Na ich hitach wychowały się miliony Polaków. Odwiedziliśmy "Fasolki" – wiemy, co robią po latach

Agnieszka Szymańska-Kierlandczyk na sali prób Fasolek
Agnieszka Szymańska-Kierlandczyk na sali prób Fasolek Fot. naTemat
Wychodzę z domu i zaczynam przemieszczać się w stronę Młodzieżowego Domu Kultury im. Władysława Broniewskiego przy Łazienkowskiej. Choć ta podróż zajmuje niecały kwadrans, pozwala mi cofnąć się o całe dekady, do czasów wczesnego dzieciństwa. Trafiam bowiem do siedziby Fasolek, zespołu wokalno-tanecznego, na którego piosenkach wychowywały się miliony osób, dorastających w latach 80. ub. wieku. Na miejscu wita mnie Agnieszka Szymańska-Kierlandczyk, która prowadzi tutaj zajęcia taneczno-ruchowe i tworzy choreografię dla zespołu. Zaraz, zaraz… Czy przypadkiem skądś jej nie kojarzę?!


Rok 1983. Ewa Chotomska (przez całe zastępy polskich dzieci kojarzona jako Ciotka Klotka) i Andrzej Marek Grabowski (do jego alter ego należą słynny Pan Tik-Tak oraz Profesor Ciekawski) postanawiają stworzyć dziecięcy zespół, który będzie występował w programie "Tik-Tak", emitowanym w Telewizji Polskiej.


Do pierwszego składu Fasolek (nazwę, pochodzącą od gamy solmizacyjnej, czyli popularnego "Do-re-mi-fa-sol-la-si-do", wymyślił pan Grabowski) trafia grupa 15 dziewczynek i chłopców, mających już na koncie pierwsze sukcesy artystyczne. Wśród nich znajduje się Agnieszka Szymańska, dziesięcioletnia wówczas laureatka Festiwalu Piosenki Dziecięcej.


Ewa Chotomska i Andrzej Marek Grabowski intensywnie pracują nad tworzeniem tekstów do kolejnych piosenek; wspiera ich kompozytor Krzysztof Marzec, odpowiadający za warstwę muzyczną programu i autor prawie wszystkich przebojów zespołu, który od roku 1986 wciela się w rolę słynnego Pana Tik-Taka.


– Przez krótki czas siedziba znajdowała się w domu kultury przy warszawskiej ulicy Łowickiej, później Fasolki trafiły tutaj, na Łazienkowską, gdzie działają do dziś – relacjonuje pani Agnieszka, pedagog, choreograf i choreoterapeuta, oprowadzając mnie po salach prób.

Zespół staje się wielkim fenomenem w sposób błyskawiczny. Niedługo cała Polska z utęsknieniem czeka na kolejne piosenki grupy, która z czasem zacznie pojawiać się nie tylko w "Tik-Taku", lecz również programach takich, jak "Fasola", "Jedyneczka" i "Budzik".
Fasolki stają się prawdziwą fabryką przebojów: jeżeli urodziłeś się w latach 70. albo 80. ub. wieku, po prostu musisz doskonale znać utwory takie, jak "Myj zęby" (sławetne "Szczotka pasta, kubek, ciepła woda, tak się zaczyna wielka przygoda…"), "Mydło lubi zabawę", "A ja rosnę", "Moja fantazja" albo "Czarownica z księżyca".

– Jak na tamte czasy tworzyliśmy zupełnie nową jakość. Pamięta pan np. "Domową piosenkę", śpiewaną przez Jarka Bułkę? Powstał do niej jeden z pierwszych polskich teledysków – słowa pani Agnieszki wywołują błyskawiczną reakcję: odruchowo zaczynam nucić pod nosem "Każdy ma jakiegoś bzika, każdy jakieś hobby ma. A ja w domu mam chomika, kota, rybki oraz psa"...Siła drużyny
Polska przechodziła kolejne przemiany, a Fasolki działały nieprzerwanie. W zespole pierwsze kroki sceniczne stawiały kolejne pokolenia, niektóre z tych osób zaczęły później występować w serialach i filmach; z "młodszej kadry" można tutaj wspomnieć chociażby Monikę Mrozowską, Anetę Zając i Joannę Jabłczyńską.

– Na przestrzeni owych 36 lat pewne rzeczy pozostały niezmienne. W Fasolkach zawsze kładziono ogromny nacisk nie tylko na rozwój muzyczno-ruchowy, lecz także na uczenie dzieci odpowiedzialności. Nie tylko za siebie, lecz i za młodszych, mniej doświadczonych i bardziej nieśmiałych kolegów. To doskonała szkoła życia, która daje dzieciakom nie tylko świetne przygotowanie do występów czy bycia liderem np. w szkole, lecz także do bycia człowiekiem dobrze zorganizowanym, empatycznym wrażliwym na potrzeby innych – podkreśla moja rozmówczyni, dodając w tym miejscu bardzo istotny szczegół.

Otóż w opiekunowie zespołu zawsze bardzo konsekwentnie unikali "produkowania gwiazd".

Czasem światła jupiterów zaczynają wywoływać w młodych ludziach przerost ego. W takich przypadkach pojawia się potrzeba rozmowy z dziećmi i rodzicami, po czym wszystko wraca do normy.

– W naszym zespole podstawą jest równowaga i współdziałanie, absolutnie każdy członek grupy ma udział w jej sukcesach, uczy się, że bierze udział w "grze zespołowej". Tu nie ma miejsca na uderzającą do głowy "sodówkę" – zaznacza pani Agnieszka.
Dziś nazywa się to fejmem
Skoro o sukcesach mowa... Jak na ogólnopolską karierę zareagowali rówieśnicy pani Agnieszki?

– W zespole występowała również moja siostra. Żadna z nas nie rozmawiała zbyt często na temat Fasolek z koleżankami i kolegami w szkole. Ani oni, ani nauczyciele jakoś szczególnie nie gloryfikowali naszej "kariery". Choć nie miałyśmy do czynienia z przejawami jakiejś wielkiej zawiści, to zdarzało się sporadycznie, że ktoś szeptał za naszymi plecami uszczypliwie "o, dziewczyny znów jadą na tournée" – wspomina swą rozpoznawalność pani Agnieszka.

Pamięta tylko jedną trochę nieprzyjemną sytuację: gdy pewnego razu poszła na lodowisko z dziadkiem, jakieś dziewczynki zaczęły pokazywać ją sobie palcami ("To jest ta z »Tik-Taka«"), po czym pchęły na bandę…

– Wydarzenie miało szczęśliwy finał, bo jedna z owych dziewczynek jest dziś moją przyjaciółką. Szorstki początek wielkiej przyjaźni z Sabiną – wspomina choreograf.

Jednak zdecydowana większość reakcji była pozytywna; od wyrażania sympatii na ulicy, aż po morze listów do Fasolek, przysyłanych z całego kraju na adres MDK.

Grupa utrwalała swoją pozycję nie tylko przy pomocy telewizji. Nagrywała także płyty, które rozchodziły się w potężnych nakładach oraz dawała mnóstwo występów. Od koncertów w PRL-owskich zakładach pracy, poprzez filharmonie i teatry, aż po wielkie sale koncertowe.

– Pamiętam szczególnie występy w poznańskiej Arenie. Obchodziliśmy tam swój pierwszy jubileusz i piąte urodziny "Tik-Taka". Widowisko "Dziecko potrafi" było gigantycznym przedsięwzięciem, w którym brała udział także orkiestra Zbigniewa Górnego, no i świętej pamięci Władysław Komar w roli wielkiego krasnoluda. W ciągu tygodnia zagraliśmy łącznie 21 spektakli, po trzy dziennie – opowiada Agnieszka Szymańska-Kierlandczyk, zapewniając, że nie było mowy o jakimkolwiek przeeksploatowywowaniu nieletnich artystów.

Dzieciakom wciąż pozostawało mnóstwo energii. Po koncertach niemal roznosiły luksusowy poznański hotel Orbis Polonez, w którym zostały ulokowane.Sukces dziś
– Choć Fasolki zniknęły z telewizji, to doskonale dają sobie radę bez niej, zespół pozostał obecny w świadomości Polaków. I nie chodzi tu wyłącznie o sentyment ze strony osób pamiętających nasze pierwsze dokonania. Wciąż wydajemy płyty z nowym repertuarem, gramy dziesiątki koncertów rocznie, z powodzeniem trafiając do współczesnych dzieci – podkreśla choreograf.

Na czym polega ów fenomen? Ponoć przepis nie zmienił się od dekad: największą siłą zawsze były naprawdę dobre piosenki; wpadające w ucho i doposażone w świetne teksty, które opowiadają o świecie dzieci językiem prostym, lecz zarazem literacko dopracowanym.

Co ważne, nikt nie stara się unowocześniać zespołu na siłę, gonić ślepo za trendami. Szukając porównań: Fasolki mają cieszyć tak, jak proste zabawy dziecięce sprzed lat.

– To tak, jak ze skakanką, gumą do skakania czy hula hop albo spędzaniem czasu z rówieśnikami na podwórku, przy trzepaku: wie pan, że przychodzą do nas dzieci, które nawet nie znają takich form spędzania wolnego czasu? Są zatopione w świecie rozrywki cyfrowej… Jednak po pokazaniu alternatyw dla siedzenia przed komputerem – prostych zabaw w grupie koleżanek i kolegów – okazuje się, że bardzo im się to podoba – mówi pani Agnieszka.

Sztuka przetrwania
– Działalność zespołu w latach 80. ubiegłego stulecia była zadaniem naprawdę niełatwym; i twórcy, i nasi rodzice musieli wykazywać się potężnymi pokładami kreatywności – zasłuchuję się w opowieści na temat spraw, które zrozumieją jedynie osoby pamiętające czasy komunizmu.

Kostiumy sceniczne? Trzeba było je szyć we własnym zakresie, choć bardzo często nie było z czego. Gdy Ewie Chotomskiej udało się nabyć partię wielkich bawełnianych koszulek z długimi rękawami, zostały one przerobione w sposób następujący: z części górnych szyto bluzeczki, a z dolnych spódniczkami. Rękawy zostały przerobione na getry.

Tenisówki? Zbyt częste pranie nie wchodziło w rachubę – w ten sposób obuwie niszczyłyby się szybciej, a przecież nie wiadomo, kiedy znów "rzucą" je do sklepów. Tak więc aby zachować śnieżną biel podeszw, malowało się je… pastą do zębów.
W jaki sposób "organizowało" się różnokolorowe rajstopy? Za bazę służyły wersje białe – jedyne dostępne na polskim rynku – które następnie były farbowane; ręcznie, w garnkach, często gdzieś w hotelach, podczas wyjazdów.

– Nie było utrwalaczy koloru, więc chodziłyśmy później z nogami pobrudzonymi na żółto, czerwono, zielono czy niebiesko nogi. Ale liczyło się wyłącznie to, że osiągnięty został główny cel: występy Fasolek zapewniały radość, wprowadzały wesołe kolory do życia osób, których dzieciństwo przypadło na smutne, szare i siermiężne lata 80 – wspomina jedna z pierwszych trendsetterek.

Pamiętajmy bowiem, że zespół wykreował całe mnóstwo ówczesnych mód, jak chociażby legendarną fryzurę na cebulę. Spięte frotkami, ustawione pionowo kucyki nosiły wzorem Fasolek miliony dziewczynek; od Zakopanego, po Gdańsk.

Nie można też zapomnieć o charakterystycznych, kultowych już okularach Krzysia Tik –Taka.
Historia kołem się toczy
– W zespole Fasolki występowałam niecałe cztery lata. Decyzję o odejściu podjęłam sama, wyrosłam z tego. W pewnym momencie zaczęłam rozumieć, że choć kocham śpiew i taniec, to na poważnie chcę poświęcić się temu drugiemu. Taniec to moja wielka pasja, która stała się moim sposobem na życie, zawodem, który daje mi mnóstwo satysfakcji – opowiada pani Agnieszka.

Pół roku po ukończeniu liceum ogólnokształcącego – podczas którego uczęszczała intensywnie na prywatne lekcje tańca – wzięła udział w audycji (czyli czymś, co dziś nazywa się castingiem) do spektaklu "Pan Twardowski" w Teatrze Komedia. Przez gęste sito przeszło osiem osób, w tym ona.

– W Teatrze Komedia przepracowałam ponad 10 lat. I choć mojej aktywności scenicznej nie zakończyło nawet paskudne złamanie nogi, po którym spędziłam rok w gipsie, to wiedziałam, że kariera tancerki nie trwa długo. Punktem zwrotnym okazał się rok 1998 – mówi choreograf, przechodząc do pewnego zdarznia. Otóż w Komedii, po premierze spektaklu "Pierścień i róża", w którym tańczyła, spotkała Andrzeja Marka Grabowskiego,

Ten zaproponował jej opracowanie części choreografii do przedstawienia z okazji piętnastolecia Fasolek. Wyszło świetnie, tak więc po owym jubileuszu 25-letnia wówczas Agnieszka otrzymała propozycję pracy w zespole będącego częścią jej dzieciństwa.

W pracy wspiera ją nauczycielka śpiewu i znakomita harfistka Natalia Dymarska, z którą opracowały autorski program pozwalający w krótkim czasie przygotować dzieci do pracy na scenie.

– Oprócz rzetelnej i dostosowanej do wieku dzieci edukacji muzyczno-ruchowej uwzględniamy w nim rzeczy, o których dziś często się zapomina: odpowiedniego trzymania mikrofonu, szacunku dla stroju scenicznego i rekwizytów, lecz przede wszystkim szacunku do widza )okazywanego również poprzez odpowiedni kostium sceniczny, czyste buty). No i tego, że artysta nigdy nie może popadać w rutynę – mówi nauczycielka tańca Fasolek.

Do tego wszystkiego dochodzi również dbałość o kwestie nie związane bezpośrednio z występami scenicznymi. Tutaj za wzór służy Ewa Chotomska, czyli osoba "zarówno bardzo ciepła i życzliwa, jak i wymagająca; również w kwestiach pozaartystycznych".

– Ewa zawsze starała się o to, aby dzieci występujące w Fasolkach nabrały ogłady towarzyskiej. Chodzi tu zarówno o umiejętność zachowania się przy stole, odpowiedniego korzystania ze sztućców, jak i wpajanie nawyku mówienia "dzień dobry", "dziękuję" i "do widzenia". Czyli rzeczy z pozoru oczywistych, lecz coraz częściej zapominanych – podkreśla pani Agnieszka.Końca nie widać
Próby na Łazienkowskiej odbywają się dwa razy w tygodniu, we wtorki i piątki. Najpierw dzieci biorą udział w zajęciach wokalnych, później tanecznych, każde po 45 minut.

Do zespołu wciąż trafia nowy narybek, optymalny wiek na debiut w Fasolkach to 6 lat. Jakie cechy muszą spełniać przyszli artyści? Na pewno bardzo istotne są dobry słuch, poczucie rytmu i koordynacja ruchowa. Wszystkich predyspozycji nie da się oczywiście sprawdzić na etapie wstępnej selekcji, wiele rzeczy wychodzi dopiero "w praniu".

Podczas kolejnych spotkań opiekunowie bardzo uważnie przyglądają się kwestii kluczowej: czy dane dziecko naprawdę marzy o śpiewie i tańcu.

– Czasami okazuje się, że wolałoby grać w piłkę bądź rysować, a do nas trafiło dlatego, że jego rodzice zaplanowali mu taką, a nie inną karierę. To ślepa uliczka. Chciałabym, aby każda "Fasolka" miała wspomnienia równie wesołe i kolorowe, co ja. Widzi pan, świat się zmienia, młodzi ludzie dorastają coraz szybciej. Natomiast my chcielibyśmy, aby nasi podopieczni potrafili cieszyć się dzieciństwem jak najdłużej – kończy towarzyszka mojej podróży do czasów młodości.

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...