"Zabijam ból, spustoszeń nie da się cofnąć". Różalski szczerze o tym, czemu został 40-letnim emerytem

Pokonasz Marcina w kategorii "naprawdę słodka fotka"?
Pokonasz Marcina w kategorii "naprawdę słodka fotka"? Fot. Instagram.com/marcinrozalrozalski
1 marca Marcin Różalski, legenda kickboxingu oraz były mistrz wagi ciężkiej KSW, ogłosił zakończenie kariery sportowej. Postanowiliśmy sprawdzić, czy ten 40-letni emeryt cieszy się słodkim nicnierobieniem, na dobre odciąwszy się od sportów walki. Przy okazji poznamy sytuację współczesnego MMA i dowiemy się, dlaczego freak fighty wcale nie są złem.


Co tam nowego w twoim życiu? W ostatnich tygodniach zmieniło się mocno?

Trenuję równie ciężko, jak wcześniej, chociaż robię to bez jakiegoś konkretnego celu. Ot, wstaję rano i idę poćwiczyć ostro na swojej sali.


Kiedyś robiłem to, bo musiałem przygotować się do jakiejś walki, nadrobić przed nią zaległości. Natomiast dziś, bo mam na to ochotę, żeby zapewnić sobie lepsze samopoczucie.

Największe zmiany dokonały się w mojej głowie. Poczułem się znacznie lżejszy po tym, jak odciąłem się od wampirów energetycznych. Poczułem spokój, bo uciekłem od całego tego bagna; od gnoju, który męczył mnie przez ostatnie 1,5 roku.

Wiesz, brak odpowiednich walk, ta niepewność dotycząca dalszej kariery sportowej, zmęczyły mnie bardziej, niż gdybym w tym czasie stoczył 10 naprawdę ciężkich pojedynków w ringu.

Chociaż ludzie ciągle gadają, że zakończenie kariery sportowej było błędem i podsuwają mi różne oferty walk, na tę chwilę nie wywołuje to żadnych rozterek. Mam spokojny umysł, bo wiem, że podjąłem dobrą decyzję i tyle.



Doszedłeś do takiego punktu sam czy z pomocą jakiegoś psychologa albo psychiatry?

Nie wierzę w takie rzeczy. Jeśli nie masz w sobie naprawdę mocnego zawzięcia, nie pomoże ci żaden specjalista; czy to psycholog, psychiatra czy ksiądz.

Skąd więc przekonanie miliardów ludzi, że wiara może dać wielką siłę w radzeniu sobie z problemami?

Moim zdaniem religia, czyli wiara w coś wyimaginowanego, sprawia, że człowiek przestaje wierzyć w siebie i sprowadza go na niewłaściwe tory, gdy pojawiają się problemy. Ludzie starają się uwierzyć, że to właśnie ona je rozwiąże. A gdy tak się stanie, są przekonani, że to dzięki interwencji jakiegoś Boga. Choć tak naprawdę było to wyłącznie ich zasługą!


Religia robi z ludzi cymbałów, ubezwłasnowalnia ich tak, że przestają wierzyć we własne moce. Stają się leniwi: gdy mają problemy w życiu, to zamiast działać, czekają bezczynnie na pomoc ze strony sił nadprzyrodzonych..

Uspokojenie swojego umysłu przyszło ci łatwo?

Nie. Przecież zregenerowanie głowy jest znacznie trudniejsze, niż w przypadku ciała. W tym drugim przypadku możesz wspomóc się odpoczynkiem, dietą, suplementami albo odpowiednimi kroplówkami; wyjechać gdzieś i powygrzewać zmęczone mięśnie w słońcu.

Z umysłem jest to znacznie, ale to znacznie trudniejsze. Przecież nawet jeśli pojedziesz na długie wakacje, to możesz jakoś tam zapomnieć o problemach. Ale gdy wrócisz, one będą na ciebie czekać.

Tak samo jak z topieniem problemów psychicznych w alkoholu. Przez chwilę będzie świetnie, ale gdy obudzisz się rano, mogą dojść nowe: przecież po pijaku mogłeś narobić sobie jeszcze większej "kichy", a do tego straciłeś kasę. No i masz kaca...


A jak z ciałem? Zdążyło choć trochę zregenerować się po latach uprawiania kontuzjogennych dyscyplin?

Nie. Tych spustoszeń nie da się cofnąć już nigdy. Wiem, że z każdym tygodniem, miesiącem czy rokiem mój organizm po prostu gaśnie, więdnie naprawdę szybko. Wiem to, choć niemal w ogóle tego nie czuję – korzystając z farmakologii zabijam ból zniszczonych stawów, które "sypią" się dalej.

Nie leczę się, bo mojego ciała nie da się już wyleczyć. Jedynie oszukuję ogranizm, żeby jeszcze przez chwilę zachował sprawność. Chociaż oczywiście wiem, że nie potrwa to już długo.

Widzisz, chodzi o to, że mój umysł wciąż nie przyjmuje do wiadomości przemijania. To dokładnie taki strach, jaki pojawia się u pięknej kobiety, która uświadamia sobie, że uroda i młodość właśnie uciekają. Zaczyna więc desperacko oszukiwać czas przy pomocy chirurgii plastycznej.

U mnie dzieje się to samo, tyle że zamiast botoksu, silikonu i kwasu hialuronowego w grę wchodzą różne zastrzyki, blokady, komórki macierzyste i sterydy.


Zdarzyło ci się kiedykolwiek pomyśleć, że dokonałeś złego wyboru – że gdybyś wybrał inną drogę mógłbyś w zdrowiu dożyć późnej starości?

Kaleką jestem od 18. roku życia, od momentu wypadku, po którym byłem przez jakiś czas sparaliżowany od pasa w dół, robiłem w pieluchy i planowałem samobójstwo.

Wtedy, gdy pod wielkim znakiem zapytania stała jakakolwiek normalna egzystencja, nie mówiąc już o wyczynowym uprawianiu sportu, zadałem sobie podobne pytanie.

Ale później postawiłem wszystko na jedną kartę: iść ostro do przodu w sportach walki, aż do pełnego wyniszczenia organizmu. Nie umiałem inaczej. Odkąd sięgam pamięcią, zawsze byłem samcem alfa, który chciał rywalizować z innymi, dominować.

A taka osoba, jeśli chce odnosić sukcesy, jest skłonna poświęcić absolutnie wszystko, włączając w to swoje zdrowie i życie.


Takie podejście do świata jest formą kompensowania sobie czegoś?

Jak najbardziej. Choć nie pochodzę z rodziny ubogiej, to daleko było nam do bycia bogaczami. W domu raczej się nie przelewało i rodzice nie mogli kupować mi wszystkiego, o czym zamarzyłem.

Więc to, że jako dzieciak nie mogłem np. nosić modnych i drogich adidasów, kompensowałem sobie tym, że najlepiej biegałem, grałem w piłkę albo się biłem. Pierwsze sukcesy na ringu zaczęły dawać mi coraz większą pewność siebie.

Bycie samcem alfa predestynuje nie tylko do bycia wielkim sportowcem, ale też kariery politycznej...

Tak, to bardzo podobny mechanizm. W obu przypadkach mówimy o ludziach, którzy są gotowi poświęcić wszystko, aby wejść na szczyt, zyskać poważanie i respekt. Z tą różnicą, że sportowcy nie opierają swoich finansów na zabieraniu pieniędzy ludziom.

Kim są owi ludzie? Od zarania dziejów ludzkość dzieli się właśnie na osobników alfa i tzw. lemingi, które idą bezmyślnie tam, gdzie się im każe. Taki leming nie potrafi sam zaplanować i ukierunkować swojego postępowania, zamiast tego woli zawierzyć komuś, kto zacznie wciskać mu do głowy jakieś pięknie brzmiące głupoty.

No a politycy czy też duchowni bardzo chętnie to wykorzystują, aby sterować swoimi marionetkami.


Wracając do decyzji o zakończeniu kariery: przyczyną było to, że poczułeś się jak marionetka w rękach ludzi organizujących walki?

W pewnym momencie uświadomiłem sobie, że część tego biznesu traktuje mnie jak małpeczkę, która ma wzbudzać zainteresowanie pewnymi federacjami, przyciągać kasę. A ja nic na tym nie zyskuję. Nie dziwi więc, że poczułem wku**** na część tego środowiska.

Ale patrząc na to wszystko chłodno, nie mam do nikogo pretensji – przecież nikt mnie do niczego nie zmusił, mam swój rozum i to ja jestem winien temu, że zaufałem nieodpowiednim osobom. Czy oznacza to, że jestem naiwniakiem?

Nie, czasami w życiu trzeba komuś zaufać, uwierzyć w jego dobre intencje. A o tym, że był to niewłaściwy wybór, dowiadujesz się dopiero po fakcie. Tak więc było, minęło. Nie nakręcam się złymi wspomnieniami, przecież mam też sporo tych dobrych.

Karierę zakończyłem z wielkim niesmakiem, ale jeżeli chodzi o osiągnięcia sportowe, jestem bardzo zadowolony. Odszedłem, będąc na szczycie, po trzech wygranych pod rząd walkach.

Jeżeli chodzi o MMA – trzymasz rękę na pulsie, czy dla spokoju ducha odciąłeś się choć trochę od tego świata?

Przecież to całe moje życie; ciągle jeżdzę na rozmaite gale czy seminaria i trenuję innych. Zresztą całe mnóstwo moich kolegów to czynni zawodnicy, a więc wiadomo, że uważnie śledzę ich kariery.


Co najmniej podoba ci się, jeżeli chodzi o to, w jakim kierunku zmierzają sporty walki?

Na pewno to, że wszystko stało się bardziej wydelikacone. Dziś najlepsi zawodnicy to zazwyczaj najlepsi stratedzy. Odnoszą sukcesy, bo potrafią umiejętnie kalkulować w trakcie starć.

Nie lubię tego i tęsknię za czasami, gdy mierzyli się ludzie tacy, jak ja: prawdziwi wojownicy, którzy na ringu albo w klatce marzą o wojnie totalnej. Niedobrze też, że MMA staje się sportem zbyt popularnym, zbyt powszechnym.

No ale przecież dla zawodników do dobra sytuacja – mają gdzie walczyć, zarabiać pieniądze.

Tak, ale jednocześnie coraz większa ilość gal prowadzi do tego, że pojawia się zbyt wielu ludzi przypadkowych, którzy zajmują się tym tylko dlatego, że to modne i być może pewnego dnia bardzo opłacalne.

Za pierwszą walkę zawodową dostałem 150 zł; zdarzało się bić za darmo, tylko po to, aby rozwijać się sportowo. Teraz młody człowiek od razu, zanim na dobre zaliczy jakiekolwiek sukcesy, już liczy na tłumy sponsorów i potężne stawki za walki.

Pomijam, że całe tabuny przychodzą na treningi głównie po to, żeby wrzucić milion zdjęć na Instagrama i 20 tysięcy filmików na Facebooka.

Najlepsze, że wszystko to, co dzieje się w "prawdziwym" MMA, powoduje rosnącą popularność freak fightów, w których walczą jakieś przypadkowe osoby. W sumie nie dziwię się temu...
Zaraz, zaraz – Marcin Różalski chyba nie chce komplementować walk organizowanych wyłącznie dla widowiska?!

Paradoksalnie chodzi o to, że gdy w owym "prawdziwym" MMA więcej już chłodnego kalkulowania, niż prawdziwej bijatyki, to podczas freak fightów można jeszcze zobaczyć autentyczność, naprawdę ostrą jazdę. Sam lubię to czasami pooglądać.

Rękawice krzyżują tam dwie osoby, które nie skupiają się zbytnio na strategii. Nie myślą o pasach mistrzowskich, przeskakiwaniu wyżej w rankingach sportowych – ot, zaczynają się napier****.

A że ich umiejętności odstają mocno o zawodowych sportowców? Można na to przymknąć oko, bo jest to szczere i autentyczne. Jak bójka w czasach szkolnych.

Powinienem więc dziwić się temu, jak wyczynowi sportowcy hejtują takie walki?

Zwróć uwagę: robią tak osoby, które same podczas wielkich gal supportują celebrytów. To, że na takiej imprezie jakiś aktor-konfident bije się z typem znanym z wrzucania do internetu filmików, na których rzyga, ćpa i chleje, to dla nich w porządku.

Ale te same osoby oburzają się, gdy np. federacja Fame MMA – zajmująca się wyłącznie freak fightami – organizuje się np. walkę Godlewskiej i Linkiewicz. Przecież to hipokryzja!

To dla mnie sprawa kluczowa: niech będą i gale wyłącznie dla prawdziwych sportowców, i dla osób znanych z jakichś innych powodów. Znaleźli sobie niszę, na rynku jest miejsce dla wszystkich. Ważne tylko, aby istniał wyraźny podział, możliwość wyraźnego oddzielenia sportu od widowiska.
W żaden sposób nie żenuje cię oglądanie osób, które ze sportami walki mają tyle wspólnego...

... co ja z ogrodnictwem? Nie. Powiem ci, że byłem np. na drugiej gali Fame MMA i widzę, że od tamtego czasu niektórzy zawodnicy zrobili progres. Gdy po raz pierwszy zabrali się za mieszane sztuki walki, wydawało im się, że to bułka z masłem. Dopiero później na własnej skórze przekonali się, że tak nie jest.

A to przecież świetne: zabrali się do roboty, choć nie liczą na gigantyczną karierę sportową. Traktują to jako formę ruchu, hobby. No i co w tym złego?

Przecież gdy kupujesz czepek i ruszasz na basen, nie musi to oznaczać, że planujesz zostać następcą Artura Wojdata. Albo gdy skoczysz do Decathlonu, zainwestujesz korki i umówisz się z kolegami na pokopanie piłki – czy z automatu jesteś zobligowany do bycia drugim Ronaldo? Nie!

Tak właśnie jest z MMA. Nie każdy będzie tak dobry jak Michał Materla. Ale co złego w tym, jeśli ma ochotę choć odrobinę poczuć te emocje, adrenalinę i stres, oberwać po amatorsko po pysku?

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...