Afera w znanym kabarecie. Menedżer "nagle zniknął z pieniędzmi, jak w filmie sensacyjnym"

Pożar w Burdelu  bawi widzów od 2012 roku
Pożar w Burdelu bawi widzów od 2012 roku Fot. Facebook/ Pożar w burdelu
Kabaret "Pożar w Burdelu", który w swoich przedstawieniach komentuje wydarzenia społeczno-polityczne, jakiś czas temu znalazł się w tarapatach. Menedżer grupy zniknął nagle z pieniędzmi, zostawiając "Pożar" z długami. – To był dla nas duży cios, potrzebowaliśmy czasu, żeby wszystko uporządkować, ale działamy z zespołem cały czas– mówi w rozmowie naTemat współzałożyciel teatru Michał Walczak.


Teatr polityczno-literacki "Pożar w burdelu" istnieje od 2012 roku. Od tamtego czasu grupa zaczynająca w małej przestrzeni klubokawiarni Chłodna 25 rozrosła się. Wystawiali swoje barwne spektakle, na które przychodziły tłumy, na różnych warszawskich scenach, tych mniejszych i większych.


Ludzie lubią ich poczucie humoru i satyryczne spojrzenie na politykę i miejskie sprawy. Choć ich żarty nie muszą odpowiadać każdemu, rok temu "Pożarowi" nieźle dostało się od internautów za telewizyjne wystąpienie w TVN. Teatralna formuła najwyraźniej nie sprawdziła się na telewizyjnej antenie. Widzom nie przypadły też żarty o polityce, papieżu czy aborcji.


Menedżer zostawił ich z długami
Mimo wszystko teatr wciąż wystawiał swoje spektakle, m.in. w warszawskim teatrze WarSawy.
Ostatnio pojawiły się jednak niepokojące doniesienia. Andrzej Konopka, wcielający się w postać "Burdeltaty", udzielił wywiadu dla magazynu "Przegląd", w którym opowiedział m.in. o tym, jak grupa została oszukana przez menedżera.
– Menedżer Pożaru w Burdelu zniknął nagle z pieniędzmi, pozostawiając nas w długach. W ramach cięcia kosztów trzeba było zamknąć lokal [Dziką Stronę Wisły - przyp. red.]. Facet przepadł jak kamień w wodę – mówił aktor w wywiadzie.


Cały zespół zgłosił sprawę na policję. – Oczywiście, zgłosiliśmy sprawę na policję. Kiedy się o tym dowiedział - prawdopodobnie zablokowali mu karty płatnicze - dał znać, że żyje. Poprosił o wycofanie zgłoszenia o zaginięciu i tak się stało. Obecnie przebywa podobno w Warszawie, ale nie pokazuje się na ulicy. My, aktorzy, dopiero wtedy dowiedzieliśmy się o sytuacji finansowej przedsięwzięcia – dodawał Konopka.

"Potrzebowaliśmy trochę czasu, żeby to wszystko uporządkować"
Współzałożyciel "Pożaru w Burdelu" Michał Walczak uspokaja, tłumacząc, że teatr dalej funkcjonuje i planuje kolejne projekty. – Przede wszystkim ta sytuacja z menedżerem i wydarzeń, które nas dopadły, dotyczą ubiegłego roku. Andrzej Konopka w wywiadzie dość jasno opisał całą sytuację, ale rzeczywiście z dnia na dzień, jak w filmach sensacyjnych, zniknął człowiek odpowiedzialny za finanse i organizację. To wywołało dość spory zamęt. Musieliśmy to wszystko trochę uporządkować, stąd przerwa w tworzeniu nowych, dużych spektakli – komentuje.

– Cała ta przygoda uświadomiła nam, że potrzebna jest duża ostrożność i poczucie bezpieczeństwa. Jako niezależna struktura ludzi, którzy się przyjaźnią i ufają sobie, to był duży cios. Ale planujemy spektakle, ruszamy z nowym cyklem w klubie Park. Działamy dalej, choć w nieco zmienionej formie.
"Radzimy sobie sami"
Grupa na razie działa bez menedżera, choć z czasem będzie chciała skorzystać ze wsparcia. – Na razie sami sobie jakoś radzimy. To nie jest teatr instytucjonalny, nie gramy w ciągu repertuarowym, żeby cały czas trzeba było coś nadzorować. Na razie spokojnie organizujemy kolejne projekty. Staramy się być ostrożniejsi w konstruowaniu samej produkcji. Będziemy na pewno szukać wsparcia, menedżera, czy też partnerów do tego, żeby te produkcje były przede wszystkim duże, bo widzowie lubią te duże spektakle najbardziej. Do takich dużych przedstawień potrzebny jest też ogromny wysiłek organizacyjny i odpowiedzialność – podsumowuje Walczak.

Dodajmy, że już 14 lutego zobaczymy spektakl "PARK rozrywki narodowej odc. 1 Nocny Burmistrz" w warszawskim klubie Park. Bilety na to wydarzenie kosztują od 40 do 60 złotych.