"Zarabiam przeciętnie, jeżdżę starym Golfem, wydałem 120 tys. zł na zegarek"

Zegarek Vacheron Constantin w wersji wakacyjnej
Zegarek Vacheron Constantin w wersji wakacyjnej Fot. Facebook.com/groups/vacheron/Anton De Castro
Jakie pieniądze potrafi na swoją pasję wydać prawdziwy zapaleniec? Każde. Gdy wpadłeś w sidła czegoś większego, niż przyziemne hobby, górna granica cenowa po prostu nie istnieje. Zaznaczmy, że nie chodzi tutaj o miliarderów, lekką ręką wydających miliony. Dziś rzecz o ludziach, którzy kochają zegarki tak mocno, że są w stanie poświęcić dla nich naprawdę wiele.


Stefan ma 46-lat i uczy biologii w jednym z górnośląskich liceów. Po godzinach pomaga żonie, która parę lat temu zakończyła karierę nauczycielki i dziś prowadzi niewielki sklep osiedlowy.

14-letnia córka – od ponad dwóch dekad to samo 42-metrowe mieszkanie w wielkiej płycie. Na szczęście już spłacone. Na parkingu osiedlowym zmęczony życiem Volkswagen Golf Plus. Rocznik 2005, wart co najwyżej 11 000 zł.

– Bardzo daleko nam do milionerów, ale jakoś dajemy radę. Pomaga to, że udzielam sporo korepetycji – mówi Stefan. Podkreśla, że nie pije i nie pali, na wakacje jeżdżą do rodziny mieszkającej w okolicach Żywca, wychodzi niemal za darmo.

Dwupokojowe mieszkanie kryje tajną szafkę, własnoręcznie wmontowaną w zestaw mebli z IKEA, w której znajduje się jego największy skarb: zegarek Vacheron Constantin Traditionnelle, kupiony niecałe trzy miesiące temu.

Odkładał na niego kilkanaście lat. Dlaczego aż tak długo? Ten niepozorny, minimalistyczny "garniturowiec" kosztuje bowiem ponad 120 000 zł. Nie chciał egzemplarza używanego; w grę wchodziło wyłącznie lśniące, zupełnie nowe cacko. Zero kompromisów.


– Dopiąłem swego, choć żona od dawna wierci dziurę w brzuchu, że wolne środki lepiej byłoby odkładać na nowy samochód albo zamianę mieszkania na większe. Jednak uszanowała moją pasję i pozwoliła kupić Vacherona – uśmiecha się właściciel arcydzieła szwajcarskiego zegarmistrzostwa.

Zegarek większość czasu spędza w rotomacie. Stefan wyjmuje go od czasu do czasu, aby posłuchać pracy mechanizmu, pokontemplować maestrię wykonania koperty. Na rękę zakłada go okazjonalnie ("Poza domem miałem go na nadgarstku dopiero dwa razy").

Czy choć przez sekundę przemknęło mu przez myśl, że wydanie na zegarek grubo ponad 50 minimalnych polskich pensji to przesada? Odpowiedź słyszę błyskawicznie, bez nawet najmniejszego zawahania.

– Nigdy. To pasja, miłość! A do takich rzeczy człowiek nie potrafi podejść pragmatycznie i obiektywnie. Chociaż zaraz, czym w ogóle jest obiektywizm w takim przypadku? Jako punktu odniesienia mam tutaj użyć podejścia statystycznego Polaka, dla którego drogim jest zegarek za tysiąc złotych? Bez sensu – kwituje człowiek, który po sekundzie podkreśla, że nie interesują go inne formy luksusu.


Dotyczy to zarówno ubrań ("Żona od czasu do czasu kupi mi jakiś nowy element garderoby na wyprzedaży w sieciówce, żebym nie wyglądał jak dziad"), jak i motoryzacji ("Kuzyn jest mechanikiem, tak więc poczciwy Golf jeszcze daje radę, chociaż ma już ponad ćwierć miliona kilometrów przebiegu").


Mój rozmówca podkreśla, że daleko mu do najbardziej ekstremalnych maniaków zegarkowych. Są ludzie, którzy jeszcze bardziej "płyną" finansowo, jeżeli uwzględnić ich zarobki.

– Większość kolegów stawia na budowanie kolekcji. Zbierają czasomierze według jakiegoś klucza, wymieniają się, sprzedają i kupują inne, gdy dany egzemplarz im się znudzi. Ja nie należę do zbieraczy. Oprócz Vacherona w mojej szafce jest tylko "zegarek codzienny", czyli poczciwe Seiko w automacie, warte w tym momencie kilkaset złotych i sprzęt weekendowo-sportowy: Casio G-Shock, kupiony parę lat temu za nieco ponad cztery stówki – mówi Stefan.

Uroki dyskrecji
Dlaczego nie zgadza się wystąpić w naszym materiale podpisany z imienia i nazwiska? Cóż, jak mówi, tutaj kłaniają się polskie realia. Z jednej strony chodzi o naszą mentalność: po prostu jeżeli bliźni posiada coś drogiego, automatycznie wzbudza zawiść, zazdrość i niechęć. Lecz obawy dotyczą nie tylko niemiłych spojrzeń na osiedlu.
– Proszę zrozumieć, pojawia się jakiś tam lęk związany z tym, że ktoś może włamać się do mieszkania albo wręcz napaść mnie na ulicy z powodu wartości zegarka. Dopóki występuję tutaj anonimowo, nikt tego raczej nie zrobi. Czemu? Marek takich, jak Vacheron Constantin, laicy nie kojarzą – klaruje Stefan.

Rzeczywiście, w tym miejscu należy przyznać mu pełną rację. Idąc wieczorem ciemną ulicą znacznie łatwiej "zgubić" niedrogą Certinę, Tissota albo nawet Diesla, czyli tzw. majtkowca, jak pasjonaci określają pogardliwie czasomierze sygnowane przez firmy modowe. Dla drobnych rzezimieszków takie zegarki są markowymi.

– Z takich samych względów zakup zegarka z najwyższej półki nie zawsze jest gwarancją zyskania szacunku nawet "na salonach". Przecież jeżeli ktoś chciałby kupić np. garniturowego Vacherona – nie wspominając o produktach manufaktur znacznie bardziej niszowych i droższych – po to, aby zadawać szyku przy barze w klubie nocnym, tylko wyrzuci pieniądze w błoto – śmieje się Stefan.

Znów w punkt. Osoba taka zyska szacunek wyłącznie wśród niewielkiej grupy pasjonatów, lecz nie zaimponuje dziewczynom stojącym przy owym barze. Te znacznie bardziej docenią posiadaczy czasomierzy o niebo tańszych, choć tworzonych przez rozpoznawalne firmy, jak chociażby Omega i Breitling, albo też lider w tej dziedzinie: Rolex.


Okiem znawców
Co na temat osób takich jak Stefan sądzą ludzie, którzy ze światem najlepszych czasomierzy związali się profesjonalnie? Rozmawiam z Tomaszem Kiełtyką, założycielem i właścicielem portalu o zegarkach luksusowych CH24.PL, który przyznaje, że u całego mnóstwa osób ta miłość rzeczywiście wiąże się z dużymi wyrzeczeniami.

– Pomijam oczywiście ludzi, którzy biorą kredyt na zakup jakiejś szpanerskiej błyskotki, bo to jest słabe. Lecz dla pasjonatów prawdziwego zegarmistrzostwa, zdolnych do mnóstwa poświęceń (mniejszych, lub jak w przypadku Stefana, większych), mam wielki szacunek – mówi Tomasz.

Przyznaje, że jemu również zdarzało się odkładać przez parę lat, aby wejść w posiadanie wymarzonego czasomierza. Jak chociażby w przypadku pierwszego "prawdziwego" zegarka, czyli Omegi Planet Ocean.

– Na wspomnianą Omegę odkładałem dość długo, choć w pewnym momencie okazało się, że było to niepotrzebne. Udało mi się bowiem sprzedać część swojej firmy i gdy tylko otrzymałem pieniądze, od razu pobiegłem po "Planetę". Choć dziś moje zegarkowe zakupy nie robią już wrażenia na żonie, to wówczas musiałem się tłumaczyć i udobruchać ją fajną torebką – mówi ze śmiechem.

– Gdy prawdziwy "freak" zakocha się w jakimś czasomierzu, nigdy nie pomyśli, że ten jest dla niego zbyt drogi. Ja sam nie byłbym w stanie żyć oszczędniej, aby kupić np. świetne auto. Ale jeżeli chodzi o wymarzony zegarek, to zacisnę pasa, odłożę, zaoszczędzę, dorobię, ale dam radę – dodaje Łukasz Doskocz, redaktor naczelny portalu CH24.PL.
Pierwszy przykład z brzegu: w ubiegłym roku wydał na Omegę Speedmaster 26 000 zł (nota bene dziś cena tej limitowanej edycji podskoczyła do ok. 40 000 zł), czyli kwotę dla niego gigantyczną. Inną dumą Łukasza jest TAG Heuer Monza, wart ok. 22 000 zł. Czy kupując te zegarki miał jakiekolwiek opory? Żadnych.

– W tym momencie przypominają mi się osoby takie, jak pewien znajomy: pozbył się naprawdę dobrego samochodu, a w zamian kupił starego Passata. Pieniądze, które zyskał ten sposób, wydał na zegarek Panerai. Jeździł później tym zdezelowanym, obitym "rumplem" i wyglądał jak łach, ale był szczęśliwy, bo na nadgarstku miał coś, o czym marzył. Tak właśnie wygląda prawdziwa pasja – kończy Łukasz.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...