Trybale, imiona byłych, hipsterskie wzorki. Specjalista od usuwania tatuaży o pracy i "błędach młodości" [WYWIAD]

Dominik właśnie pozbawia kogoś niemiłych wspomnień
Dominik właśnie pozbawia kogoś niemiłych wspomnień Fot. Juniorink
Warszawskie studio tatuażu Juniorink. W drzwiach wita mnie Dominik Mądrachowski, czyli człowiek, który pełni tutaj rolę menadżera oraz specjalisty od pozbywania się "błędów młodości". Zapytajmy tego uśmiechniętego 45-latka o sekrety związane z zadawaniem bólu bliźnim w trakcie zabiegów laserowego usuwania tatuaży.


Czy jesteś szewcem, który bez butów chodzi?

Nie, sam ratowałem się przy pomocy lasera (śmiech). Wiesz, kiedyś na przedramieniu wytatuowałem sobie imię ukochanej, które usunąłem po rozstaniu. Jednak po jakimś czasie wróciliśmy do siebie i... znów zgłosiłem się do tatuażysty, aby w tym samym miejscu umieścił napis "Agatka" (śmiech).

No właśnie, tatuaże poświęcone byłym miłościom... W twojej pracy to najczęstsze przypadki?

Tak, zaraz obok pozostałości mody z lat 90., czyli tzw. trybali. Wiesz, u pań to zazwyczaj wszelakie "krzaki" na lędźwiach, wystające spod majtek, u mężczyzn rozmaite plecionki na bicepsach.

Ale wracając do ozdabiania skóry imionami lub portretami ukochanych: zawsze bardzo mocno przestrzegam przed tatuowaniem sobie rzeczy tak osobistych. O ile nie traktujesz ciała jako swoistego pamiętnika, przedstawiającego różne momenty życia, sto razy przemyśl taką decyzję.

Dobrze, porozmawiajmy o sprawach bardziej praktycznych: załóżmy, że chcę usunąć tatuaż. Jak powinienem wybrać osobę, która potraktuje moją skórę laserem?

Takie usługi oferują i niektóre salony tatuażu, i kliniki medycyny estetycznej. Ważne, aby wybrać miejsce, w którym zajmie się nami ktoś, kto ma naprawdę duże doświadczenie oraz wiedzę o samych tatuażach. Bo nie wszystko zależy od sprzętu.

Przychodzili do mnie ludzie, którzy wcześniej wydali mnóstwo pieniędzy na sesje wykonywane laserem kosztującym pół miliona złotych. Efekty? Marne. Okazywało się, że znacznie skuteczniejszy był mój sprzęt – wielokrotnie tańszy laser Q- Switched.

Efekty przyjdą szybko?

Wiele zależy od tego, co dana osoba uzna za efekt satysfakcjonujący. Jakieś 99 procent klientów ogranicza się jedynie do rozjaśnienia całości. Na tyle, aby tatuażysta mógł ładniej zakryć dane miejsce nowym wzorem, tzw. coverem.

Sporo osób, które chciały całkowicie usunąć swoją "ozdobę" skóry, po drodze rezygnuje z tego planu. Po prostu uświadamiają sobie, jak długotrwały, bolesny i kosztowny jest to proces. Najgorszy znany mi przypadek: dwa lata zabiegów; tyle zajęło usunięcie tatuażu do zera, biorąc pod uwagę okres gojenia się skóry. Bo zabieg można powtórzyć go dopiero po około dwóch miesiącach Jeśli zrobimy to zbyt szybko, mogą pojawić się blizny.


Trzeba tutaj również wziąć pod uwagę kolor pigmentu, którego użyto to wykonania tatuażu: im ciemniejszy, tym łatwiej go usunąć. Gdy pojawia się ktoś z czarnym wzorem, może liczyć na to, że całość już po pierwszej sesji wyblaknie nawet o połowę.

Najbardziej oporne są tatuaże czerwone, niebieskie, jasnozielone czy żółte, to największy dramat. Miałem przypadki, w których klienci mieli wykonany wzór czarny, na którym był nabity czerwony. Okazywało się, że o ile czerń, znajdująca się pod spodem, znikała błyskawicznie, natomiast czerwień "nie ruszała" się w ogóle.


Wiem, że dżentelmeni nie rozmawiają o pieniądzach, ale...

Jakąkolwiek wstępną wycenę można przygotować na podstawie np. przesłanego zdjęcia, choć najlepiej, jeżeli klient przyjdzie do nas na kawę i będę mógł obejrzeć jego "problem" na spokojnie. W największym przybliżeniu można powiedzieć, że jedna sesja ze wzorem wielkości zaciśniętej pięści to 500 – 600 zł. W klinikach medycyny estetycznej z założenia jest drożej.

Wiemy już, że usuwanie wzoru może być bolesne dla kieszeni. A dla ciała?

Nie owijajmy w bawełnę: to wręcz napie***la. Do czego można porównać odczucia? Wyobraź sobie strzelenie w skórę gumką recepturką, a następnie taki właśnie ból przemnóż sobie wielokrotnie.

Jeżeli ktokolwiek oferujący podobne usługi zacznie ci wmawiać, że nowe generacje laserów są nie tylko coraz skuteczniejsze, ale też całkowicie bezbolesne – kłamie. Nieprzyjemne doznania można zredukować, lecz nie da się wyeliminować ich zupełnie.

Można przyjąć, że im ciemniejszy pigment, tym bardziej bolesny jest ów proces. Wiele zależy również od części ciała, którą część ciała traktujemy laserem, no i próg bólu. Ten ostatni jest kwestią mocno indywidualną, choć z powodów genetycznych mężczyźni mają tutaj znacznie gorzej. W naszym przypadku znieczulenie, które choć trochę zmniejszy cierpienia, jest potrzebne znacznie częściej, niż u pań.


Z powyższych względów ludzie rzucają się na oferty producentów maści, które ponoć usuwają tatuaże...

Skuteczność takich wynalazków włóżmy między bajki. Żaden nie usunie wzoru, może co najwyżej nieco go rozjaśnić. Do tego dochodzi kwestia bezpieczeństwa: widziałem już zbyt wiele osób z bliznowcami powstałymi po stosowaniu podobnych specyfików.

Poza laserem albo chirurgicznym wycięciem fragmentu skóry nie ma skutecznych metod na pozbycie się takich błędów młodości. Uwierz, gdyby na rynku pojawił się ktokolwiek oferujący naprawdę dobrą i bezpieczną maść, zostałby miliarderem. No a ludzie z mojej "laserowej" branży nie mieliby pracy.

Gdy spojrzeć na nasze ulice, powinieneś już zacierać ręce – możesz spodziewać się całego mnóstwa owej pracy.

Cóż, dziś robienie sobie tatuaży stało się wręcz masowe. Polacy – głównie młodzi – zgłaszają się do tatuażystów bez jakiegokolwiek przemyślenia swych decyzji. Tak więc masz rację, za jakiś czas ci ludzie zaczną usuwać swoje wzorki wręcz hurtowo.

Najgorsze, że znaczna część młodzieży zaczyna od tatuaży w miejscach widocznych. Wiesz, żeby był fejm wśród rówieśników, trzeba zacząć od przedramienia szyi albo dłoni.

Boli mnie zwłaszcza popularność tzw. stylu ignoranckiego, czyli hipsterskich wzorów robionych zgodnie z zasadą "im brzydziej, tym lepiej". Dziś takie motywy są szpanerskie, lecz za jakiś czas prawdopodobnie zostaną uznane za obciach porównywalny ze wspominanymi wcześniej trybalami z lat 90.

W ogóle mówimy o temacie bardzo mi bliskim. Mój syn już jako szesnastolatek zaczął suszyć głowę, że chce zrobić piewszy tatuaż. Na szczęście udało się go powstrzymać aż do 21. roku życia.

Jest za to wdzięczny?

Tak, dziś ma 25 lat i jakiś czas temu dziękował, że jednak nie zaczął tej przygody wcześniej. Zdał sobie sprawę, że tamte pomysły na dziary były głupie i nieprzemyślane.

Dlatego pracując w studiu tatuażu sporo czasu poświęcam na rozmowy z młodymi ludźmi, którzy przychodzą, aby wykonać sobie pierwsze wzorki. Nawet z tymi, którzy są nieletni, lecz zgłaszają się z matką albo ojcem.

Rodzice niby wyrażają zgodę na to, aby ich pociecha zrobiła sobie tatuaż przed 18. rokiem życia, choć w ich oczach nierzadko widzę błaganie. Chcą, abym ja – człowiek wytatuowany, czyli bardziej wiarygodny od nich – odwiódł dzieciaka od tej decyzji. Czasami się to udaje.

Najistotniejsze jest uświadomienie młodemu człowiekowi, jak bardzo owej decyzji może później żałować, jak wielki wpływ może mieć na jego życie. Bo nie jest sztuką odmowa na zasadzie "nie zrobimy ci tatuażu, żegnamy", bo taka osoba po prostu pójdzie do innego studia albo co gorsza kolegi, który kupił maszynkę na Allegro.


A jak wielki wpływ na twoje życie miały tatuaże?

Wbrew pozorom podchodziłem do nich w sposób rozważny. Przez czternaście lat pracowałem w branży przemysłowej. Szło mi tam naprawdę świetnie, lecz byłem panem w garniturze, który musi brać poprawkę na akceptowalność tatuaży w pracy.

Dlatego ozdabiałem ciało, konsekwentnie trzymając się tego, że wzory nie mogą wystawać spod kołnierzyka i mankietów koszuli. Ale nie zdajesz sobie nawet sprawy, jak w tym czasie marzyłem o bardziej widocznych tatuażach; śniłem o nich po nocach.

Wreszcie nadszedł dzień, w którym dorosłem do przełomowej decyzji. Postanowiłem wreszcie zmienić swoje życie o 180 stopni: ponad cztery lata temu złożyłem wypowiedzenie i zrzuciłem garnitur.

Gdy przeszedłem do świata tatuaży, w trzy miesiące ozdobiłem dłonie, szyję i głowę. Czy było to działanie zbyt impulsywne i szybkie? Nie, bo właśnie tego chciałem przez wiele dekad, było to pragnieniem tak mocnym, że pod nie ułożyłem życie. Dorosłem do tego, aby spalić za sobą mosty, wiedząc, że nigdy już nie wrócę do pracy w garniturze (śmiech).
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...