"Za kratki wpakowali mnie fani «Ryśka z Klanu»". Znany aktor w nowej odsłonie świetnej akcji charytatywnej [wywiad]

Znasz tego szemranego typa?
Znasz tego szemranego typa? Fot. Marcin Mięsak/ Flota Filmowa
Piotr Cyrwus to aktor, który w imię pomocy zwierzętom ze schronisk, dał się zamknąć w zakładzie karnym. Rozmawiamy z nim nie tylko o tym przedsięwzięciu, dowiemy się również, jak legendarna taksówka "Ryśka z Klanu" została zamieniona na limuzynę z kierowcą.


Trafił pan właśnie do zakładu karnego. Siedzi pan za zabójstwo Ryszarda Lubicza?

Tak. Wszystko zaczęło się w roku 2012, to właśnie wtedy zginął tragicznie ów taksówkarz z "Klanu". Świeżo po tym wydarzeniu narodził się groźny przestępca Don Cyrwus, bohater kampanii społecznej Mafia dla Psa. Wielu fanów seriali do dziś pyta, dlaczego zarżnąłem nieszczęsnego Ryszarda. Podejrzewam, że za kratki trafiłem, bo postanowili się na mnie za to zemścić.


Swoją drogą: żyjemy w takim, a nie innym kraju. Doskonale wiadomo, jak działa nasza prokuratura – proszę tylko spojrzeć, ile w ostatnich latach było sytuacji, w których ludzie trafiali za kratki z powodu absurdalnych oskarżeń. Oczywiście sprawa śmierci Ryśka z "Klanu" nie jest porównywalna do, powiedzmy przykładowo, afery z KNF-em, no ale prawie...


Przed odsiadką często zdarzało się panu łamać prawo?

Zdarzało się wielokrotnie, czy to w przypadku prawa ludzkiego, czy zwierzęcego. Ale to z czystej głupoty, nie wyrachowania. Lecz zawsze byłem człowiekiem gotowym ponosić konswkwencje swoich czynów. Na przykład gdy byłem łapany na łamaniu prawa drogowego, nigdy nie starałem się wykręcić na zasadzie "jestem człowiekiem znanym". Mandaty przyjmowałem z pokorą, wierząc w wychowawczą rolę kary.


Gangsterskie filmiki sprawiły, że stał się pan człowiekiem-viralem. Nie kusiło, żeby przekuć to na sławę internetową: zarabiać miliony na youtuberskich wygłupach albo po prostu robiąc dzióbki na Instagramie?
Hm, skoro do tej pory nie zostałem youtuberem albo instagramerem, może nadrobię to dziś!? Nie, to się nie uda. Choć doceniam nowe środki przekazu (i stworzone w nich środki przekazu), to jednak nie zdecyduję się na zmianę biegu kariery – teatr siedzi we mnie zbyt głęboko.

Swoją drogą popularność naszej "psiej mafii" była wielkim zaskoczeniem. Pamiętam, że po publikacji pierwszego filmiku jadę sobie pociągiem do Krakowa, a tu dzwoni syn i krzyczy "tato, co tam się dzieje w internecie"! Okazało się, że ludzie docenili fajny pomysł. No i oczywiście przydał się łut szczęścia.

Bo z karierą internetową jest tak, że wielki talent nie jest do niej niezbędny. Znacznie istotniejsze jest szczęście; trzeba po prostu dobrze trafić, jak w Totolotku. My trafiliśmy idealnie i wstrzeliśmy się w serca internautów. Olbrzymi pożytek, bo dzięki temu w ciągu owych sześciu lat udało się zdobyć naprawdę mnóstwo pieniędzy na pomoc zwierzętom.

Często słyszy pan pytania, dlaczego pomaga pan właśnie im, a nie biednym dzieciom czy ludziom starszym?

Tak. Odpowiadam zawsze: pomagać należy wszystkim istotom potrzebującym. To, że ja zangażowałem się we wspieranie zwierzaków ze schronisk, początkowo było zupełnie przypadkowe: ot, zgłosili się do mnie Maria i Kazimierz Zbąscy, czyli duet reżyserski Państwo Rodzeństwo. Spontanicznie zgodziłem się na udział w akcji "Mafia dla Psa" i dopiero po jakimś czasie dotarła do mnie pewna bardzo ważna rzecz: udział w tym przedsięwzięciu może oczyścić moje sumienie.
Otóż widzi pan, jestem ze wsi. A tam, jak wiadomo, zwierzęta "od zawsze" traktowało się przedmiotowo. To nawet nie kwestia bycia złym człowiekiem! Po prostu: tradycja, przyzwyczajenia, wyrastanie wśród takich a nie innych wzorców. Tak więc traktowałem je przedmiotowo, bo nie była uruchomiona pewna wrażliwość. Przez całe lata nie wiedziałem nawet, że można inaczej.

Dopiero po latach uświadomiłem sobie, jak źle traktowałem braci mniejszych. Więc moja aktywność w pomaganiu im jest formą oczyszczania swego sumienia. Mam wielki dług moralny wobec piesków z mojej młodości, które całe życie spędzały przykute łańcuchem do budy.

W tym miejscu zaznaczmy pewną rzecz: na szczęście widzę, że dziś na wsiach powoli zwiększa się świadomość, ludzie mają szersze horyzonty niż przed laty, dzięki czemu zwierzęta traktują nieco lepiej.

Pamięta pan moment przełomowy, gdy spojrzał na psy zupełnie inaczej?

Miałem różne nieprzyjemne sytuacje z psami, m. in. jeden z nich pogryzł mi nogi. W efekcie przez wiele lat po prostu się ich bardzo bałem. Dziś mam świetny kontakt z każdym czworonogiem: dużym, małym, średnim. Wszystko zmienił syberian husky o imieniu Agat. Był to pierwszy pies totalnie wychuchany przez moją rodzinę. Stał się prawdziwym domownikiem, a nie jedynie czymś, co ma pilnować obejścia.

Choć moje warszawskie mieszkanie jest niewielkie i w stolicy nie mam psa, to często jeżdżę na prowincję, gdzie chętnie przebywam z Romkiem i Leszkiem – zwierzakami moich dzieci. To czworonogi traktowane na równi z ludźmi.

Sprowokowało mnie słowo "jeżdżę"... W "Klanie" jeździł pan kultowym Fiatem Marea Weekend, czyli taksówką Ryśka, ale przecież były też motocykle ("Balanga"), cysterny ("Baron") itp. – naprawdę sporą część życia spędził pan prowadząc pojazdy albo powożąc...

Rzeczwiście, jakoś zawsze takie właśnie role mnie ścigały. Był również traktor i ciężarówka Star, nawet kabriolet Mercedesa z roku 1936, no ale w tym wypadku wiozłem nim SS-manów, więc nie wiem, czy jest się czym chwalić. To zabawne, bo jestem człowiekiem, który nie pasjonuje się motoryzacją; samochody traktuję jako coś, co umożliwia przemieszczenie się z punktu A do punktu B.
Liczy się wyłącznie wygoda. Dlatego całe życie marzę o byciu wożonym. Co prawda na aktorstwie nie udało się zarobić takiej fortuny, aby mieć limuzynę z szoferem, lecz na szczęście ów zawód ma pewien plus: często mamy podwózkę. Producenci, bojąc się, że artysta może nie dojechać na plan – bywamy krnąbrni – wysyłają po niego samochód z kierowcą.

Ale, wracając do mojego marzenia: w nowym filmie, "Raz, jeszcze raz", który będzie miał premierę w 2019 r., gram szefa, który posiada limuzynę z kierowcą. Nareszcie, po tylu latach dorobiłem się – nie prowadzę, lecz jestem wożony. To piękne!

Lecz to chyba nie jedyna premiera w zbliżającym się roku. Można spodziewać się, że Piotr Cyrwus znów będzie wyskakiwał nawet z lodówki, jak w "klanowych" latach 1997 – 2012?

Bo to wy, redaktorzy, jesteście właśnie tacy: jak nas nigdzie nie widać, mówicie, że się skończyliśmy. Natomiast działamy intensywnie, zarzucacie, że wszędzie nas za dużo. Ja jestem na takim etapie, że w aktorstwie coraz bardziej szukam sensu. Dlatego mocno skupiam się na teatrze, czy też akcjach charytatywnych, jak wspominana Mafia dla Psa.

Ale cóż, od czasu do czasu trzeba pomyśleć o pozarabianiu na kawałek chleba. Tak więc proszę przygotować się na totalny atak Piotra Cyrwusa w roku 2019. Oprócz "Raz, jeszcze raz", powinny pojawić się również filmy "Hejter" i "Legiony".

Gwoli formalności: niczego w nich nie prowadzę. W przypadku pierwszym gram bowiem bogatego senatora z limuzyną, natomiast w drugim kucharza, który ma swojego fiaktra, powożącego końmi.