Nieśmiertelne selfie. Oto dlaczego robimy słit focie na cmentarzach lub wręcz... przy zwłokach

Cmentarz trójwymiarowy – czy ciebie również to bawi?
Cmentarz trójwymiarowy – czy ciebie również to bawi? Fot. www.instagram.com/meetingfaith
Co jakiś czas internet rozgrzewa publikacja "samojebki" (nierzadko bardzo wesołej), wykonanej w miejscu, które kojarzy się głównie z zadumą i wyciszeniem. Umówmy się: większość z nas podczas obcowania ze zmarłymi nie wyciąga smartfona, aby zrobić autoportret, który po chwili trafi na serwisy społecznościowe. Dlaczego niektórzy zachowują się inaczej?

Przykłady? W czerwcu br. hollywoodzka aktorka Katherine Heigl opublikowała zdjęcia oraz filmiki na Instastories, dokumentujące moment, gdy z mężem odwiedziła cmentarz, na którym spoczywa jej rodzina.

Amerykanka pozowała ze smartfonem – roześmiana i "jajcarsko" wyginająca ciało – m. in. przy grobie przy grobie brata, który zginął jako szesnastolatek w wypadku drogowym. Atmosfera przypominała raczej wycieczkę do wesołego miasteczka.

Efekt? Potężna fala hejtu, a w jej następstwie przeprosiny aktorki, przyznającej, że było to zachowanie niedojrzałe, niewłaściwe i lekceważące. Katherine dodała to tego usprawiedliwienie, iż jedynie próbowała odnaleźć lekkość i humor w rzeczy tak ciężkiej, jak pójście na grób osoby bliskiej.

Rodzime podwórko: 1 listopada br. aktorka Karolina Nowakowska, znana chociażby z serialu "M jak Miłość", wrzuciła na swojego Instagrama pewne zdjęcie, wykonane na warszawskich Powązkach.

W lewej ręce: kilkuletnia córka, w prawej: smartfon, w tle: rodzinny grób. Negatywne reakcje internautów pojawiły się natychmiast. Choć aktorka wdała się nawet w małą polemikę, prosząc, aby żyli i pozwolili żyć innym tak, jak chcą, to jednak zdjęcie zniknęło z jej oficjalnego profilu.

Czy w świecie, w którym smartfony towarzyszą nam absolutnie w każdym momencie życia, powinniśmy jeszcze w ogóle oburzać się, gdy ktoś sięga po niego w obecności tych, którzy odeszli? Może nadszedł czas na mocne przewartościowanie podejścia do samojebek?
Kontemplowanie social mediów
– Oczywiście, są miejsca takie, jak chociażby niektóre części Azji lub Ameryki Południowej i Środkowej, w których pogrzeby, tudzież jakiekolwiek czczenie pamięci zmarłych związane są z huczną zabawą i głośnym śmiechem. Lecz w naszym kręgu kulturowym tego rodzaju okoliczności utożsamiane są z wyciszeniem, kontemplacją, zadumą nad istotą śmiertelności – mówi teolog Piotr Kwieciński.


Dodaje do tego również słowo "intymność", rozumiane tutaj jako przeżywanie takich momentów samotnie lub w gronie bliskich. A więc może po prostu dożyliśmy czasów, w których za ową osobę bliską rozumie się każdego, kto obserwuje nasz profil na Instagramie lub Facebooku?

– Tak, po części mamy do czynienia z takim właśnie podejściem. Choć wydaje mi się, że bardzo często wykonujemy i publikujemy takie selfie "z rozpędu". Ot, jesteśmy przyzwyczajeni do robienia sobie zdjęć zawsze i wszędzie, tak więc sięgamy po smartfony nawet na cmentarzach; bez zastanowienia i głębszej refleksji – odpowiada Kwieciński.

Gorąca fotorelacja
Lecz dowody na to, jak mocno jesteśmy uzależnieni od robienia sobie "fotek z rąsi", można znaleźć nie tylko na cmentarzach. W internecie można przecież znaleźć selfie robione ze zwłokami, które… nie zostały nawet pogrzebane.

Jeden z wielu przykładów: w lipcu 2018 r. serbska modelka i celebrytka Jelica Ljubicic opublikowała zdjęcie ze szpitala, na którym pozowała (oczywiście robiąc stylowy "dzióbek") ze zmarłym przed chwilą ojcem.
Zaledwie miesiąc później viralem stała się samojebka, którą wykonała sobie ekipa medyczna z indyjskiego szpitala Kamineni, do którego po wypadku samochodowym trafił Nandamuri Harikrishna, tamtejszy gwiazdor kina i polityk. Gdy zmarł, lekarze i pielęgniarki ochoczo zabrali się do wykonywania samojebek przy zwłokach, nie zapominając oczywiście pochwalić się nimi w internecie.

Zdarza się wręcz, że na internetowy ekshibicjonizm cierpią przestępcy. Kryminalistyka zna sporo sytuacji, w których selfie stało się dowodem zbrodni; takich, jak chociażby zdarzenie z roku 2015, gdy 26-letnia Amerykanka Amanda Taylor zaszlachtowała swojego ojczyma.

Od razu po dokonaniu zbrodni podzieliła się z internautami słitaśną fotką, wykonaną przy zwłokach, z ogromnym, jeszcze ociekającym krwią nożem w dłoni.

Od żartu po naukę
– A może wszystkie powyższe sytuacje to efekt tzw. selfitis? Może są wśród nas osoby, które nawet po przemyśleniu okoliczności oraz możliwych konsekwencji po wykonaniu i publikacji zdjęcia, po prostu MUSZĄ to zrobić – zastanawia się Piotr Kwieciński.

Odnosi się tutaj do pewnego pojęcia, które w języku angielskim pojawiło się cztery lata temu w pewnym fake newsie. Początkowo selfitis było określeniem zaburzenia psychicznego, objawiającego się chorobliwą potrzebą wykonywania autoportretów, które (rzekomo) odkryło Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne.

Jednak z biegiem czasu ten żart przeobraził się w prawdziwy termin medyczny, któremu przygląda się coraz większa ilość naukowców. Niedawno w magazynie naukowym "International Journal of Mental Health and Addiction" można było znaleźć publikację doktorów Marka D. Griffithsa i Janarthanana Balakrishnana, dotyczącą ich badań na temat selfitisu.Angielski oraz indyjski specjalista przeprowadzili je na grupie 400 osób, stosując trzystopniową skalę tego zaburzenia. Pierwszy z nich, tzw. stan graniczny, tyczy się ludzi, którzy robią przynajmniej trzy selfie na dobę, choć nie publikują ich w mediach społecznościowych.
Dalej mamy stan ostry, w którym wykonuje się podobną ilość zdjęć, lecz każde z nich trafia na Instagrama lub Facebooka. Natomiast osoby, u których zdiagnozowano stan przewlekły wykonują i publikują przynajmniej sześć zdjęć dziennie.

Wynik badań? Objawy selfitis odnotowano u 57,5 proc. badanych mężczyzn i 42,5 proc. kobiet.

Sacrum i profanum
Lecz czy mogą istnieć znacznie głębiej skryte w ludzkiej naturze przesłanki, które powodują, iż część z nas zaczyna wykonywać sobie zdjęcia w miejscach, w których większość społeczeństwa nawet nie pomyślałaby o sięgnięciu po smartfona i odpalenie aparatu?

– W świecie zachwianych tożsamości selfie jest źródłem pewności, utwierdzeniem tego, że jest się kimś konkretnym. Kimś kto istnieje, może swoje istnienie utwierdzić za pomocą wizerunku obecnego w social mediach oraz na każde życzenie to istnienie przywołać – mówi naTemat filozof kultury prof. Andrzej Leder.

– Nadajemy swemu życiu wagę poprzez umieszczanie go w kontekście nie tylko sławnych ludzi, lecz i zabytkowych budowli, dzieł sztuki czy obiektów sakralnych. Nie tylko jestem, ale jestem „mocno”: przed katedrą (Notre Dame) czy na cmentarzu (powązkowskim). Korzystam z sakralnej mocy tych miejsc. Że zaś sprawy tożsamości ludzkiej zawsze sytuowały się gdzieś na granicy sacrum oraz profanum, to nic dziwnego, że i selfie na tej granicy balansuje – dodaje prof. Leder.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...