Dentysta, który zszedł na psy. Stomatolog weterynaryjny o tym, jak leczy zęby zwierzętom [WYWIAD]

U tego człowieka sformułowanie "dziś leczę szczeniaka" nie oznacza wizyty ucznia podstawówki
U tego człowieka sformułowanie "dziś leczę szczeniaka" nie oznacza wizyty ucznia podstawówki Fot. Facebook.com/drmichalwasowicz
Michał Wąsowicz jest doktorem nauk weterynaryjnych, który sam siebie określa mianem NIEludzkiego dentysty. Pochodzi z rodziny o tradycjach medycznych i karierę zaczął w dzieciństwie, wspólnie z bratem przeprowadzając wielogodzinne zabiegi stomatologiczne na... pluszakach. Dziś opowie o tym, czy twój pies albo kot mogą mieć hollywoodzki uśmiech, jak nauczyć się leczenia kanałowego słonia czy tygrysa i co śpiewa się czworonożnemu pacjentowi przy podawaniu mu narkozy


Panie doktorze – czy mógłbym przyjść do pana z piranią albo krokodylem, gdyby bolały je zęby?

Stomatolog weterynaryjny może leczyć również zwierzęta egzotyczne. To jedynie kwestia tego, czy zna anatomię danego gatunku. Gdyby pojawił się pan z rybą albo gadem, trzeba byłoby zacząć od oceny, które ich zęby można w ogóle leczyć, a których się nie da...


Ale na codzień zajmuję się raczej zwierzakami znacznie bardziej popularnymi: to króliki oraz gryzonie, takie jak świnki morskie. Najczęstszymi pacjentami są oczywiście psy i koty.

Zazwyczaj trafiają do pana, gdyż...

...ich właściciele zaniedbują absolutnie najważniejszą sprawę: profilaktykę. Aż 80 procent psów i 70 procent kotów już w wieku trzech lat wykazuje objawy chorób jamy ustnej. Pamiętajmy o tym, że u zwierzaków – podobnie jak u ludzi – szczoteczka i pasta to absolutna podstawa.


Można zgłosić się ze swoim pupilem i zamówić dla niego hollywoodzki uśmiech?

Miałem kilka pytań dotyczących wybielania zębów. Technicznie jest to możliwe, choć fajne efekty wizualne zdecydowanie lepiej osiągać poprzez zabiegi profilaktyczne: usuwaniu osadów, porządnym polerowaniu i zabezpieczeniu uzębienia.


A czy hodowcy zamawiają np. implanty zębów dla swoich psów, aby lepiej prezentowały się na wystawach?

Implantologia zwierzęca istnieje, choć jest dziedziną, która dopiero się rozwija. Jest jeszcze niewiele publikacji, fachowej wiedzy na ten temat. Zaznaczmy, że nie jest uznawana przez część stowarzyszeń stomatologii weterynaryjnej. Chodzi o względy etyczne: to kwestia zbliżona do praktyk takich, jak chociażby wstawianie implantów jąder samcom, aby podkreślić, że są świetnymi reproduktorami.
W takich sytuacjach pojawia się pytanie, czy powinno się poddawać naszych braci mniejszych poważnym zabiegom, narażać je na stres i ból wyłącznie po to, aby wygrywały medale na wystawach.

Zwłaszcza, że wstawianie implantów zębów psom jest znacznie trudniejsze, niż w przypadku ludzi, gdyż mają inną biomechanikę trzewioczaszki. Mówiąc w największym uproszczeniu: im szczęka jest dłuższa, tym trudniej sprawić, że implant będzie się trzymał w sposób właściwy.

Jednak zacznaczmy: wszystko zależy od konkretnego przypadku. Kluczowa jest ocena, czy nasza ingerencja jest uzasadniona, etyczna. Tak więc nie upiększam uzębienia zwierząt po to, aby lepiej prezentowały się na wystawach. Chodzi raczej o poprawienie jakości ich życia, gdy nieprawidłowe uzębienie utrudnia gryzienie, wywołuje ból.

Przechodzimy tutaj do aparatów na zęby?

Tak, ortodoncja zwierzęca to dziedzina, która rozwija się w piorunującym tempie. Korzystamy tutaj z najnowocześniejszych metod: są zarówno aparaty ortodontyczne, systemy nakładkowe oraz mini implanty, jak i specjalne skanery 3D, które pozwalają w ciągu kilku minut uzyskać precyzyjną wizualizację jamy ustnej.

To bardzo zaawansowane rozwiązania techniczne, z których korzystają najlepiej wyposażone gabinety stomatologiczne dla ludzi. Ale również w przypadku korekty zgryzu u zwierząt pojawia się kluczowe słowo: etyka. Najważniejsza jest ocena, czy w danym przypadku mówimy o wadzie nabytej czy genetycznej.

W pierwszym przypadku – gdy pacjent nabawił się jej w młodości, w wyniku takiego, a nie innego ciumkania gryzaków, zabawek, szmatek, dywaników – nie ma żadnych wątpliwości odnośnie leczenia go.

Jednak wady genetyczne już na wstępie nie kwalifikują się do poważniejszych przedsięwzięć. Oczywiście, jeżeli zęby rozwinęły się pod nieodpowiednim kątem, uszkadzając tkanki miękkie podniebienia, jak najbardziej mogę podjąć się leczenia.

Lecz pod jednym warunkiem: zwierzak musi zostać wysterylizowany lub wykastrowany, aby nie przenosić owego problemu zdrowotnego na potomków.

Od kiedy Polacy są skłonni wydawać spore sumy na wizyty z pupilami u stomatologów weterynaryjnych?

Choć ta dziedzina medycyny narodziła się w latach w latach 60. ub. w., to w naszym kraju jej nieśmiały rozwój zaczął się dopiero w połowie lat 90. ub. w. Gdy wkroczyłem na tę drogę w początkach drugiego tysiąclecia, wszystko dopiero raczkowało.
Do niedawna ludzie bardzo często bagatelizowali u swoich zwierzaków np. kamień nazębny czy nieprzyjemny oddech, uznając, że to coś normalnego. Dziś coraz częściej zdają sobie sprawę, że takie coś może być związane z bardzo poważnymi chorobami. Dlatego są skłonni podchodzić do tych spraw poważniej, płacić za nasze usługi.

Dotyczy to wyłącznie miast, czy mieszkańcy wsi także coraz bardziej przejmują się zdrowiem zwierząt?

Studia skończyłem 13 lat temu, w początkach kariery pracowałem nie tylko w Warszawie, lecz i na jej obrzeżach. Podejście ludzi do tej kwestii zawsze było różne: pamiętam i osoby, które przywoziły pacjentów taczką, i takie, które robiły to Maybachem. Ale zasadniczo również na prowincji ludzie zaczęli podchodzić do zdrowia i cierpienia zwierzaków poważniej.

A jak wyglądają ceny, jeśli zestawić je ze światem stomatologii ludzkiej?

Są zbliżone. Choć niektórzy klienci oczywiście dziwią się "dlaczego tak drogo", to ceny niektórych naszych usług są wręcz zaniżone. Dlaczego? Uwzględnijmy nie tylko fakt, że bazujemy na tych samych materiałach i technologiach, co "zwykli" dentyści, lecz również to, że zabiegi są tutaj znacznie większymi przedsięwzięciami.

Przygotowanie do zabiegu to wstępna konsultacja i minimum dwa badania, podczas których oceniamy, czy możemy go w ogóle przyjąć. Później wszystko odbywa się w pełnym znieczuleniu – dochodzą kwestie anestezjologiczne, dlatego nie możemy sobie pozwolić na zaledwie dwuosobowy zestaw stomatolog + technik; zespół liczy trzy, cztery osoby. Po wybudzeniu pacjenta następuje kilkudniowa obserwacja. Nazywamy ją bezpiecznym lądowaniem i startem.

Jest pan również nauczycielem akademickim na stołecznej SGGW – rozumiem, że wraz ze zwiększającą się popularnością takich usług, rośnie zainteresowanie studentów?

Zdecydowanie tak. Wykładam na Wydziale Medycyny Weterynaryjnej, gdzie prowadzę zajęcia dla studentów angielskojęzycznych i doskonale widzę, że od jakichś dwóch, trzech lat młodzi ludzie coraz bardziej jarają się stomatologią weterynaryjną.

Jedną z głównych przyczyn może być fakt, że praca w tej branży jest naprawdę dużym wyzwaniem: tutaj nie można ograniczać się wyłącznie do stomatologii, trzeba działać interdyscyplinarnie, znać się też na internie czy chirurgii. Przecież stan uzębienia może mieć ścisły związek z problemami metabolicznymi, chorobami układowymi.

Oczywiście każda z osób musi później skupić się na jakiejś specjalizacji, bo stomatologia weterynaryjna jest takim tematem-rzeką, że nie da się odealnie ogarnąć wszystkiego: od myszki, po żyrafę.
Dodajmy, że ten zawód zapewnia naprawdę ciekawe życie: sam często zwiedzam Europę albo Stany Zjednoczone, dokształcając się zwłaszcza w zakresie moich największych pasji – zaawansowanej chirurgii oraz ortodoncji.

Skoro o podróżach mowa: o ile wcześniej polskie ogrody zoologiczne do swoich podopiecznych zazwyczaj wzywały dentystów "zwykłych", dziś zaczyna się to zmieniać. Dlatego stomatolodzy weterynaryjni coraz częściej robią tzw. wizytacje w Afryce czy Ameryce Południowej.

Pakują się grupą do samolotu, ładując do niego całe mnóstwo sprzętu medycznego i gnają na drugi koniec świata, aby zdobywać doświadczenie w kwestii zwierząt egzotycznych; leczyć kanałowo tygrysy czy słonie.
Nie zazdrości pan czasem ludzkim stomatologom, że mogą pogadać sobie z osobami, które leczą?

Nic a nic. To, że pacjent nie wierci się na fotelu i nie podejmuje konwersacji, jest zaletą – mogę lepiej skupić się na pracy. Ale w sekrecie zdradzę panu, że przed i po zabiegu bardzo często rozmawiam z pacjentami.

W tej branży odpowiednie podejście do nich, dobra komunikacja i empatia to podstawy. Zdarza się, że pacjentom, którzy zostają poddawani narkozie, śpiewam kołysanki, np. "Pieski małe dwa", co ułatwia im błogie zasypianie. To najnowsze procedury anestesjologiczne, choć jeszcze nie zawarte w publikacjach naukowych (śmiech).

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...