Jest najważniejszą osobą w teatrze, a widownia go nie zobaczy. Poznaj tajniki zawodu inspicjenta

Wojciech Gratkowski związany jest z warszawskim Teatrem Ateneum od 1991 roku
Wojciech Gratkowski związany jest z warszawskim Teatrem Ateneum od 1991 roku Fot. Maciej Stanik
Choć na scenie to aktorzy grają pierwsze skrzypce, to w teatrze powodzenie spektaklu zależy od wielu osób, m.in. reżysera, garderobianych czy właśnie inspicjenta. Choć widzowie go nie widzą, jest on najważniejszą z osób odpowiedzialnych za koordynację przedstawienia. Wojciech Gratkowski z warszawskiego Teatru Ateneum opowiedział w rozmowie z naTemat o kulisach swojego zawodu, zarobkach oraz kto i dlaczego nie odnalazłby się w tej profesji.

W Polsce zatrudniani w teatrach od XVIII wieku. Inspicjent to osoba nie mniej ważna, niż reżyser spektaklu czy aktorzy. To "ogarniacz", który musi mieć głowę na karku.

Inspicjent dba o to, aby spektakl był dopięty na ostatni guzik
Mówi się, że wieczorem, tuż przez rozpoczęciem przedstawienia, jest jak dyrektor teatru. Odpowiada zarówno za techniczną, jak i organizacyjną warstwę sztuki. – Co by nie mówić, to bardzo odpowiedzialne zajęcie. Trzeba uczestniczyć we wszystkich próbach, od pierwszej czytanej, bo wtedy łatwiej jest poznać spektakl, aktorów i wszystkie ich wejścia. Muszę mieć wszystko rozpisane, co i w jaki sposób dzieje się podczas spektaklu, na przykład to, że aktor B wchodzi na scenę z lewej strony.
Muszę dopilnować, czy na miejscu są aktorzy rozpoczynający spektakl. Musi być elektryk na stanowisku, akustyk, garderobiane, cała ekipa techniczna. Informuję aktorów, w którym momencie mają wejść na scenę – mówi Wojciech Gratkowski, który jest jednym z trzech inspicjentów zatrudnionych w Ateneum.

Choć "Trans-Atlantyk", czwartkowy spektakl w tym teatrze, rozpoczyna się o 19.30, już od rana trwają ustawienia światła. Inspicjent w tych czynnościach nie musi brać udziału. Gratkowski musi zjawia się w teatrze na godzinę przez spektaklem. – Wtedy rozglądam się, czy wszyscy aktorzy są obecni, muszę mieć też możliwość powiadomienia dyrekcji, że na przykład jakiegoś aktora brakuje. Są takie spektakle, na których trzeba sprawdzić akustykę, podłączenie mikroportów. Jako inspicjent organizacyjnie muszę mieć nad tym wszystkim pieczę – opowiada.
Wpadki w tym zawodzie są nieuniknione
Spektakl dzieje się na żywo, tu i teraz, więc wiadomo, że wpadki się zdarzają i nawet inspicjentowi ciężko czasem nad nimi zapanować. – W jednym ze spektakli widzieliśmy ławeczkę, której nie było ( śmiech). Przed spektaklem była, ale już jak zaczęliśmy grać, nie wiedzieć czemu po prostu ktoś ją zabrał.

Pierwsza scena była taka, że aktorzy wchodzą na scenę i siadają na ławce, której... nie ma. Przerwaliśmy spektakl, wnieśliśmy ławkę i zaczęliśmy jeszcze raz. No ale to jest praca na żywym organizmie, więc takie sytuacje są nieuniknione – tłumaczy inspicjent.


Na szczęście widzowie zazwyczaj wybaczają wpadki i wybuchają śmiechem, choć dużo zależy jeszcze od tego, jak aktorzy ograją daną wtopę. Jednak nie zawsze bywa tak wesoło, bo zdarzają się poważniejsze wpadki. – Była taka sytuacja, że aktorka zemdlała na scenie. Trzeba było wejść szybko, gdy zgasło światło i ją wynieść. Przeprosiliśmy widownię i poczekaliśmy kilkanaście minut, aż poczuje się lepiej. Później zaczęliśmy jeszcze raz grać sztukę.
Innym razem, podczas przedstawienia "siadła" nam cała akustyka i trzeba było grać bez mikroportów. No ale to jest samo życie i nad pewnymi rzeczami nie można zapanować –podkreśla Gratkowski.

Dwadzieścia siedem lat w jednym teatrze
Zresztą inspicjent ma do swojej pracy dystans, bo wykonuje ten zawód ponad dwadzieścia lat.
Wojciech Gratkowski pracuje w Ateneum od 1991 roku. – Przeszedłem w teatrze kilka stopni. Zaczynałem jako montażysta teatralny, czyli osoba, która szykuje i ustawia dekoracje, następnie byłem rekwizytorem. Później dzięki temu, że kolega inspicjent przeszedł do innego teatru i zwolniło się miejsce, pomyślałem, że spróbuję pracy w tym fachu. Po rozmowie z dyrektorem, który był dotychczas zadowolony z mojej pracy, udało się – zdradza.

Pan Wojciech spektakle zawsze ogląda z tej "drugiej strony", siedząc na swoim stanowisku, w "budce inspicjenta". Od czasu do czasu bywa w samym środku spektaklu, statystując.

– Osoby pracujące w teatrze są dużo tańsze, niż aktorzy z zewnątrz. Zatrudnić aktora, nawet ze szkoły teatralnej też nie jest takie proste. Trzeba się dostosowywać do jego terminów, więc lepiej jest wziąć osobę, która jest w teatrze na miejscu. Takie statystowania reperują trochę budżet instytucji – zdradza inspicjent.
Praca inspicjenta nie jest zajęciem dla każdego, jednak jak podkreśla pan Wojciech, jeśli na tym stanowisku wytrzyma się rok, to potem już się zostaje na stałe. – To praca dla lekko szurniętych. Bywa tak, że jesteśmy "uwiązani" w teatrze przez cały dzień, na przykład jeśli są próby. Kokosów też się tutaj nie zarabia. Podstawa pieniężna w moim przypadku wynosi 1700 złotych. Drugą częścią składową są spektakle. Za jeden to 140 złotych. Za statystowanie też się dostaje pieniądze– mówi Gratkowski.

Długi urlop i towarzystwo największych aktorów
Mimo małych zarobków nie zdecydował się na zmianę miejsca pracy. Jak twierdzi, są też zalety profesji inspicjenta. Jedną z nich jest długi urlop, bo teatry publiczne zamykają się na wakacje. – Mamy dwa miesiące urlopu, więc to jest duży plus – opowiada inspicjent.
Kolejnym profitem jest to, że można obracać się w środowisku wielkich aktorów i rozmawiać z nimi na co dzień, choć, jak podkreśla, do takich znajomości trzeba podchodzić z dystansem. – Fajnie, jeśli mogę sobie porozmawiać z Agatą Kuleszą, Piotrem Fronczewskim czy Marcinem Dorocińskim, jednak taka jest prawda, że aktorzy najlepiej czują się we własnym towarzystwie. Więc nawet będąc z nimi na bankiecie, nie uważam, że jestem odpowiednią osobą do tego, żeby z nimi przesiadywać – podkreśla.

Ta praca nie jest dla nerwusów
A kto na pewno nie odnajdzie się na stołku inspicjenta? Zdaniem Gratkowskiego nie mają szans przetrwać w tym zawodzie osoby nerwowe. – Można się łatwo wypalić i zapętlić tak, że zawał murowany. Ale przecież nie można się wszystkim w życiu przejmować. To jest taka praca, że nawet jakbyśmy stanęli na głowie, to są rzeczy siły wyższej – podkreśla.

Jak dodaje, w tym zawodzie liczy się przede wszystkim sumienność, systematyczność i obowiązkowość. – Trzeba pewne rzeczy samemu zrobić, ale też przypilnować, czy inni swoje obowiązki wykonają dobrze – opowiada.

"Do innych teatrów nie chodzę"
Ponad dwadzieścia lat pracy w teatrze sprawiły, że pan Wojciech nie przepada za chodzeniem do teatru jako widz, bo zamiast skupiać się na fabule, patrzy na szczegóły techniczne lub dekoracyjne. – Od razu spoglądam na dekorację lub na to, co w kulisach się dzieje. To takie skrzywienie zawodowe, które nie pozwala mi spokojnie oglądać przedstawienia. Zamiast bywać w stołecznych teatrach pan Wojciech woli pójść na spacer, wsiąść na rower lub poczytać książkę.
Choć jako inspicjent jest odpowiedzialny za wszystkie szczegóły techniczne i organizacyjne, nie czuje się jak Bóg. – To nie jest tak, że ja jestem jakimś władcą. Przecież nie ma czarno na białym napisane, że wszyscy mają się mnie słuchać. Każdy wie, co ma robić. Wszyscy staramy się pracować najlepiej, jak się da, bo w końcu jesteśmy jedną drużyną - podsumowuje.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...