"Ten serial jest tak zły, że… odniesie w Azji sukces". Niebawem "Korona królów" zagości w telewizji japońskiej

Czy to początek udanego romansu z japońską widownią?
Czy to początek udanego romansu z japońską widownią? Fot. vod.tvp.pl
Do tej pory Polska eksportowała do Japonii głównie maszyny i urządzenia mechaniczne oraz elektryczne, a także części do nich. Telewizja Polska postanowiła zmienić ów stan rzeczy: wysyła do Kraju Kwitnącej Wiśni coś, co ma być nowym hitem eksportowym: serial "Korona królów"! Przyznaję, ta wiadomość ubawiła mnie setnie. Ale gdy już udało się uspokoić i zatrzymać tę karuzelę śmiechu, zacząłem oceniać fakty na poważnie. Wówczas okazało się, że… w tym szaleństwie może być metoda.


Nadawca publiczny chwali się kolejnymi sukcesami dystrybucyjnymi: prawa do emisji "Dróg wolności" zostały sprzedane w Słowenii oraz Grecji, "Kamerdynera" obejrzą widzowie czescy i słowaccy. Tym drugim zaserwowany zostanie również "Katyń", natomiast Ukraina zapłaciła za możliwość dalszego puszczania "Ogniem i mieczem" oraz "Quo Vadis".


Jednak wisienką na torcie jest ekspansja TVP w Azji: od emisji „Wenecji” Jana Jakuba Kolskiego w telewizji chińskiej, aż po wielkie plany podboju Japonii przy pomocy "Korony królów" – serialu, który od rozpoczęcia emisji w styczniu br., dla wielu jest źródłem "beki", jakiej nie było od dawien dawna.


Dziś 1,3 miliona Polaków ogląda – śmiejąc się i płacząc – już drugi sezon owego dzieła. Niebawem dołączą do nich telewidzowie z Kraju Kwitnącej Wiśni, którym zaserwowana zostanie śmierć Władysława Łokietka oraz pierwsze przygody Kazimierza Wielkiego (które, dodajmy, już we wrześniu br. sprzedane zostały także telewizji węgierskiej).
Urok egzotycznego kiczu
"Groteskowe peruki i brody wyglądają jak z podmiejskiej imprezy karnawałowej", "wnętrza zamków przypominają raczej kiczowate zajazdy przy autostradzie" – to zaledwie dwa z naprawdę wielu zarzutów, którymi internauci miotają w stronę tej telenoweli historycznej. Jednak w tym miejscu należy wziąć pod uwagę kwestię egzotyki.


Zakładam, że widywałeś rodzimą średniowieczną architekturę, wnętrza polskich zamków, tudzież stroje naszej szlachty. Ot, wystarczyły wycieczki szkolne na Wawel, tudzież do innego muzeum, bądź też po prostu pooglądanie zabytkowych budowli w okolicy.

Podejrzewam też, że jako człowiek z tzw. zachodu kojarzysz japońskie pagody i kimona. Natomiast w drugą stronę sprawy wyglądają zgoła inaczej: dla statystycznego mieszkańca Kraju Kwitnącej Wiśni polskie realia historyczne są "turbo egzotyką".
Tak więc z jednej strony może chcieć zobaczyć, jak wyglądała odległa – zarówno jeśli mierzyć to w kilometrach, jak i różnicach kulturowych – Europa setki lat temu. Z drugiej: nie będzie potrafił odpowiednio zweryfikować niedociągnięć; tego, co w "Koronie królów" poszło (bardzo) nie tak.

Dołóżmy jeszcze jedną kwestię: tak, scenografii oraz charakteryzacji w tym serialu można zarzucać nie tylko brak realizmu historycznego, lecz również ogólnie pojętą "taniość" wykonania. Jedwabie z daleka śmierdzące budżetowym poliestrem? Styropian, który nawet nie za bardzo sili się, aby wiarygodnie udawać drewno?

Tak. Lecz tutaj na scenę wkraczają pewne różnice w odbiorze sztuki. Otóż jedną z podstawowych zasad klasycznego teatru japońskiego (które wciąż mają silny wpływ na tamtejszą kinematografię) jest efektowna widowiskowość. Gdy widz europejski będzie mocno skupiał się na tym, czy wszystko zostało odtworzone wiarygodnie, dla tamtejszego odbiorcy będzie to miało znacznie mniejsze znaczenie – ważne, aby było odjazdowo, dziwacznie, "na bogato".

Dobre drewno
Gdy w Polsce pod adresem "Korony królów" używa się zwrotów "kicz", "amatorszczyzna" i "niechlujstwo", tyczy się to również gry aktorskiej. Wyrobiony, oczekujący czegoś naprawdę wysokim poziomie, telewidz może załamać się, "podziwiając" drewniane role, których w produkcji TVP naprawdę nie brakuje.
Paradoksalnie: to, co dla ciebie jest amatorszczyzną, beztalenciem i naprawdę mało przekonującym aktorstwem (kojarzącym się raczej z przedstawieniami w podstawówce), w Japonii może być kolejnym argumentem na korzyść serialu.

Wracamy do tego, jak dawne zasady gry wciąż oddziałują na tamtejszych artystów. Chodzi tutaj o pewne maniery, które początek wzięły z klasycznych teatrów japońskich: XIV-wiecznego nōgaku oraz młodszych o trzy stulecia kabuki oraz lalkowego bunraku. Przerysowane role, zbyt dramatyczna i dynamiczna gra aktorska, przesadzona mimika aktorów w "Koronie królów" wydają ci się groteskowe? Nie dziwię się. Lecz odbiorca japoński naprawdę może stwierdzić, że to jest spoko!

Ba! Nawet jeżeli czepiasz się sztampowego rozrysowania postaci w scenariuszu tego serialu, to mieszkaniec Kraju Kwitnącej Wiśni może sprawę odebrać zgoła inaczej – wbijanie aktorów w ściśle skodyfikowane kanony oraz figury to kolejna z zasad wziętych z klasycznego teatru japońskiego.
– Zdecydowanie, po głębszym zastanowieniu się trzeba przyznać, ten serial jest tak zły, że… odniesie w Azji sukces. Nie spodziewałbym się oczywiście, że stanie się jakimś gigantycznym przebojem, ale podejrzewam, że niejeden Japończyk z wypiekami na twarzy rzuci okiem, jak wyglądała ta egzotyczna Europa przed wiekami – mówi naTemat filmoznawca Artur Kowalczyk.

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...