Tańczy, tworzy choreografie, a polskiego nauczył się sam. Tancerz z Teneryfy robi w Polsce karierę

Santi Bello to tancerz, pochodzący z Teneryfy, który zdecydował się robić karierę w Polsce Fot Archiwum prywatne
Kiedy w 2012 przyjechał na Erasmusa z Teneryfy do Białegostoku, nie przypuszczał, że w Polsce zostanie na dłużej. Dziś Santi Bello mieszka w Warszawie i jest jednym z najbardziej rozchwytywanych tancerzy i choreografów w naszym kraju. Czy wiąże swoją przyszłość z Polską?


Santi to petarda. Chciał zawodowo tańczyć - dziś możemy oglądać go na deskach najlepszych teatrów muzycznych. Pragnął się rozwijać - rozpoczął przygodę z choreografią i reżyserią. Postanowił pracować na swoje nazwisko w Polsce - samodzielnie nauczył się polskiego. Od takich ludzi każdy z nas może uczyć się determinacji i wiary w siebie. Dla niego nie ma rzeczy niemożliwych.


Z Teneryfy do Białegostoku. Jak to się stało, że życie zawodowe związałeś z Polską?

Santi: Studiowałem architekturę i 7 lat temu dostałem się na Erasmusa. Miałem małą przerwę w tańcu, który trenowałem od dziecka, więc postanowiłem skończyć studia.

Trafiłem do Białegostoku i na początku nie planowałem trenować, ale miałem sporo czasu wolnego i tak się złożyło, że w mieście odbywały się akurat przesłuchania do spektaklu "Upiór w operze”. Dostałem się do obsady jako solista.

Prowadziłem też zajęcia w białostockim studiu tańca i występowałem w grupie Karoliny Garbacik. Zrobiliśmy razem kilka produkcji i wtedy zacząłem się zastanawiać czy nie zostać w Polsce na dłużej, ale po Erasmusie wróciłem do domu, na Teneryfę.

Po "Upiorze...” dostałem propozycję, aby stworzyć choreografię do spektaklu Broadway Exclusive w warszawskim Teatrze Rampa. Byłem ciekaw, więc przyjąłem tę ofertę i potem już zamieszkałem w Warszawie na stałe.



Przyjeżdżając do Białegostoku zdawałeś sobie sprawę, że u nas to miasto kojarzy się z tańcem? Mnóstwo uczestników tanecznych programów w telewizji pochodziło właśnie stamtąd.

W ogóle nie zdawałem sobie z tego sprawy. To wszystko było niespodzianką, myślałem, że trafiłem na sam koniec Polski, a okazało się, że to mekka tancerzy. Byłem w szoku!

Coś jeszcze zaskoczyło cię po przyjeździe do Polski?

Za dużo nie wiedziałem o Polsce - ani o kulturze, ani o społeczeństwie. Mieszkałem wcześniej w kilku miastach i po przyjeździe do Białegostoku na początku czułem się trochę, jakbym cofnął się o kilka lat.


Musiałem się przystosować, co trwało około roku. Jest tam zupełnie inaczej niż w Hiszpanii - zarówno, jeśli chodzi o mentalność i charakter ludzi, jak i sprawy prozaiczne, jak oczywiście pogoda.

No i język! Mówi się, że to jeden z trudniejszych na świecie, tymczasem Ty nauczyłeś się go kompletnie sam…

Język jest rzeczywiście bardzo trudny, ale skoro tu mieszkałem, musiałem się go nauczyć, nie było innej opcji.

Miałem pracę w Warszawie i okazało się, że aktorzy słabo mówili po angielsku. Jako choreograf musiałem się przecież jakoś z nimi komunikować. Dużo słuchałem, czytałem scenariusze i po roku zacząłem już sporo rozumieć.

I naprawdę nie chodziłeś na żadne kursy?

Naprawdę! Bylem trochę jak dziecko, które uczy się pierwszych słów. Po kilku latach zaczynałem trochę mówić, ktoś mnie poprawił i powolutku, powolutku zaczynałem porozumiewać się coraz lepiej. Znajomi i przyjaciele bardzo mi pomagali.

Masz w Polsce wielu przyjaciół, ale czy zdarzyły ci się jakieś nieprzyjemne sytuacje? Polska często jest postrzegana jako kraj niechętnie nastawiony do obcokrajowców

Miałem kilka niefajnych przypadków w Białymstoku, ale to chyba zdarza się w każdym kraju. Szczególnie kiedy ludzie są po alkoholu i widzą kogoś o innym kolorze skóry. Ja też nie do końca wyglądam na Hiszpana, mam dosyć arabskie rysy. Zdarzają się zatem pewne incydenty, ale z drugiej strony poznałem mnóstwo przepięknych i dobrych ludzi.

Zauważyłem, że u Polaków to działa tak, że na początku jesteście bardziej zamknięci, ale kiedy już lepiej kogoś poznacie, stajecie się prawdziwymi przyjaciółmi, zawsze można na was liczyć.

To nawet silniejsze więzi niż w Hiszpanii, bo u nas jest na odwrót - od początku jesteśmy otwarci i pozytywnie nastawieni, ale jak coś pójdzie nie tak, pojawią się problemy - często nie potrafimy się wspierać i przyjaźnie umierają.
A porównując Białystok i Warszawę - gdzie czujesz się lepiej?

Jeśli chodzi o samo życie to rzeczywiście bardziej podoba mi się w Warszawie, jest zupełnie inaczej.

Jednak w kwestiach tanecznych, muszę powiedzieć, że Białystok i Warszawa są na tym samym, bardzo wysokim, poziomie. Zresztą jedna z najlepszych produkcji - „Doktor Żywago” - jaką miałem szansę zobaczyć miała miejsce właśnie w Białymstoku. W Polsce jest naprawdę bardzo wielu utalentowanych ludzi.

Wspomniałeś że studiowałeś architekturę. Czy to w jakiś sposób może pomagać w tańcu?

Tak, bardzo mi to pomaga. Każdą choreografię robię tak, jak uczono mnie projektować. Zarówno architektura, jak i taniec to dziedziny sztuki. Najpierw jest pomysł, później wybieramy i wykorzystujemy odpowiednie narzędzia do jego realizacji.

Choreografia to ciało, ciało poruszające się w pewnej scenografii, przestrzeni. Podobnie jak w architekturze trzeba dobrze tę przestrzeń zagospodarować.

Tańczysz, tworzysz choreografię do spektakli i programów telewizyjnych. Co dalej? Jaki jest kolejny cel, który chciałbyś zrealizować?

To nie wszystko. Miałem też szansę współreżyserować spektakl "Jesus Christ Superstar” i reżyserować "Twist and Shout”, a także galę Festiwalu Muzyki Filmowej w Krakowie. Myślę, że właśnie reżyseria to coś, w czym chciałbym działać i się rozwijać, bo kiedy jedna osoba jest reżyserem i choreografem jednocześnie, spektakle zyskują zupełnie inną jakość.

Chciałbym też więcej pracować w telewizji. Mam przygotowanych kilka projektów, ale wiadomo - jeśli realizujesz coś, jako osoba publiczna, rozpoznawalna - jest ci łatwiej dotrzeć do ludzi.

Czasem to nie ma racji bytu, niektóre zespoły taneczne występujące w telewizji wcale nie są najlepsze, a jednak przez widzów za takie są uważane. Telewizja to telewizja, tak to działa. Powiedzmy sobie szczerze - liczą się też znajomości.

Ale w środowisku jesteś coraz bardziej rozpoznawalny i doceniany. Ostatnio zostałeś nominowany do polskich nagród dla tancerzy i choreografów

Tak, rok temu byłem nominowany w kategorii najlepszy tancerz w Teatralnych Nagrodach Muzycznych im. Jana Kiepury, ale niestety nie udało mi się wygrać. Tym razem wyróżniono mnie w kategorii choreograf roku. Wyniki za trzy miesiące, ale trudno mi powiedzieć czy mam szansę.

Sztuka jest odbierana bardzo subiektywnie, więc wszystko zależy od gustu osób, zasiadających w jury. To trochę loteria. Jest też bardzo duża konkurencja, a każdy z nominowanych zajmuje się trochę innym stylem tańca i choreografii - od baletu po musical. Obiektywnie trudno to porównywać.
Poza polskimi teatrami wciąż pracujesz też przy produkcjach hiszpańskich, łatwo to połączyć?

Współpracuję przy spektaklach wystawianych na Teneryfie, jednak ze względu na inne zobowiązania już coraz mniej. Mam tutaj tyle pracy, że niektórych propozycji po prostu nie mogę przyjmować.

Żałuję, bo musiałem odmówić choćby stworzenia choreografii do "Evity” czy "Chicago”, o czym marzę od zawsze. Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się zrealizować to tutaj, w Polsce.

Moim największym marzeniem jest stworzenie choreografii "West Side Story”, myśle, że jestem do tego najlepszym kandydatem (śmiech). Jestem Hiszpanem, mam korzenie z Ameryki Południowej. To bardzo trudny musical - zarówno pod względem tanecznym, jak i muzycznym.

Myślisz czasem o powrocie na Teneryfę?


Na razie jeszcze nie. Polska otworzyła przede mną wiele możliwości i pięknie się to wszystko rozwija. Chciałbym na razie tutaj pracować na moje nazwisko, pokazać mój potencjał. Czuję i wiem, że mogę pokazać więcej. Sprawić, że taniec w Polsce będzie rozwijał się jeszcze lepiej i jeszcze szybciej.

Myślę, że w przedstawieniach czasem warto pokazywać też tematy kontrowersyjne - taniec to sztuka, a sztuka ma być czymś więcej niż tylko ładny obrazek, ma mieć przekaz. Przekaz, który czasem bywa trudny, ale trafia do widza. Czasem o tym zapominamy.

Przyszłość wiążesz z Polską, ale pewnie masz takie momenty, kiedy po ludzku tęsknisz za domem…

Jasne, zwłaszcza, że dostać pracę jako choreograf w Polsce wcale nie jest łatwo. Tutaj - przy tworzeniu spektaklu - liczy się, aby reżyser był znany, choreograf jest taką postacią drugoplanową.

Dlatego, jeśli chcesz pracować, najpierw musisz poznać wielu reżyserów, którzy być może polubią twoją pracę i wtedy możesz liczyć na propozycje i angaż. Ja sam zresztą więcej razy dostałem pracę, dlatego że ktoś z branży wspomniał o mnie komuś innemu, a nie dlatego, że wysłałem CV czy nagrania swojej pracy.
Można powiedzieć, że rola reżysera jest zatem uznawana za ważniejszą niż rola choreografa?

Coś w tym jest. A muszę powiedzieć, że często bycie choreografem jest trudniejsze niż reżyserowanie. Obie te osoby potrzebują ogromnej wyobraźni, ale reżyser daje życie scenom, do których ma napisany tekst, w choreografii tego nie mamy. Oczywiście scenariusz i dominujące w nim emocje są dużą wskazówką, ale to zupełnie co innego.

Chciałbyś zmienić to myślenie?

Na pewno. Myślę, że choreografowie i tancerze zasługują, aby być bardziej zauważanymi. Pamiętajmy, że choreograf tworzy, ale sam nie tańczy. To niezwykle trudne pokierować cudzym ciałem tak, aby wyglądało to dokładnie tak, jak wyobrażasz to sobie w głowie albo tak, jak sam byś to zrobił. To bardzo stresujący element pracy.

Zawsze jesteś zadowolony z efektu końcowego?

Nie. Chyba nigdy nie jestem do końca zadowolony. Zawsze bardzo mi się podoba to, co widzę, jednak dostrzegam też rzeczy, które mogłyby być zrobione lepiej, co zresztą pozwala mi się rozwijać, jako twórcy.

Czasem mamy też po prostu bardzo mało czasu na dopracowanie choreografii - w przypadku "Jesus Christ Superstar” był to niecały miesiąc!

To "niezadowolenie”, o którym mówisz to podobno cecha prawdziwych artystów



Tak się mówi i coś w tym jest. Nie można spocząć na laurach. Warto nad sobą pracować, bo przecież zawsze może być lepiej.