przyszłości", bo mam poczucie nawiększej w życiu czystości przekazu. Polskę traktuję jako ukochaną ojczyznę i, jak mówiłem wcześniej, chcę ją zmieniać dzięki rozwijaniu miłości do muzyki u młodego pokolenia.

Możesz mnie trzymać za słowo, że „Kiedyś to były święta” są dopiero początkiem, bo to projekt dalekosiężny. W całym kraju są setki szkół muzycznych, a w nich setki tysięcy zdolnych dzieci, których talent po prostu trzeba prezentować szerszemu gronu, przenieść do mainstreamu.

A gdybyś Polskę mógł zmienić od razu – wyobraź sobie, że budzisz się jako dyktator obdarzony władzą absolutną. Co wówczas robisz?

Powiedziałem kiedyś żonie, że chciałbym posiąść władzę, dzięki której wszyscy mieliby takie same poglądy, co ja. Dopiero wtedy byłoby dobrze.

I wiesz, czego wówczas zaczęła uczyć mnie Dorota? Tego, że trzeba uszanować poglądy polityczne każdego człowieka. Nawet jeśli są skrajnie inne, niż nasze, jeśli uważamy je za szokująco głupie.
Bo kluczową sprawą jest wiara, że ten ktoś ma jednak dobre intencje. Że też chce lepszej przyszłości dla Polski, dla siebie i swoich dzieci, choć ma na to zupełnie inny pomysł.

A więc gdybym został tym dyktatorem, po prostu słuchałbym porad pierwszej damy.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...