"Zamiast wkurzać się na zwrot 'baba za kółkiem', wygrywam z facetami". Oto drifterka podbijająca YouTube

Ola i jej narzędzie pracy
Ola i jej narzędzie pracy Fot.: Jacek Jabłoński/ No Limits Media
Drifting kojarzy ci się wyłącznie z kręceniem "bączków" na parkingu pod supermarketem? Oto dziewczyna, która bokiem jeździ zawodowo, dosłownie. Jeżeli w twoich żyłach płynie wysokooktanowa benzyna, przeczytaj rozmowę z Olą Fijał, prowadzącą zarówno wyczynowe samochody, jak i kanał "TurboSztos" na YouTube.


Czy osoba, która ma na koncie m. in. mistrzostwo Polski w klasie kobiet i z powodzeniem mierzy się z mężczyznami w formule Pro 2, reaguje alergicznie na stereotyp "baby za kółkiem"?

Nie. Choć wciąż jest on powszechny, zwłaszcza w tak zmaskulinizowanej dyscyplinie, jaką jest drifting. Zdarza się, że podczas imprez charytatywnych, gdy organizujemy przejażdżki na fotelu pasażera, ktoś otwiera drzwi mojego driftowozu i krzyczy "o mój Boże, jadę z typiarą"!


Ale ja do tego rodzaju rzeczy podchodzę na totalnym luzie. Owszem, zdarza się, że sportsmenki feminizują, napinają się, krzycząc głośno, że świat dyskryminuje kobiety za kierownicą. Ja do tych spraw podchodzę z wielkim dystansem.

Czasami wręcz, gdy schrzanię coś na zawodach, to wychodząc z auta, mówię "no dobra, wracam do kuchni" (śmiech).

A gdy podobnymi uszczypliwościami sypie mi jakiś facet? Otrzymuje ciętą ripostę i sytuacja jest rozładowana, śmiejemy się oboje.

Zamiast wkurzać się i marnować energię na krzyk, wolę działać: wsiadam do samochodu i po prostu mierzę się z mężczyznami. Gdy z nimi wygrywam, pokazuję, że dziewczyna też może jeździć naprawdę dobrze.

Zdarza się wręcz, że seksistowskimi uwagami rzucam sama – np. gdy jadę trasą i mozolnie wyprzedzam auto, które wlecze się w nieskoordynowany sposób lewym pasem, sunąc 40 km/h. Po chwili widzę, kto siedzi za kierownicą i mówię złośliwie pod nosem "no tak, wiadomo, baba".


Lecz podchodząc do tego poważniej, to naprawdę nie jest wyłącznie kwestia płci. Wśród znajomych mam i dziewczyny, i chłopaków, którzy są fatalnymi kierowcami. Wiesz, to osoby, które totalnie tego nie czują, a prawo jazdy zrobili "z rozpędu", wyłącznie dlatego, że tak wypada, że taki dokument trzeba mieć.


Wracając do sportu – czy zawodniczki driftowe naprawdę pozbyły się już jakichkolwiek kompleksów wobec mężczyzn?

Wciąż jest nas niewiele i wiadomo, mamy naprawdę sporo do nadrobienia. Przecież pojawiłyśmy się w tej dyscyplinie stosunkowo niedawno, więc siłą rzeczy mamy mniejsze doświadczenie. Wchodzę w swój piąty sezon, gdy zaczynałam, w polskim driftingu startowała zaledwie jedna dziewczyna, Karolina Pilarczyk.

Doskonale pamiętam swoje pierwsze zawody: strasznie wstydziłam się wyjść w kombinezonie, bo na dziewczyny w tej dyscyplinie niemal wszyscy patrzyli jak na bardzo dziwne zjawisko.

Jednak z biegiem lat nasze umiejętności się zwiększają i dziś naprawdę nie musimy odczuwać jakichś wielkich kompleksów. Coraz częściej główna różnica w wynikach pomiędzy zawodnikiem a zawodniczką jest kwestią tego, że on ma po prostu lepszy, mocniejszy samochód.

Ja mam naprawdę dobrze przygotowane auto – 530-konnego Nissana 200SX S13 – tak więc w obecnym sezonie chciałabym skupić się bardziej na sukcesach "uniseksowej" formule Pro 2, niż rywalizacji wyłącznie z kobietami.


Ile czasu trzeba poświęcać, aby myśleć o takich sukcesach?

Bywa z tym różnie. Staram się trenować przynajmniej raz w tygodniu, choć czasem zdarzają się jakieś przerwy. Cóż, proza życia – wyłącznie światowa czołówka zarabia na driftingu tyle, aby móc żyć wyłącznie z niego. Większość zawodników musi łączyć kariery z "normalną" pracą.

Sprawy nie ułatwia również fakt, że w naszym kraju jest bardzo mało miejsc, w których można ćwiczyć. Ja robię to głównie na torze w Słomczynie, zdarzało się też jeździć w Modlinie i Kielcach, czy na lotnisku w Białej Podlaskiej.

Tak czy owak, gdy już trafiam na tor, wykorzystuję ten czas w 100 procentach: ćwiczę naprawdę intensywnie, w samochodzie spędzam długie godziny, opuszczając go wyłącznie na czas wymiany opon.


A co porabiasz, gdy już zjedziesz z toru?

Studiuję. Albo raczej: staram się studiować, bo poświęcanie się driftingowi nieco opóźnia zakończenie edukacji. Prawdopodobnie skończę za rok. Wybrałam dziennikarstwo i komunikację społeczną ze specjalizacją marketing i PR. Wiadomo, takie rzeczy przydają się w działalności sportowej, chociaż i tak najwięcej nauczyłam się w praktyce, niż na uczelni.

Do tego tworzę kanał na YouTube, dzięki któremu zarabiam jakieś pieniądze. Poświęcony jest głównie ukochanej dyscyplinie sportu, którą pokazuję od kuchni, choć pojawiają się tam również rzeczy związane z innymi motosportami.

Fajnie, że Polacy (i dodajmy jasno: Polki) coraz bardziej interesują się takimi rzeczami, świadomość społeczeństwa zwiększa się naprawdę szybko. Choć czasem podchodzi na zawodach ktoś, kto do tej pory był przekonany, że drifting jako sport tak naprawdę nie istnieje, że to coś stworzonego na potrzeby filmów takich jak "Szybcy i wściekli: Tokio Drift".

Po zdjęciu kombinezonu i kasku lubisz założyć szpilki i strzelić sobie makijaż?

Od czasu do czasu zdarza mi się zakręcić włosy i pomalować usta, ale zasadniczo biegam w dresie. Szpilek nie noszę, nie potrafię w nich chodzić; są niewygodne i bolą od nich nogi. Wolę trampki. Ku wielkiemu smutkowi mojej mamy, jestem chłopczycą. Zresztą tak było od dzieciństwa: zdecydowanie chętniej bawiłam się samochodzikami i figurkami Action Man, niż lalkami Barbie i miałam więcej kolegów, niż koleżanek.

Dlatego nigdy nie miałam problemów z przebywaniem w mocno zmaskulinizowanym środowisku drifterów. Wiadomo, wokół testosteron, pełno ciężkich żartów, ale świetnie odnajduję się w takich klimatach. Ba! Jeżeli mowa o ciężkim poczuciu humoru, zdarza mi się zagiąć niejednego faceta (śmiech).

Nic dziwnego, pochodzisz ze sportowej rodziny i tym środowiskiem masz do czynienia od dawna. Przecież twój ojciec "rozkręcał" polski drifting, tę dyscyplinę uprawia również twój starszy brat…

Tak. W tym świecie nie pojawiłam się znikąd, przebywałam w nim od dziecka, regularnie jeździłam na zawody. To, że w wieku 16 lat po raz pierwszy usiadłam za kierownicą wyczynowego samochodu, było więc naturalną koleją rzeczy. Choć… kompletnie mi to nie wychodziło. Szybko wkurzyłam się, stwierdzając, że to nie dla mnie.
Zresztą pojawiło się marzenie o karierze w motocrossie. Gdy zabroniła mi jej mama – stwierdzając, że mam znaleźć sobie jakiś bardziej kobiece zajęcie, bo w rodzinie mamy już zbyt dużo osób szalejących na motocyklach – zaczął się okres fascynacji bardziej standardowych.

Chciałam zostać piosenkarką albo aktorką. Próbowałam nawet dostać się do akademii teatralnej, lecz gdy się nie udało, powiedziałam sobie: olewam temat, wracam do driftingu! Okazało się, że gdy zmierzyłam się z tym sportem po raz drugi, już jako 19-latka, poczułam go znacznie lepiej. Dorosłam do tego.

Zaczęłam ćwiczyć jak szalona – codziennie jeździłam po jakieś dwie godziny, wykańczając w ten sposób dwa komplety tylnych opon. No i niedługo potem wystartowałam w pierwszych zawodach. Dziś mam skończone 25 lat i od dawna wiem na 100 procent, że to jest właśnie to, co naprawdę chcę robić.


Jak do twojej profesji, podchodzą mężczyźni spoza środowiska? Zdarza się, że czują się "wykastrowani", mając do czynienia z dziewczyną zawodowo jeżdżącej szybkimi wozami?

Nie zetkęłam się z tym, aby ktoś traktował to jako ujmę dla swojej męskości. Inna sprawa, że oczywiście nie zdarza mi się zacząć pierwszej randki od słów "cześć, jestem drifterką, jeżdżę super bryką" (śmiech). W ogóle staram się z tym zbytnio nie obnosić. Od zawsze miałam tak, że poznając kogoś – nieważne, czy była to strefa miłości czy przyjaźni – mówiłam o sobie jak najmniej. Jestem typem obserwatora i słuchacza, otwieram się dopiero po jakimś czasie.

Zdarza się, że ktoś na imprezie krzyknie, czym się zajmuję, no i zaczynają się miliardy takich samych pytań, przez kilka godzin muszę mówić wyłącznie o tym. To nieco męczące. A skoro o imprezach mowa: rzadko pijam alkohol, tak więc przysłowiowe wyjścia na piwo zazwyczaj kończą się tym, że rozwożę znajomych po domach. Znajomi śmieją się, że znów jestem w pracy.


Rozumiem, że rozwożenie ludzi driftowozem nie wchodzi w grę. Na codzień przemieszczasz się autem spartańskim, czy cenisz wygodę?

Gdy człowiek jeździ po torach radykalnymi wozami sportowymi, prywatnie docenia samochody, które nie urywają głowy, gdy jedzie się po bułki. W moim przypadku to Mercedes GLA AMG. Ma około 400 koni mechanicznych i jest szybkim autem. Początkowo jeździłam niemal wyłącznie w trybie Sport+, najtwardszym, najbardziej hardkorowym. Praktycznie w ogóle nie włączałam muzyki, tylko opuszczałam szyby, sycąc się rykiem silnika i "pierdzącym" wydechem.

Trwało to parę tygodni, później przeszłam na tryb Comfort, w którym mogę przemieszczać się z miejsca na miejsce wygodnie. Zresztą podobnie ochłonęłam w kwestii szybkiej jazdy – nie mówię, że jestem święta; po zrobieniu prawa jazdy byłam nawet bliska stracenia prawa jazdy "za punkty". Później zmądrzałam, uspokoiłam się.

Wystarczy, że z wielkimi dawkami adrenaliny mam do czynienia na torze driftowym, nie muszę jej szukać na drogach publicznych. Zwłaszcza, że gdy człowiek uświadomi sobie, jak jeżdżą inni kierowcy: całe mnóstwo nie włącza kierunkowskazów albo wyjeżdża nagle z drogi podporządkowanej. Dołóżmy do tego ciężarówki, znienacka wpadające na lewy pas, a noga od razu schodzi z gazu. Kto im dał prawo jazdy?


Ty swoje, śmiem zakładać, zdobyłaś szybko i gładko?

Oj nie, udało się dopiero... za piątym razem. Zdawałam w momencie, gdy zmieniały się testy teoretyczne, panował totalny chaos. Do tego wręcz maniacko marzyłam o tej samodzielności, którą daje prawo jazdy. Efektem był totalny stres, nie pomagały nawet tabletki na uspokojenie. W pewnym momencie zaczęłam nawet chodzić na egzaminy z mamą, żeby mnie uspokajała.

Pamiętam, że przed jednym z nich się rozpłakałam, a to rzecz bardzo nietypowa, bo zasadniczo nie okazuję emocji. Szczerze? Tak bardzo nie przejmowałam się nawet maturą.