Nigdy nie mów nigdy... Maciej Zakościelny zdradza, czego „nigdy” nie pokaże na Instagramie

Fot. materiały prasowe
" Nagrywamy"? To słowo, które od razu powoduje jakąś sztuczną atmosferę. Porozmawiajmy więc tak po prostu - Maciej Zakościelny na początku wywiadu zaznacza, że docenia, kiedy dziennikarz ma przygotowane pytania jako kierunek rozmowy, ale dobrze jest na tym tle zwyczajnie poimprowizować, jak gdybyśmy siedzieli przy domowym stole?


Gdyby się nad tym bardziej zastanowić, to przecież aktorzy nie muszą się z dziennikarzami spotykać osobiście. Ci drudzy wysyłają mailem pytania, ci pierwsi (a raczej ich agenci) – odpisują na maile. Układ idealny? Po co się męczyć? – Jednak w rozmowie twarzą w twarz mogę wszystko lepiej wytłumaczyć, mam pewność, że wiesz o czym mówię – dla Zakościelnego ta zależność wydaje się jasna.


Czy to dlatego zdecydował się na udział w kampanii “Stół społecznościowy”? Czy rzeczywiście jesteśmy już na tym etapie, że trzeba nas na siłę wypychać na spotkania ze znajomymi? Czy na byciu otwartym na ludzi można się w show biznesie „przejechać”? I wreszcie, z kim najchętniej zjadłby kolację przy swoim “Stole społecznościowym”? O to wszystko zapytaliśmy Macieja Zakościelnego. W realu – przy stole. My pytamy, Maciej Zakościelny odpowiada.


“Stół społecznościowy” to projekt, który początkowo owiany był sporą tajemnicą…

Z przyjemnością dałem mu szansę. Spodobało mi się, że ludzie zajmujący się kampanią marki Wyborowa od Mistrza potraktowali temat nietypowo. Od razu mnie kupili. Wielkie brawa za pomysł.

Czym dokładnie?

Przewrotnością... Takie podejście zawsze mi się podobało. Dlatego właśnie akcja „Stół Społecznościowy” i spotkanie z marką Wyborowa od Mistrza, wydały mi się bardzo interesujące. Szczególnie dlatego, że projekt zwraca uwagę na bardzo ważną kwestię: za często zatracamy się w wirtualnym świecie zamiast pielęgnować relację w tzw. ”realu”.


Dzisiaj wiele osób zastanawia się nad swoją obecnością na różnych platformach społecznościowych. I mimo, że wie, że dobrze się jest spotkać, to z organizacją tych spotkań bywa różnie.

“Stół społecznościowy” będzie promowany w… mediach społecznościowych.

Odpowiedź jest prosta: wszystko jest dla ludzi. Mądre używanie social mediów, czy serfowanie po Internecie jest dla mnie jak najbardziej w porządku. Nasza akcja kierowana jest do tych którzy przeginają, zatracają się w świecie wirtualnym. Uważam, że powinniśmy iść z duchem czasu, jednak jak do wszystkiego tak i do mediów społecznościowych powinniśmy podchodzić z rozwagą i zdrowym rozsądkiem.

Autoryzując ten wywiad przebywam w Chinach, gdzie wszyscy, aby funkcjonować używają aplikacji WeChat, za pomocą której odbywają się płatności, komunikujesz się z ludźmi, zamawiasz taxi etc. Jednym słowem pełna kontrola.

Na początku wydawało nam się to dużym ułatwieniem a nawet było to cool, ale po paru dniach kiedy w jednej z restauracji gdzie musieliśmy również zamówić jedzenie przez te aplikacje bez możliwości kontaktu z kelnerem w celu zmodyfikowania dań pod nasze upodobania jednogłośnie stwierdziliśmy, że wolimy jednak nasz stary system analogowy.

Dla mnie media społecznościowe to w większości przypadków narzędzie pracy. Wielokrotnie zastanawiałem się czy mi, jako aktorowi, potrzebny jest na przykład Instagram. Kilka lat temu, kiedy w Polsce nie był jeszcze tak popularny, mając już sporą liczbę obserwatorów skasowałem konto żegnając się z fanami.

Czułem, że to nie jest dyscyplina, którą chce uprawiać. Po czasie doszedłem jednak do wniosku, że mogę to wykorzystać dla siebie a nie być wykorzystany. Bo przecież dzięki temu mogę informować zainteresowanych ludzi co się u mnie zawodowo dzieje. Mogę zaprosić widza do kina na swój film, koncert czy do oglądania kolejnego odcinka serialu.

A nie kusi cię, żeby na tym się zatrzymać? Bo skoro i tak macie kontakt, to właściwie po co rozmawiać w realu?

Spotkanie jest dla mnie ważne, więc o to się nie martwię. Bardziej zastanawia mnie, że wiele osób w mediach społecznościowych kreuje się na takich, jakimi nie są, czy oznacza się w miejscach, w których nigdy w życiu nie byli... Kreacja jest dobra jeśli jesteś aktorem i wcielasz się w postać. Ale w prawdziwym życiu? To jest niebezpieczne.

Kreowanie tego, czego nie ma, to jedno. Na drugim końcu są ci, którzy pokazują siebie w całej okazałości, albo nawet bardziej.

Jeśli chodzi o mnie, aktora, wychodzę z założenia, że pewna otoczka tajemnicy jest niezbędna. Tylko wtedy pojawia się ciekawość.

W social mediach jesteś bardziej aktorem, czy bardziej Maćkiem Zakościelnym?

Staram się być sobą, będąc aktorem. Opisy czy treści postów są zawsze moje - Maćka Zakościelnego. Dzieląc się filmem czy zdjęciami z planu przedstawiam przecież swoje własne reakcje.

Czego nigdy nie ujawniłbyś w mediach społecznościowych?

Never say never. Ludzie z natury nie są konsekwentni. Nie chcę więc używać słów “na pewno”. Jak na razie nie pokazuję twarzy moich dzieci i nie wchodzę w świat domowej prywatności.

Moja wiarygodność jako aktora opiera się na tym, że ludzie nie do końca wiedzą, jaki jestem prywatnie. Często słyszę pytanie: “Ile jest z ciebie w tej postaci?” Czyli ludzie nie wiedzą, jaki rzeczywiście jestem.

To ja zapytam, ile w twoich postaciach jest z ludzi, których spotykasz?

Jeremy Irons podczas spotkania w Akademii Teatralnej, którą ukończyłem, zapytany o to, jak buduje rolę, powiedział: “Uczę się tego, co umie postać, a czego ja nie umiem”. A więc w roli nadal jest on - Jeremy Irons, który w danym momencie jest, na przykład, hydraulikiem.

Dla mnie ważna jest elastyczność i wyczucie. Co po technice, jeśli w postaci nie będzie prawdy?

Załóżmy, że internet przestaje istnieć: nie ma Facebooka, nie ma Instagrama. Do ilu “znajomych” odezwałbyś się sam z siebie i zaprosił do wspólnego stołu?

Zaraz, a ile obecnie mam followersów na Insta? (śmiech). Do znajomych na moich prywatnych kontach zaprasza mnie sporo osób, ale jeśli kogoś nie znam, to nie akceptuję takich zaproszeń. Mój prywatny Facebook to miejsce gdzie chciałbym mieć osoby szczere, które mnie znają i dobrze mi życzą. Bo po co mi szpiedzy w moich szeregach? [śmiech]

A kogo bym zaprosił? Tych osób nie byłoby aż tak dużo, rodzina, bliscy przyjaciele...

Niektórzy twierdzą, że przez media społecznościowe podział pomiędzy przyjaciółmi a znajomymi zanika.

Też mam wrażenie, że słowo przyjaciel zatraciło znaczenie, które miało w czasach “analogowych”. Dzisiaj jest dużo pojemniejsze. Ale prawda jest taka, że przyjaciół, z którymi usiadłbym do stołu, nie jest aż tak wielu.
Ile miejsc ma Twój stół w domu?

Przy moim prawie stuletnim stole może usiąść sześć osób, ale po rozłożeniu nawet i 20. Kiedy jeszcze nie miałem rodziny, takie spotkania zdarzały się częściej. Teraz jest trochę inaczej, ale ten stół nadal pozostaje centralnym miejscem w moim domu.

To miejsce, w którym ludzie obdarci z masek momentalnie łapią porozumienie, kontakt. Jak o tym teraz mówię, przypomina mi się, jak przy tym stole często z przyjaciółmi muzykowaliśmy, jak gadaliśmy do nocy, jak się bawiliśmy… O tym właśnie jest projekt „Stół społecznościowy”.

Najbardziej pamiętne spotkanie przy tym właśnie stole?

Zaprosiłem kiedyś kilka osób na azjatycką kolację do siebie do domu. Na stole stał specjalny grill, na którym każdy sam mógł przyrządzać potrawy. Z tych kilku osób, które zaprosiłem nagle zrobiło się ponad 20. Myślałem, że spotkanie potrwa dwie, trzy godziny, ale siedzieliśmy chyba z sześć. Nikt nie chciał wychodzić.

Kiedy zabrakło jedzenia na stole, zjedliśmy wszystko, co miałem w lodówce. To mi uświadomiło, jak silna jest potrzeba każdego z nas do takich spotkań i że zawsze będzie tak samo silna.

Swoją drogą gdyby ktoś powiedział mi 10 lat temu, że będziemy rozmawiać o tym, że problemem może być spędzanie czasu w realnym świecie, z bliskimi, to bym nie uwierzył. Do głowy by mi nie przyszło, że będę musiał jechać z dzieckiem gdzieś daleko, żeby mu pokazać krowę, albo że będę musiał je wyganiać na podwórko.

Masz jakieś sposoby na odcięcie się od technologii, typu “Zostawiam telefon w domu i jadę w Bieszczady”?

Zdarza mi się zapomnieć telefonu. I najpierw myślę: “O nie, co teraz?” W tym momencie trzeba dopuścić do głosu logiczne myślenie i zadać sobie pytanie, czy ten telefon jest mi naprawdę potrzebny? Czy to tylko przyzwyczajenie. Przecież to ja mam go używać, a nie on mnie.

Tego typu zachowanie to w showbiznesie rzadkość?

Nie wiem. Ale wiem, że mam bardzo fajnych przyjaciół, którzy mogliby pokazywać swoje interesujące życie, ale tego nie robią - nie mają Instagrama, Facebooka. Ja im się czasem tłumaczę: “Bo wiecie, ja jestem aktorem, ja muszę… “ I już samo to, że się tłumaczę świadczy o tym, że sam też widzę w tym wszystkim jakiś obciach. Autopromocja bywa lekkim obciachem.

W jakim sensie?

Ja mam problem z selfie. Zdarzyło mi się je publikować, ale nie czuję się z tym komfortowo. Z selfie jest tak, jak z przeglądaniem się w lustrze.

Przeglądanie się w lustrze jest niewskazane?

Przesada jest niewskazana. Facet, który przegląda się w lustrze więcej niż kobieta, to przesada. Od promowania swojej twarzy w mediach społecznościowych wolę więc rozmowy twarzą w twarz z moimi przyjaciółmi.

Wiadomo że każdy chce chociaż troszeczkę wiedzieć, jacy “znani” są prywatnie. Bez social mediów nigdy nie dowiedzielibyśmy się, na przykład, co jest za kulisami koncertu Justina Timberlake’a, Willa Smitha, Beyonce...

Obserwujesz kogoś sławnego w internecie?

Nigdy nie miałem idoli. Jedyny plakat, który wisiał w moim pokoju to ten z Michaelem Jacksonem. No ale to przecież niekwestionowany król popu. Owszem, cenię na przykład Paula Newmana, Marlona Brando, Jamesa Deana i wielu innych. Bardzo mi imponują, ale nigdy nie wariowałem na ich punkcie. To raczej ten rodzaj fascynacji, w którym bierzesz kogoś za przewodnika. Mówisz sobie: “Jeśli tak będę robił, taką postawę przyjmę, to na pewno wyjdzie to na dobre”.

Masz cztery miejsca przy stole. Możesz je obsadzić kimkolwiek - czas i miejsce nie grają roli. Kogo zapraszasz?

To trudne bo jest wiele osób, z którymi chciałbym porozmawiać… To musiałyby być mocne osobowości: Michael Jackson, Jan Paweł II, Einstein. Może to oczywiste wybory, ale chciałbym poznać tok myślenia tych osób, dowiedzieć się, czym się w życiu kierowali, dlaczego podjęli takie, a nie inne decyzje.

Zapytałbym o pewne tajemnice. Ciekawiłoby mnie, jak stali się takimi silnymi osobowościami: czy tacy się urodzili, czy wykształcili w sobie te cechy później. Chętnie posiedziałbym z Janem Zumbachem, którego grałem w “Dywizjonie 303”.

Chciałbyś porównać, czy trafiłeś z kreacją?

Nie, nie interesuje mnie, czy byłem do niego podobny, czy nie. Moja rola jest wypadkową tego, co przeczytałem, czego dowiedziałem się na jego temat. Gdyby chcieć pokazać prawdziwego Zumbacha, trzeba by zrobić film dokumentalny. Nasz scenariusz nie był dokładnym odwzorowaniem historii, więc pewnie nawet sam Zumbach nie wiedziałby, w jaki sposób by ją przeżył.