"Zenka Martyniuka szanuję bardziej, niż napompowane gwiazdy". Boksujemy się na słowa z Markiem Dyjakiem [wywiad ]

Zapraszamy do rozmowy z artystą naprawdę wielkiego kalibru
Zapraszamy do rozmowy z artystą naprawdę wielkiego kalibru Fot. Darek Kawka/ Studio U22
Odsłuch nowej płyty Marka Dyjaka stał się nie tylko okazją do kontaktu z naprawdę mocnym repertuarem (artysta w niebanalny sposób zmierzył z utworami Przemysława Gintrowskiego). Udało się również porozmawiać z reprezentantem grupy "mężczyzn prawdziwych", tak przecież nielicznej.


Panie Dyjak, po zadaniu jakiego pytania dziennikarz dostałby od pana w mordę?

Strasznie męczy mnie to, gdy podczas wywiadów ludzie kurczowo trzymają się tropu "Dyjak-alkoholik". Wiem, że moje pijackie doświadczenia, albo próba samobójstwa i śpiączka po tym wydarzeniu, to mocne, nośne tematy, no ale ileż można?


Przecież minęło 11 lat od kiedy przestałem pić, a słyszę te pytania w kółko, do porzygu. Można od tego umrzeć, to jeden wielki ból. Może wypadałoby mi odpuścić, bo to już mocno zgrany temat. 

Najbardziej pamiętam spotkanie z pewną młodą dziennikarką, która zagaiła "pan to jest znany z alkoholizmu, mógłby pan powiedzieć jeszcze coś na ten temat"? Chyba nawet nie wiedziała, że ja w ogóle śpiewam, była totalnie nieprzygotowana. 

Co mogłem zrobić? Spuściłem łeb i po prostu odszedłem od stolika. Przez moment zastanawiałem się nawet, czy to jacyś moi kumple nie nasłali jej tak dla jaj. Ale niestety nie, to po prostu jeden z wielu dowodów na poziom, jaki reprezentują polskie media.

A więc czy można mi się dziwić, że dziś wywiadów udzielam niechętnie, że mam takie, a nie inne nastawienie do dziennikarzy?

Może po prostu media chcą działać edukacyjnie, aby przestrzegał pan innych przed niebezpieczeństwami nałogu?

No ale ja nie będę rozwodził się nad tym, że wódka jest zła. Bo nie jest, choć rozpuszcza nas od wewnątrz. Jeżeli ktokolwiek chce ją konsumować, nie widzę w tym żadnego problemu, to jego wybory. Nie jestem najlepszy w roli edukatora (śmiech).

Nie zamierzam moralizować, choć sam wiem, że będę chory do końca życia. Nieustannie odczuwam melancholię, typową dla osób takich jak ja: chociaż od wychylenia ostatniego kieliszka minęło tyle lat, to człowiek nieustannie myśli o pewnych rzeczach.

Np. w tym momencie o tym, jak chętnie pobiegłbym do najbliższej knajpy, dorwał się tam do wódy, po czym porwał butelkę i uciekł. No ale to bez sensu – bankowo przejechałby mnie tramwaj i bym zginął ( śmiech).

Ale odpowiadając wreszcie na pańskie pierwsze pytanie: z tym daniem w mordę to przesada, bo wraz z rzuceniem alkoholu przestałem bić ludzi.

Chociaż za zbyt głupie pytanie mógłbym kogoś, za przeproszeniem, opierdol*ć. No albo wyprowadzić za ucho.

Tak, jak bywało na pańskich koncertach?

A rzeczywiście – gdy przed laty grywałem na warszawskiej Pradze, zdarzało się, że w taki sposób usuwałem z lokalu osoby, które przeszkadzały mi w występie. No ale takie były warunki: albo sam sobie zapewnisz ciszę, albo giń.


Artyści mainstreamowi mają na koncertach znacznie łatwiej.

O tak, tyle tylko, że nie kusi mnie ich świat. Jestem całkowitym przeciwieństwem mainstreamu, facetem, który żyje sobie z boku tego wszystkiego. Nawet gdy choć na sekundę zaczynałem "montować" się w okolicach popkultury, to tylko po to, aby momentalnie stwierdzić, że po prostu tam nie pasuję. 

Zawsze przychodziła myśl, że mi się to nie opłaca, okropnie źle się czułbym na ściankach, na stołecznych salonach. Chociaż całe mnóstwo osób emigruje z prowincji do stolicy, ja zrobiłem coś zupełnie innego: z Warszawy uciekłem do Chełma. 

To była wspaniała decyzja, choć bezsensowna, jeśli mówić w kategoriach opłacalności: na dojazdy marnuje się i mnóstwo czasu, i pieniędzy na paliwo.

Chełm to miejsce, w którym można – choć odrobinę – uciec od nowoczesności?

Jeżeli wyznacznikiem ma być np. to, że czasami w południe nie ma tam gdzie się napić kawy na mieście, to rzeczywiście – pod pewnymi względami czas się tam nieco zatrzymał. Chociaż młodzież jest taka sama, jak w innych miastach: całe życie z tymi komórkami, laptopami, tych wszystkimi ich dziwactwami.
Oczywiście to nie tylko domena nastolatków – mam kolegów w moim wieku, którzy grają w te gry, no wie pan, elektroniczne. Ja niedługo wejdę w 44. rok życia, a nawet nie mam komputera, nie potrafię napisać e-maila. 

Nie pasuję do naszych czasów, jestem całkowicie zacofany, jestem romantykiem z lat 70., albo raczej 60. ubiegłego wieku. 

Widzę, że do gadżeciarza to panu bardzo daleko.

A w życiu! Jestem anty, jeśli chodzi o takie rzeczy. Nawet jeżeli mówić o ciuchach – wie pan, że ubieram się niemal wyłącznie w tzw. taniej odzieży? Po prostu, nigdzie indziej nie da się dziś kupić porządnej, klasycznej marynarki na normalnego, czyli dużego, faceta. 

To, co dziś można znaleźć w sklepach, to albo rzeczy przekombinowane, z ponaszywanym miliardem pierdółek, albo zdecydowanie za małe na mnie. Same jakieś obcisłe surduty dla zasuszonych Robespierre'ów, których coraz więcej widać na naszych ulicach.

Proszę spojrzeć na tę marynarkę (Marek Dyjak pokazuje metkę Yves Saint Laurent na podszewce – przyp. red.) – świetna jakość, klasyczny krój. Takie rzeczy można znaleźć – dodajmy, że nowe, jeszcze z pozaszywanymi kieszeniami – w second handach za mniej niż 100 zł.

Wie pan, na co jeszcze zawsze zwracam uwagę? Na przykład pan ma bardzo dobre buty, a to dla mnie bardzo istotne. Sam zawsze noszę porządne trzewiki albo sztyblety.

Co jeszcze zdążył pan ocenić?

Widzę, że pańska twarz bywała obijana; blizny na łuku brwiowym mogą świadczyć o tym, że był grany jakiś boks, natomiast "kalafior" na uchu o trenowaniu np. zapasów. Zresztą może przejdźmy na "ty", Marek jestem. 

Rozumiem, że w tej luźniejszej atmosferze możemy sobie pokonwersować o sporcie?

Ale ja nienawidzę sportu! To właśnie kolejny znak naszych czasów: wszędzie dookoła rozmaite fitnessy, ludzie w śmiesznych, kolorowych getrach albo spodenkach z pieluchami. Wkur*ia mnie to strasznie! Jakie fit? Powinniśmy żyć pełnią życia: trzeba jeść, trzeba ruch*ć – wszystko na całego, bez umiaru, pełnym sercem!

Zastanów się: jeśli twoja kobieta musi siedzieć ciągle na siłowni, żebyś ją kochał, to co to za miłość? Wiadomo, dziewczyna powinna o siebie dbać, w końcu to jej kapitał, no ale dożyliśmy czasów, gdy ludzie dostali na tym punkcie jakiejś totalnej paranoi.

Nie ma absolutnie żadnej aktywności fizycznej, która jest dla ciebie akceptowalna?

Jakoś tam jeszcze mogę zrozumieć biegaczy. Znam ludzi, którzy są pod tym względem świrami – przemierzają po kilkadziesiąt albo i 100 kilometrów, wpadając w jakiś rodzaj transu. Idzie za tym jakaś większa siła, głębia, mierzenie się z samym sobą i naturą. 

Traktują to jako formę doznania duchowego, ale czy nazwałbym to sportem? Nie. To tak, jak z ludźmi, którzy już po pierwszym kielichu stają się alkoholikami, choć nigdy nie przeobrażą się w pijaków.
Są też i tacy, którzy całe życie biegają, ale nigdy nie będą sportowcami. Tak więc odnośnie biegania należałoby ukuć jakiś osobny termin. Może "mantra à la sportowa"?

A do jakiej kategorii włączasz ukochany boks, który zacząłeś trenować już jako nastolatek?

Pięściarstwa nigdy nie traktowałem jako sportu. To atawistyczna forma rywalizacji dwóch samców. Para osiłków spotyka się – w ringu albo na ulicy – i próbuje sobie urwać łby. Żadnych innych bzdur.

A czy jesteś fanem MMA? W końcu twoja muzyka trafiła do filmu "Underdog", opowiadającym właśnie o mieszanych sztukach walki.

Wzięli ode mnie trzy piosenki, nawet wczoraj nagrywałem teledysk z Erykiem Lubosem. Ale całe to MMA traktuję po prostu jako "stary" boks, pozbawiony współczesnych obostrzeń. Przecież chodzi o to samo, tylko z wykorzystaniem szerszej gamy środków.

Taka forma powrotu do pradawnych metod walki – przecież najbardziej kompletny wojownik to ktoś, kto jest świetnym zapaśnikiem, a do tego potrafi przywalić z pięści, łokcia i piszczeli. Czasami nawet z główki.

No ale przecież w ten sposób może ucierpieć i nasza uroda. No właśnie: jak radzisz sobie ze zmianami, które następują po czterdziestce? Myślałeś o tym, żeby zacząć używać jakichś maseczek przeciwzmarszczkowych?

O nie, w życiu! Nienawidzę wszelakich zabiegów kosmetycznych. Brzydzę się nawet golić; dobrze, że mam słaby zarost (śmiech).

No, urodą amanta rzeczywiście nie dysponujesz. Jak taki człowiek zdobywa piękne kobiety? Może wykorzystując stary numer "na wrażliwego poetę"?

Nie jestem żadnym poetą. Wydaje mi się, że po prostu trzeba być wyjątkowym pod jakimś względem, wyróżnić się z tłumu. Wiesz: gdy wszyscy krzyczą, ty mówisz szeptem. 

Na pewno kobiety doceniają też facetów, którzy zawsze są gotowi wstawić się za słabszą osobą, no i takich, którzy nigdy ich nie okłamują. Każda próba ukrycia przeze mnie czegokolwiek w związku zawsze kończyła się bardzo źle.

A kwestia atrakcyjności cielesnej – co z tego, że dziewczyna patrząc na mnie, uzna, że jestem szpetny? Przecież one nie szukają kogoś, kto będzie piękniejszy od nich. Ktoś na tym świecie musi być brzydki, żeby ktoś mógł być ładny.

Wydaje mi się, że problem mają raczej faceci zbyt atrakcyjni, tacy w stylu modeli albo amantów z seriali. Bo mnóstwo pań może i najpierw rzuca się w ich ramiona, ale po jakimś czasie stwierdza, że to nie to i zaczyna szukać "zwierząt".Nie chodzi tutaj o napakowanych pozerów z gatunku "patrzcie, jaki ze mnie dziki zbój", ale facetów po prostu męskich, w starym, szorstkim stylu. 

Na ile taki dawny wzorzec męskości alergicznie reaguje na termin "feminizm"?

Kobiety kocham, szanuję, uważam, że w związku trzeba się wzajemnie wspierać. Zresztą mam w sobie sporo kobiecej energii. To element niezbędny, aby być prawdziwym facetem, choć nie każdy mężczyzna odważy się do tego przyznać.

Strasznie cieszę się, że moja Ewa jest kobietą niezależną i mądrą. Zresztą pamiętajmy, że ja jestem z wykształcenia hydraulikiem, a ona kończy właśnie doktorat. Chociaż – dodajmy, nawiązując do wątku urodowego – jednocześnie jest wicemistrzynią Europy w mejkapie.
Tak czy owak: dawny, "prawdziwy" feminizm to świetna sprawa. Ale dziś stał się jednym z tych pojęć, które strasznie się zniekształciły. To już jakaś mutacja popromienna! Przeraża mnie, w jaką stronę zmierza ten świat.

Również w kwestiach politycznych?

Zdecydowanie tak. Od paru lat trwa w Polsce "okres złych czynów". Może to jedna z oznak starzenia się, bo dopiero niedawno zacząłem zastanawiać się nad rzeczami, które dzieją się między jakimiś narodowcami a socjalistami. Gdy widzę ten jad, te ataki personalne, opadają mi ręce.

Cholera wie, za co tak właściwie się nienawidzą, bo przecież ani prawica nie jest prawdziwą prawicą, ani lewica lewicą, wszystko jest mocno przemieszane.

A co, jako człowiek, który nie jest radykalnym pacyfistą, sądzisz o przejawach przemocy fizycznej, których jesteśmy świadkami?

Po tym, co niedawno stało się w Gdańsku, po zabójstwie Pawła Adamowicza, prostu serce mi pęka. Podobnie jak pękło biednemu Jurkowi Owsiakowi – jeśli nie wycofa się ze swojej decyzji o porzuceniu funkcji prezesa WOŚP, to będzie wielka tragedia narodowa.

Rzeczywiście, daleko mi do pacyfisty, ale chociaż przemocy nie da się całkowicie wyeliminować, przecież to jeden z elementów wpisanych w bycie człowiekiem, ważne, aby znalazła ujście w sposób uzasadniony, logiczny, niezbędny.

Nie pogodzę się ze światem, w którym bliźni bliźniemu wilkiem, a taką sytuację mamy w naszym kraju. Odnośnie osób odpowiadających za takie rzeczy: nie wysyłałbym ich na Syberię, ale jeszcze raz do szkoły podstawowej. 

Powinno się ich tam bardzo skrupulatnie ich pilnować, żeby się uczłowieczyli, nauczyli się podstawowych odruchów ludzkich.

Na swojej nowej płycie śpiewasz piosenki Przemysława Gintrowskiego, które powstały w ciężkich czasach komunizmu, a niektóre z nich opowiadają o jeszcze bardziej bolesnych momentach w historii.

Rzeczywiście, znalazł się tam utwór "Birkenau". Wiesz, że nagrałem tę piosenkę, po czym nigdy nie odważyłem się jej przesłuchać? To zbyt wielki ciężar.
Wychowałem się obok Majdanka. Z okien mojej szkoły widziałem obóz koncentracyjny, do tego mam jakieś żydowskie koligacje rodzinne ze strony matki. W ogóle kultura semicka to coś, co mnie i fascynuje, i przeraża.

Miałeś okazję poznać Gintrowskiego?

Okazje miałem, choć nie skorzystałem z nich. Jeszcze za jego życia bywaliśmy na tych samych imprezach. Chciałem podejść, przedstawić się, sprawić, żeby zapamiętał moją twarz, ale w końcu odpuściłem. Nie ośmieliłem się, nie uznałem tego za stosowne. Kto wie, może i lepiej – swoich idoli czasami lepiej nie poznawać osobiście?

W ogóle to osobny temat: ktoś mi kiedyś powiedział, że jest moim fanem. Ja na to "jakim fanem? Spójrz na siebie: masz kasy jak lodu, piękny dom, piękną żonę, jesteś zdrów jak ryba, dwie ręce i nogi – jakim mogę być dla ciebie idolem"?!

Lubisz, gdy zadaje ci się pytanie o to, jakich artystów słuchasz?

A po co mam nawijać o miłości do Coltrane'a i całego mnóstwa innych uznanych mistrzów? Kogo to interesuje? Wykorzystam ten wywiad, żeby wspomnieć o pewnym uzdolnionym człowieku, o którym czytelnicy mogli nie słyszeć: to Robert Mróz, proszę zapamiętać, szanowni państwo.

To strasznie zdolny człowiek, który nie rozwinął kariery muzycznej, bo życie poświęcił medycynie. Jest profesorem pulmonologii, ma 55 lat i nagrał zachwycający album. Nie liczy, że zarobi na tym kasę, bo jej nie potrzebuje. Po prostu: chce pozostawić po sobie ukochaną muzykę. 

Mam nadzieję, że ten krążek zostanie wreszcie wydany; mam przedpremierowy egzemplarz od jakichś trzech miesięcy i nieustannie się nim zachwycam. 

Słuchasz wyłącznie rzeczy ambitnych, gardzisz terminem "pop"?

Dobry pop nie jest zły. Niczego nie oceniam, niechaj egzystuje sobie każda dziedzina twórczości, niezależnie od tego, czy jest ambitna, czy nie. Powiem ci, że mam więcej szacunku do Zenka Martyniuka, niż wielu wykonawców, reprezentujących wyższe formy sztuki. 

To, że go nie słucham to jedno. Ale jednocześnie jestem przekonany, że to człowiek, który robi coś szczerze, z potrzeby serca. Od lat tworzy muzykę (jaka by nie była), którą naprawdę kocha.

Dlatego Zenek jest lepszy, niż te sztuczne twory przemysłu muzycznego, napompowane gwiazdy, mające się za nie wiadomo kogo.

Zresztą skoro wiele milionów rodaków kocha taką twórczość, to kimże jestem, żeby im tego odmawiać? Co istotne, mówimy tu nawet studentach, czyli o ludziach mających, teoretycznie, większe potrzeby intelektualne: przecież na dzisiejszych juwenaliach najchętniej bawią się przy disco polo właśnie.
Za moich czasów na imprezach studenckich leciały zaangażowane kawałki. Wiesz, moralny niepokój, rock, blues, gitary... 

Ale na płycie "Gintrowski" sam zdradziłeś ten instrument. Całość jest zaaranżowana jazzowo, rządzi tam trąbka, gitary brak.

No bo gitara mnie już nie interesuje od dłuższego czasu. Poczułem przesyt, chciałem przełożyć twórczość tego artysty na swój język, nie sugerując się założeniem: "jak Gintrowski, to MUSI być gitara".

Całość powstała z udziałem Marka Tarnowskiego i Jerzego Małka, genialnych muzyków jazzowych, ale nie chciałbym, żeby wrzucać tę muzykę do szufladki z napisem "jazz". To po prostu piosenki Gintrowskiego przetłumaczone na moją wrażliwość.  

... i zaśpiewane – nawet jak na ciebie – bardzo mocno.

Tak, jadę tam na tak ekstremalnych półoddechach, na tak niskim bulgocie, że podczas zbliżających się koncertów będę musiał starać się, żeby nie wypluć płuc. Swoją drogą dobrze, że przed nagraniami oszczędziłem gardło, unikając tego, czego nienawidzę: prób.

Nie rozumiem tego, że ludzie marnują całe miesiące, żeby powoli dopieszczać poszczególne dźwięki, certolić się z muzyką. Po co?! To właśnie siła jazzu: gdy spotkasz uzdolnionych artystów, to trzeba po prostu grać.

Jeśli skumasz się z nimi muzycznie, odbieracie na tych samych częstotliwościach, to wspaniałe rzeczy wychodzą od razu.

Od Marka Dyjaka:
We wczesnej młodości odkryłem tzw. muzykę moralnego niepokoju. Już w tym czasie byłem pasjonatem historii współczesnej. Natrafiłem na piosenkę literacką, odkrywałem takie postaci jak Jacek Kleyff, Jacek Kaczmarski, Leszek Wójtowicz, Jan Kondrak czy Mirosław Czyżykiewicz.

W tamtym czasie największą siłę wyrazu miał jednak Przemysław Gintrowski. Pomimo tak młodego wieku, to właśnie on towarzyszył mi przez kilka ładnych lat. „Cytowałem” jego piosenki. Teraz jestem grubo po czterdziestce, dwa lata temu powstał pomysł żeby nagrać płytę z Jego utworami.

Bardzo się z tego powodu ucieszyłem, od razu ruszyłem do pracy, lecz okazało się, że praca nad tymi piosenkami wymaga ode mnie całkowitego skupienia. Brakowało mi tego skupienia, więc dopiero po dwóch latach ukazuje się przed Państwem płyta „Gintrowski”. Życzę miłego słuchania.


Materiał powstał w ramach cyklu "Piątki z Nową Muzyką", organizowanego w warszawskim Studiu U22
(www.studio-u22.com)

Płyta "Gintrowski" jest dostępna w sklepach od 18 stycznia – polecamy gorąco.

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...