"Dobra zmiana nastąpiła". Andrzej Piaseczny w szczerej do bólu rozmowie o kondycji Polski oraz swojej

Ćwierć wieku mniejszych i większych sukcesów na polskiej scenie muzycznej
Ćwierć wieku mniejszych i większych sukcesów na polskiej scenie muzycznej Fot. Paweł Deska
Andrzej Piaseczny obchodzi właśnie okrągłą dwudziestą piątą rocznicę działalności artystycznej. To wręcz prześwietna okazja, aby pogawędzić nie tylko na temat przemijania, dojrzewania i kariery, lecz również damskiej bielizny, kontaktów z mafią, narkotyków oraz... programu Rodzina 500+, polskich polityków i zapachu gnojówki.

To już ćwierć wieku na scenie. Czy z biegiem czasu bielizna, którą rzucają podczas koncertów fanki, staje się coraz mniej seksowna, w coraz większych rozmiarach?

Cóż, nastolatki, których idolem byłem niegdyś, dziś są dorosłymi, poważnymi kobietami. Młode dziewczyny pojawiają się na moich koncertach raczej w ramach "przyciągania międzypokoleniowego" – kupują bilety, bo mojej muzyki słuchała ich mama. No albo po prostu: matki przyprowadzają swoje córki. Jeśli zastanowić się, na moich występach można zobaczyć osoby od 10. do 70. roku życia.

Ale wracając do owej bielizny: rzeczywiście, w latach 90. takie rzeczy zdarzały się. Był to jedynie krótki okres, który odbierałem, nazwijmy to, humorystycznie. Wrzucanie majtek na scenę uważam za totalne nieporozumienie. OK, rozumiem, że ludzi kręcą bardzo różne rzeczy, ale mnie tego rodzaju fetyszyzm nie bierze nic a nic.

Cholera, z dzisiejszej perspektywy zaczynam się zastanawiać nad tymi majtkami... Sądzisz, że były przynoszone przez fanki w kieszeni, czy zdejmowane podczas koncertów?!

Teraz chyba już do tego nie dojdziemy, jeśli nie weryfikowałeś tego na miejscu.

O nie, jestem bardzo wrażliwy olofaktorycznie, nie wąchałem ich! Żarty żartami, ale nasuwa się tutaj skojarzenie głębsze: gdy człowiek dojrzewa, najpierw uświadamia sobie, że życie to nie tylko ładne zapachy, ale i smrodki. Choć najpierw zaczyna udawać, że tych drugich nie ma.


Dopiero później, gdy zdobędzie już naprawdę spory bagaż życiowy, zaczyna rozumieć, że nie ma sensu udawanie, iż egzystujemy w "rzeczywistości bezsmrodkowej", że wszystko czemuś służy.

Smród jest jednym z elementów życia. Nie można go usunąć całkowicie. To tak, jakby wziąć najpiękniej napisaną książkę i wykreślić z niej na chybił trafił co trzecie słowo. I co zostaje? Głupota, degrengolada, bezład.
Czyli to, że konsekwentnie unikasz przeprowadzki do Warszawy i trzymasz się prowincji, nie oznacza, że uciekasz przed różnymi smrodkami, których w szołbizie chyba nie brakuje?

Oczywiście u nas, na wsi, również mamy do czynienia z różnymi specyficznymi zapachami. Ale te zazwyczaj służą czemuś pożytecznemu, np. nawożeniu pól uprawnych. W metropoliach sprawy mają się zgoła inaczej.

Tyle tylko, że nie można tu mówić o jakiejkolwiek ucieczce, po prostu taki jestem. Wiesz, chłopak urodzony w małych Pionkach, który duże miasto poczuł już wówczas, gdy przeniósł się do Kielc. Choć mieszkało mi się tam świetnie, i tak przeprowadziłem się na głuchą wieś, w Góry Świętokrzyskie. To miejsce bardzo mi odpowiada.

Owszem, Warszawa ma swoje zalety. Mogę np. w każdym momencie do teatru albo opery. Ale nie pociągają mnie modne kluby, w których mogę poklepać się po ramionach z ludźmi znanymi. Staram się bywać w takich miejscach tak rzadko, jak to tylko możliwe.

Chociaż naprawdę doskonale zdaję sobie sprawę, że nie jest to dobre dla kariery. Ba! Czasami zdarza mi się wręcz pytać menedżerki "ej, dlaczego właściwie nie pójdziemy na jakąś celebrycką ściankę"? Wiem, że ten biznes tak właśnie działa: trzeba bywać, pozować do zdjęć na odpowiednich imprezach.

Inna sprawa, że ostatecznie i tak zazwyczaj na te ścianki nie chodzę, kończy się takim moim gadaniem.

Czujesz się aż tak pewnie? Uznałeś, że dotarłeś do etapu "niczego już nie muszę"?

Oczywiście, że nie. Robię muzykę popularną, gdzie każda kariera to krótsza lub dłuższa seria upadków i wzlotów. Zaliczyłem i naprawdę dużą popularność, i momenty takie, jak porażka na Eurowizji w roku 2001 i okresy, gdy kolejne moje piosenki przechodziły niezauważone, nie chciała mnie pokazywać żadna telewizja.

Podkreślam: jestem bardzo daleki od narzekactwa. To, że w życiu przytrafiło mi się pięć naprawdę dużych przebojów, uważam za coś absolutnie wspaniałego. Jeśli los, Bozia, czy jakkolwiek chcesz nazwać tę "superprzyczynę", nie dadzą mi już nigdy więcej wielkiego hitu, to i tak jestem szczęśliwcem.

Wiesz, co jest wyznacznikiem jakiegoś tam statusu w branży? Od wielu lat gram koncerty biletowane, wciąż są ludzie skłonni zapłacić za posłuchanie mnie. Do tego są na tyle oddani – co wydaje się największym skarbem – że mogę liczyć u nich na wielki kredyt zaufania.

Nawet jeśli na danym koncercie gram kawałki z płyty, która nie jest mocno przebojowa, słuchają ich cierpliwie. Szanują to, że chcę podzielić się z nimi nowymi dokonaniami, choć przecież wiadomo, że przyszli głównie po to, aby posłuchać moich starych hitów. Śpiewam je później, na bis. To wielki komfort dla artysty.
A jak wygląda sytuacja na imprezach niebiletowanych, gdzie musisz zabawiać widownię przypadkową?

Czy wstydzę się występów na jakimś Dniu Buraka, Dniu Świni, tudzież innym Dniu Świstaka? Oczywiście, że nie. Jestem muzykiem rozrywkowym, więc wiadomo, że grywam też na rozmaitych dniach miasta, gminy, albo sioła.

Ludzie, którzy stoją pod sceną na takich imprezach plenerowych to zupełnie inna publiczność. Podkreślmy: inna, ale nie gorsza. To zupełnie inny rodzaj wyzwania: mam świadomość, że zdecydowana większość z nich nie ma nic wspólnego z moją twórczością, że nie kupiliby mojej płyty, nie wydali nawet złotówki na bilet.

Ot, coś się dzieje, przyszli więc na piwo i bigos, a przy okazji odwrócili się w kierunku sceny, na której śpiewa jakiś tam Piaseczny. I najfajniejsze jest to, gdy w pewnym momencie człowiek widzi, że zaczynają podrygiwać, świetnie się bawić. To znacznie większa sztuka, niż zapewnienie rozrywki swoim wiernym fanom.

Ale gdy owa sztuka się nie uda, można oberwać w głowę butelką piwa?

Kiedyś podobne rzeczy zdarzały się na koncertach, ale na szczęście to pieśń przeszłości. Nie chciałbym udawać socjologa, ale patrząc na nasze społeczeństwo, to od lat 90. zmieniło się kosmicznie dużo. I byle łachudry nie wmówią nam, że jest inaczej.

Zależność jest prosta: im człowiek jest zamożniejszy, tym życie jest prostsze, a on sam staje się bardziej zadowolony z życia, mniej agresywny. Nie twierdzę oczywiście, że Polska jest rajem na ziemi, mam świadomość, że wciąż jest sporo osób, które ledwo wiążą koniec z końcem.

Ale w ciągu ostatniego ćwierćwiecza nastąpiła cholernie wielka poprawa i można zobaczyć to, że coraz bogatsze społeczeństwo ma coraz "ładniejsze" potrzeby. Gdy masz co włożyć do garnka i jeszcze zostanie ci kilka złotych, możesz wydać je na drobne przyjemności.

To, że młodzi ludzie mają jakieś roszczeniowe podejście do Polski, można zrozumieć, bo nie mają skali porównawczej. Bardziej dziwi mnie, gdy podobnie narzekają osoby, które pamiętają lata 90., 80., 70. itd.

Kurczę, trzeba umieć doceniać wszystkie pozytywne zmiany. A tego nie da się ukryć: dobra zmiana nastąpiła!

Andrzej Piaseczny orędownikiem dobrej zmiany? Zaraz okaże się, że dzięki programowi 500+ ludzie zaczęli wydawać fortunę na twoje płyty albo bilety na koncerty...

Pozwól, że dopowiem, bo mam kilka doświadczeń z wypowiedziami, których udzielałem w przymrużeniem oka, a przez niektórych były odczytane wbrew memu poczuciu humoru: w naszej rzeczywistości prawdziwie dobra zmiana dokonywała się przez 25 lat, nie ostatnie 4.

W Polsce nie ma jeszcze klasy średniej w pełnym tego słowa znaczeniu, to dopiero się rozwija. Ale coraz więcej osób może pozwolić sobie na drobne przyjemności. Wyobraźmy sobie beneficjentkę 500+, do której przychodzi córka, błagając o pieniądze na koncert, powiedzmy, Margaret.

Z dobrą zmianą mamy do czynienia, gdy w takim scenariuszu okaże się, że budżet domowy – już po zakupie jedzenia, opłaceniu rachunków i zalaniu wachy do samochodu – wytrzyma jeszcze te kilkanaście czy kilkadziesiąt złotych na kulturę. Choć może bardziej adekwatne będzie tutaj sformułowanie "na rozrywkę".

Widzę, że jesteś mocno podjarany współczesną Polską. Nie należysz do licznego grona artystów, którzy wieszczą, że niedługo na latarniach będą wieszani homoseksualiści, nie-katolicy oraz osoby o innym kolorze skóry?

Całe życie byłem człowiekiem ostrożnym, również jeśli chodzi o wizje przyszłości, więc daleko mi do takiego czarnowidztwa. Boję się tylko odpalenia przez ludzkość wielkiej bomby. Natomiast trendy polityczne? To, że do władzy dochodzą prawicowcy, co nie tyczy się zresztą wyłącznie naszego kraju, spójrzmy na wyniki wyborów w Stanach Zjednoczonych czy Brazylii?

To przejściowe, nie ma co dramatyzować. Spójrzmy na historię: poparcie dla lewej i prawej strony sceny politycznej zawsze przypominało kardiogram. Raz tak, raz tak. Mam tylko swój mały rozumek, ale wydaje mi się, że możemy przeżyć efekt sprężystej linijki: gdy coś jest mocno odgięte w jedną stronę, grozi bardzo mocnym odbiciem w drugą.

W kontekście gospodarczym: jestem liberałem, natomiast światopoglądowo: zadeklarowanym lewicowcem. I nawet pomimo tego nie chciałbym, aby dzisiejsza siła prawicy doprowadziła do przegięcia w drugą stronę.

Spójrz na Irlandię. Czy dziesięć lat temu pomyślałbyś, że może tam nastąpić gigantyczna zmiana w stosunku do religii katolickiej, aborcji? A skoro coś takiego nastąpiło tam, dlaczego nie miałoby powtórzyć się w Polsce?

Nie masz absolutnie żadnych zarzutów wobec partii, która obecnie jest u władzy?

Czuję, że teraz testujesz moją percepcję twojego poczucia humoru. Mam, i to wiele. Z jednej strony, gdy patrzę na to, jak nie szanuje się mechanizmów demokratycznych, całą sytuację uważam za godną pożałowania. Ale z drugiej mówię sobie: prawdziwa tolerancja polega na akceptowaniu jakichkolwiek poglądów, a skoro naród wybrał tak, a nie inaczej, trzeba to przyjąć na klatę.

No ale akceptowanie odmienności poglądów politycznych nie wyklucza sprzeciwiania się im. Dlatego: uczmy się na swoich wyborach. Nie popadajmy w paranoję odnośnie tego, co dzieje się dziś, skupmy się raczej na tym, żeby coś zmienić jutro, gdy znów będziemy szli do urn wyborczych.

Wierzę też, że za ekstremizmami takimi, jak chociażby ONR, stoją głównie ludzie młodzi, radykalni, z buzującymi hormonami. Ale to jedynie pewien margines, nad którym – mam nadzieję – nie stracimy kontroli. Przecież za najważniejsze decyzje odpowiadają jednak ludzie starsi: spokojniejsi, z większym doświadczeniem życiowym.

Czy uważam, że dobrą metodą byłoby np. zamknięcie wszystkich ekstremalnych prawicowców w więzieniach? Czy wtedy na świecie byłoby wspaniale? Nie! Bałbym się, że zbyt mocne i zdecydowane stygmatyzowanie tej grupy jedynie zwiększy ryzyko pojawienia się nowego Adolfa Hitlera.

Powiem tak: jestem zwolennikiem szczepień i uważam, że przeciwko pewnym ekstremaliom powinno się młodych ludzi szczepić, zamiast ostro walczyć z objawami.

Sądzisz, że rolę takiej szczepionki mogą pełnić np. urocze ballady o miłości, że możesz zmieniać ludzi, wpływać na społczeństwo?

To piękna, naprawdę kusząca wizja. Ale czy prawdziwa? Jestem człowiekiem naiwnym, tak więc chciałbym choć trochę wierzyć, że pewna wrażliwość może rodzić wrażliwość podobną, że dzięki słuchaniu utworów z pozytywnym przesłaniem młody człowiek wyrośnie na kogoś, kto jest bardziej skłonny do kochania, niż krzywdzenia bliźnich.

Ale pamiętajmy, że z tym wpływem sztuki na ludzi bywa różnie. W końcu Neron, podpalając Rzym, cytował poezję.

Pozostaje cieszyć się, że muzyka nie wywołuje aż takich emocji, jak polityka albo piłka nożna. Przecież z jej powodu nikt nie organizuje ustawek, nie robi zadym na ulicach.
Zacząłem wyobrażać sobie psychokibiców Piaska, lejących się z szalikowcami... Co właśnie – czyimi? Jest ktoś, kogo uznajesz za największą konkurencję?

Parafrazując kolegę Tuska: "nie ma z kim przegrać". Jestem w takim momencie życia, że mogę sobie pozwolić na robienie tego, co chcę, bez porównywania się do kogokolwiek, zastanawiania się, kto jest moją konkurencją.

Cholernie cieszę się, widząc sukcesy młodszych kolegów po fachu. Czuję radość, że w polskiej muzyce dzieje się tak dużo. Popatrz, jeszcze kilka lat temu narzekało się, że na scenie nie ma praktycznie facetów, tylko śpiewające dziewczyny.

A dziś? Jest mnóstwo chłopaków, odwalających świetną robotę – Zalewski, Kortez, albo Mrozu. Co do tego ostatniego muszę wyznać, że nie przekonał mnie do siebie od razu. Gdy po raz pierwszy go usłyszałem, pomyślałem "błe, nie chcę tego słuchać". Ale później zrozumiałem, że tworzy naprawdę świetne rzeczy, ma wielki talent.

Pamiętam, jak w ubiegłym roku spotkałem go pierwszy raz w życiu, to (a zaznaczę: nie byłem pijany) uściskałem go serdecznie, myśląc "zajebiście, że coś dzieje się w tej naszej muzyce".

No i oczywiście Dawid Podsiadło! Obiecałem sobie, że nie będę już w kółko mówił o nim w wywiadach, no ale jak tu można milczeć, skoro tworzy tak świetną muzykę, a przy tym nie idzie na łatwiznę, potrafi być bezkompromisowy.

Chyba trochę mu tego zazdrościsz? Nie pomyślałeś nigdy o wyjściu na dobre ze strefy komfortu i śpiewaniu czegoś ostrzejszego niż śliczne piosenki o uczuciach? W końcu jesteś człowiekiem, który w roku 1994, na początku kariery, występował w Jarocinie!

Ale ja po prostu robię to, co naprawdę kocham i czuję. Nigdy nie nadawałem się na buntownika i granie czegoś innego, niż popowe piosenki, byłoby oszustwem. To właśnie występ w Jarocinie był, wyznaję, działaniem nieszczerym, zagrywką koniunkturalną.

Opowiem, jak to było: kierunek studiów – a jestem nauczycielem wychowania muzycznego – wybrałem wyłącznie dlatego, że czułem wielką potrzebę znalezienia ludzi, z którymi stworzę zespół.

Początkowo Mafia wykonywała covery gitarowe, kawałki zespołów Free i Bad Company. Chociaż nie była to muzyka, która najbardziej w duszy mi grała, traktowałem to jako świetne doświadczenie, uczyłem się wokalnej różnorodności. Byłem tak podjarany założeniem grupy, w której mogę śpiewać, że totalnie nie przejmowałem się pewnym szczegółem: większość z tej sześcioosobowej ekipy zamierzała grać zupełnie inną muzykę, niż ja.

Chcieli łoić twardo, z biegiem czasu coraz ostrzej. Wszystko zaczęło mnie uwierać na etapie nagrywania drugiej płyty Mafii. Na "Gabinetach" (1995) chłopaki zaczęli zmierzać w stronę brzmienia w stylu Rage Against The Machine, a ja byłem kolesiem, który chciał tworzyć coś à la Simply Red. Potężna przepaść.

Ale głód śpiewania, występowania i zaistnienia na scenie sprawiał, że przez kilka lat szedłem na kompromisy. Z zespołem i samym sobą. Potem okazało się, że nie da się tego godzić wiecznie.

W roku 1995 rozbiłeś bank: trafiła cię i potężna popularność utworów nagranych z Mafią, i tych z albumu "Sax & Sex" Roberta Chojnackiego.

Sława trafiła mnie rykoszetem. Strzeliłem w dziesiątkę, z dnia na dzień stałem się człowiekiem znanym w całym kraju. Czy zastanawiałem się, dlaczego tak się stało? Nie.

W takich sytuacjach człowiek nie duma, bo co tu analizować? Cieszy się, że tak wyszło i robi swoje. Wiesz, dobrze czasami pozwolić sobie na spontaniczne branie tego, co daje ci życie, pozwolić sobie na taki bezmysł – nie mylić z bezmyślnością.

Stałeś się wówczas obrzydliwie bogaty?

Nie. Choć lata 90. były to złotymi czasami polskiej fonografii, to pamiętajmy, jak wielkie wówczas panowało piractwo, kasety sprzedawane na bazarach.

Co z tego, że "Sax & Sex" rozeszło się w nakładzie oscylującym wokół miliona, skoro miałem tak a nie inaczej spisaną umowę z Chojnackim... Dom zbudowałem dopiero po pierwszej solowej płycie, która pojawiła się w roku 1998. Dodajmy: na jego budowę musiałem wziąć kredyt.

Ale nie mam żalu do kogokolwiek. Patrzę na to raczej tak, że znacznie gorzej mieli artyści, którzy sukcesy odnosili wcześniej. Spójrz na przypadek Kory: jedna z największych legend polskiej muzyki musiała sprzedać dom, aby zdobyć pieniądze na leki!

Tak więc jestem daleki od utyskiwania, bo mam bardzo dużo. Co dałoby mi rozmyślanie o tym, że gdybym urodził się w Wielkiej Brytanii, to po dwóch przebojach mógłbym pławić się w luksusie aż do grobowej deski?

Od życia i tak otrzymałem gigantyczny kawał tortu. Wręcz nieproporcjonalnie duży do mojego talentu i umiejętności. Mam pełną świadomość zarówno swoich niezaprzeczalnych walorów, jak i niedoskonałości.

Bozia by mi język odebrała, gdybym zaczął ściemniać, że jestem biednym człowiekiem, ale czy jestem bogaty? Bogaty to jest Michał Sołowow.

Tutaj nasuwa się pewna anegdota z lat 90.: Robert Chojnacki zbudował dom w podwarszawskiej Radości, na którego otwarcie zaprosił śmietankę towarzyską ówczesnej Polski. Wielka feta!

Tydzień później w gazecie "NIE" ukazuje się notka o treści mniej więcej takiej: "słynny muzyk, po wydaniu płyty, postawił sobie willę. Panie Chojnacki, gratulujemy, ale proszę pamiętać, że w tym kraju byle przedsiębiorca–rzeźnik zarabia w miesiąc tyle, co pan na swoim albumie".

Nawiązując do nazwy twojego niegdysiejszego zespołu – w tamtej dekadzie szołbiznes i szara strefa przenikały się wyjątkowo mocno. Miałeś styczność z mafiozami?

Zawsze trzymałem się pewnej zasady, mówiącej, że z prawnikiem, lekarzem i gangsterem jest tak: dobrze znać, lepiej nie korzystać.

Tak, znałem kieleckich "chłopaków z miasta", włącznie z najważniejszą postacią w tamtym środowisku; człowieka numer jeden, który zresztą – jak wielu z jego branży – zszedł z tego świata tragicznie. Nawet trochę się lubiliśmy, choć nie było to braterstwo, raczej błogosławieństwo z jego strony. Na zasadzie: dobra, możesz sobie tutaj spokojnie żyć. I jeśli mam być zupełnie szczery, był to dla mnie dość dobry obrót spraw.

Ale pierwszy pierwszy kontakt z chłopcami z ferajny zaliczyłem jeszcze przed zdobyciem popularności. Jako studencik pierwszego roku siedziałem sobie w jednej z kieleckich kawiarni. Moje długie włosy i kolczyki nie spodobały się łysym "karkom", więc wywalili mnie z knajpy, sypiąc rozmaitymi wyzwiskami.

Nie pobili jakoś mocno, ale kopa w tyłek zaliczyłem. Jakieś trzy, cztery lata później, gdy każdy w Polsce wiedział, kim jestem, dokładnie ci sami ludzie poklepywali mnie po plecach.

Ale to były tylko małe Kielce. Nawet gdy stałem się osobą o rozpoznawalności ogólnopolskiej, nigdy nie doszło do innych kontaktów z mafią. Może to kwestia tego, że nigdy nie byłem człowiekiem przesadnie towarzyskim.
Skoro o tyłku mowa: nie zastanawiałeś się kiedyś, czy gdybyś poszedł w stronę skandalu, wystawił gdzieś pośladki, to byłbyś jeszcze bardziej popularny, bogatszy o ileś tam milionów?

Nigdy nie kalkulowałem w ten sposób. Choć oczywiście kalkulowałem wielokrotnie. Gdy po wspomnianej porażce na Eurowizji zaliczyłem załamanie kariery, postanowiłem pokazać metaforyczną dupę, aby wrócić do obiegu.

Było tak: choć nigdy nie lubiłem, gdy obcy wkraczają w moją strefę prywatną, próbują wedrzeć się do kokonu, w którym siedzę, to wówczas postanowiłem wpuścić ekipę telewizyjną do domu. Bardzo mi się to nie podobało, ale na chłodno wykalkulowałem, że muszę to zrobić. Jak widzisz, nie jestem czysty. Ale to było dawno, z biegiem lat człowiek coraz bardziej docenia słowo "godność".

Porozmawiamy o starzeniu się z godnością?

Nie podoba mi się użycie słowa "godność" w takim kontekście. Podobnie jak np. nie lubię mówienia o walce o tolerancję. Jeśli już, wolałbym walczyć o akceptację.

Starzenie się jest naturalnym, normalnym procesem, więc nie musimy łączyć go na siłę z godnością. Fajnie, jeśli desperacko nie próbujemy oszukać czasu. Bo i po co? Starzenie się ma same zalety, o ile tylko nie dopadają nas poważne problemy zdrowotne, możemy normalnie funkcjonować.

Dopóki nie kuśtykamy i możemy sami wstać z łóżka, najpiękniejszą sprawą jest zgoda na to, że jesteśmy w takim, a nie innym momencie życia. Kwestie estetyczne? Mówiąc z perspektywy faceta: pojawiające się zmarszczki nie są żadnym problemem. Świadczą o przechodzeniu w inny okres życia. Zaznaczmy: świetny okres!

Zobacz, poprawiłem sobie zęby na bielsze. Ale innych zabiegów nie planuję. Jakieś botoksy? To nie dla mnie, dziś o tym nie myślę. W gronie znajomych mam osoby – kobiety i mężczyzn – którzy są młodsze ode mnie o dekadę, a przeszli już naprawdę rozmaite zabiegi. Dla mnie to dziwne, choć oczywiście każdy może decydować za siebie.

Pamiętasz jeszcze czasy, gdy media określały cię mianem symbolu seksu?

Może i ktoś mnie tak ochrzcił. Ale kurczę, to było naprawdę dawno. Hm, być może to właśnie dlatego od dobrych 10 lat nie miałem żadnej okładki w kolorowym magazynie? Po prostu z biegiem lat uznano: "Piaseczny i seks? Oj, to już nie".

Ale poważniej: pomijając chwile, gdy twarz mam opuchniętą po kilkudniowej trasie koncertowej, to jestem ze swojego wyglądu zadowolony bardziej, niż 15 lat temu. Gdy widzę siebie na dawnych zdjęciach czy nagraniach, trudno mi uwierzyć, że ktokolwiek odbierał mnie seksualnie.

Taka mała dygresja, nawiązując jeszcze do fajnych zmian w naszym kraju: fajnie, że Polacy zaczęli o siebie dbać. Kiedyś, gdy człowiek jechał np. do Berlina i patrzył na przechodniów, był w szoku. Myślał, skąd biorą się tacy ludzie, czy są z tej samej planety, co my?

Dziś zaczynamy prezentować się coraz fajniej. Nie chodzi tu wyłącznie o to, że nosimy drogie ciuchy. Bo one nie są niezbędne, wystarczy ogólnie pojęta schludność. Ale na takie rzeczy również wpływa wzbogacanie się społeczeństwa.

Wracając jeszcze na moment do kwestii wieku: czy osiągnąłeś już etap, w którym uznałeś, że już czas na zarzucenie używek, wesołego trybu życia?

Bez przesady, jeszcze nie kładę się do trumny. Owszem, mam świadomość, że lata lecą i zabranie się za siebie było rzeczą niezbędną. W takim wieku granie dwugodzinnych koncertów nie jest już łatwe, a ja nie chcę wyglądać na człowieka, który umiera na scenie.

Tak więc zacząłem chodzić na siłownię, biegać. Gdyby ktoś dekadę temu powiedział mi, że będę robił takie rzeczy, popukałbym się w głowę i kazał mu się leczyć.

Dodajmy: nie liczę na jakieś spektakularne efekty "pakowania". Pewnie, że chciałbym mieć na brzuchu kaloryfer, no ale cóż – jestem tak ekstremalnym łasuchem, że ta sztuka po prostu nie może się udać.

Cukier jest najbardziej uzależniającym z narkotyków, a jeśli chodzi o jego konsumpcję, masz właśnie do czynienia ze skrajnym przykładem ćpuna.

W życiu miałeś jednak do czynienia z używkami nieco bardziej kontrowersyjnymi, prawda?

Rzeczywiście. Próbowałem niemal wszystkiego, brałem naprawdę twarde substancje. Po niektórych osiągałem stany tak wspaniałe, że... się przeraziłem.

Dlaczego nie uzależniłem się od narkotyków? Bo zawsze byłem tchórzem. Nie chodziło nawet o to, że czułem lęk przed stoczeniem się na dno, ale to, że było mi tak świetnie. Zbyt fajnie.

Eksperymentowałem do jakiejś trzydziestki, właśnie w czasach największej kariery. Wiesz: ciekawość świata, mnóstwo koncertów, wyluzowane towarzystwo. Potem, praktycznie w jednej chwili, przestałem.

Przerzuciłem się na uzależnienie od słodyczy. Cukier stał się moim mefedronem. Nie zostałem Jimim Hendrixem, ale ciasteczkowym potworem.
No i nawet wszystkie te twarde narkotyki nie skłoniły cię do porzucenia popu na rzecz muzyki bardziej odjechanej.

Mówię to bez dumy, ale były sytuacje, gdy grałem pod naprawdę mocnym wpływem. Tyle, że później uświadomiłem sobie, że ćpanie nie prowadziło mnie w dobrą stronę. OK, są artyści, którzy mogą usprawiedliwiać branie dragów tym, że pewne substancje zwiększają ich kreatywność, pozwalają eksplorować zupełnie inne rejony sztuki, tworzyć rzeczy odważne i zaskakujące.

Ale, umówmy się: narkotyki w ogóle nie pasują do popu, nie mają tam sensu. Ta muzyka wymaga bardzo dużej dbałości rzemieślniczej. Chodzi o to, że wszystko ma być zagrane i zaśpiewane ładnie oraz czysto. Ludzie nie przychodzą na takie koncerty, żeby słuchać narkotycznych improwizacji.

No a podobne rzeczy zdarzyły mi się kilkukrotnie. Gdy po zejściu ze sceny trzeźwiałem, zaczynałem wkurzać się sam na siebie. Bo zdawałem sobie sprawę, że zachowałem się wobec widowni niefajnie, nieuczciwie.

Nie boisz się reakcji swoich fanek na takie narkotyczne wyznania?

Kiedyś w życiu nie wyciągnąłbyś ze mnie opowieści o narkotykach, bo z tyłu głowy miałbym odpowiedzialność za młodych ludzi. Nie chciałbym dawać złych wzorców nastoletnim fankom, słuchających moich piosenek i oglądających występy w serialu "Złotopolscy".

Teraz mogę opowiedzieć ci o tym szczerze. Po prostu mam świadomość, że młodzież znalazła sobie zupełnie innych idoli, tak więc niech oni biorą odpowiedzialność za słowa, których użyją w wywiadach.

Choć oczywiście nie każdy mój fan się z tym zgodzi, to dziś mogę jeszcze dorzucić tu kilka szczerych słów o marihuanie. To jakiś chichot losu, że nasz kraj bulwersuje nawet dysputa na temat jej legalizacji do celów medycznych, podczas gdy doskonale wiadomo, że taka chociażby wóda jest czymś trzystukrotnie bardziej niebezpiecznym!

Wiem, mamy państwowy monopol, chroniący interesy przemysłu spirytusowego, ale mówmy głośno o tym, że nasi rządzący niezmiennie myślą wg zacofanego schematu "wóda i węgiel", a nie "marihuana i energia odnawialna".

To się zmieni, nie może być inaczej. A my, podczas wyborów, mamy wpływ na to, jak szybko owe zmiany nastąpią. Popatrze, znów zaczynamy rozmawiać o polityce...

Ale nasi politycy wciąż tkwią mentalnie w rzeczywistości sierpa i młota. Łatwo mówić "PiS to wszystko, co najgorsze", ale posłuchaj tylko, jak oni rozmawiają ze sobą. Rządzi tam zacofanie, prostactwo – po jednej i drugiej stronie!
A może sam zajmiesz się polityką?

Nigdy w życiu! Mam znajomą, która od lat przekonuje: "kurczę, nawet Liroy został politykiem, a ty co? Też mógłbyś się za to zabrać, przynajmniej kilka książek przeczytałeś".

Ale nigdy w życiu nie wszedłbym w ten świat. Chociażby dlatego, że chcę jeszcze mieć czas na czytanie owych książek, spędzanie czasu na swojej prowincji.

Zamykasz się tam w samotni i w ogóle nie bratasz z autochtonami?

Jestem totalnie bipolarny. Często potrzebuję całkowitej samotności, ale mam grono bliższych i dalszych przyjaciół, z którymi uwielbiam się spotykać, wspólnie upijać. Bo jestem taki, że trudno otwieram się na nowe znajomości. Z oporami wychodzę ze swej skorupy, a rogi wystawiam wyłącznie w towarzystwie, które znam, któremu ufam.

A co do miejscowych: przez siatkę sąsiaduję z poletkiem należącym do wójta mojej gminy. Czasami odbywały się tam rozmaite spotkania i owszem, zdarzało mi się przejść przez ową siatkę, żeby wypić kielicha z lokalnym notablem. Oto życie, które naprawdę kocha człowiek tak małomiasteczkowy, jak ja.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...