Aktor, któremu na bank się udało. Lech Dyblik o tym, jak odbić się od dna i... ganiać Johna Malkovicha [wywiad]

Lech Dyblik jako "Chudy" w filmie "Na bank się uda"
Lech Dyblik jako "Chudy" w filmie "Na bank się uda" Fot. mat. prasowe
Mistrz drugiego planu, którego filmografia obejmuje m. in. "Krolla", "Psy 2. Ostatnią krew, "Kilera", "Ogniem i mieczem", "Pana Tadeusza", "Świat według Kiepskich" oraz (niemal wszystkie) filmy Wojciecha Smarzowskiego. Niedawno na ekrany kinowe trafiła komedia kryminalna "Na bank się uda", gdzie – u boku Mariana Dziędziela i Adama Ferencego – wciela się w jednego z trzech starszych dżentelmenów, którzy postanowili pobawić się w kotka i myszkę z wymiarem sprawiedliwości. Panie, panowie: oto Lech Dyblik.


Ile zakładów karnych ma pan na koncie?

Odwiedziłem przynajmniej trzydzieści kryminałów. Jeszcze sporo przede mną, bo w Polsce jest ich około setki. Kiedyś robiłem to sporadycznie, a obecnie coraz częściej, bo zrozumiałem, że to mój obowiązek.

Śpiewam tam rosyjskie "błatnyje" pieśni i opowiadam o różnych trudnych momentach swojego życia, ponieważ jest ono najlepszym dowodem na to, że można wyjść nawet z najgorszego bagna. A perspektywa jest kusząca – życie dobre i pełne satysfakcji.

Jestem alkoholikiem, człowiekiem, który krzywdził siebie i własną rodzinę. Dotarłem na dno. W czasie terapii odwykowej zrozumiałem, że ludzie, których ten problem dotyczy, nie potrafią o tym mówić.

Dlatego też zacząłem mówić o tym publicznie, by pokazać, że jeśli przyznasz się do swojej słabości, nie ubywa ci ani na poczuciu własnej wartości, ani poczuciu godności.

Po prostu pokazuję jak krowie na granicy, że można o tych trudnych sprawach rozmawiać i nic się nie dzieje.

Jak odbiera pan te miejsca?

W polskich kryminałach zaskoczyła mnie elegancja. Ochrona odnosi się do skazanych z szacunkiem, a z kolei ci mają w sobie coś z arystokratów – dobre maniery, takt. Szczególnie ci z najdłuższymi wyrokami.

Kilka lat temu w jednym z kryminałów spotkałem się z mordercami – na sali było ich dwudziestu paru. Widziałem przed sobą mądre, wrażliwe twarze. Gdy skończyłem, jeden z nich wstał i spytał ochroniarza, czy może wręczyć mi ikonę Chrystusa Pantokratora, namalowaną na drzwiczkach od szafki.


Ochroniarze pozwolili i stało się coś przedziwnego: w momencie, gdy on wręczał mi tę ikonę, wszyscy wstali. Była w tym powaga i szacunek. Wypadło trochę głupio, bo poleciały mi łzy.

By się tam znaleźć, czasami wystarczą dwie sekundy. Zła decyzja, a później efekt domina, sypie się całe twoje życie.

Zdarzyło się być bliskim podjęcia takiej właśnie złej decyzji?

Powiem tak: co ciekawe, chociaż w tamtych czasach całe moje życie było w ruinie, to wszystkie rzeczy związane z alkoholem, organizowałem po mistrzowsku.

W latach 80. zdobywanie wódki nie było tak łatwe, jak dziś. Miałem na to sposób: rano szedłem do budki telefonicznej i dzwoniłem do wszystkich knajp, które zamierzałem tego dnia odwiedzić. Kiedy tam przychodziłem, moje flaszki już czekały.

Do jednego muszę się przyznać: w latach 80. z powodu picia odebrano mi prawo jazdy.

Dziś na imprezach, na których czasami bywam, jestem czujny i obserwuję, czy ktoś ze znajomych nie próbuje wsiąść po pijanemu za kierownicę.

Bardzo często takich ludzi odwożę do domu osobiście, w zasadzie to chyba jestem bezcenny: trzeźwy 24 godziny na dobę.

Chociaż w sumie nie lubię imprez, dla mnie to już strata czasu – miłe słówka, komplementy to puste kalorie.

Pańskie trzeźwienie było ściśle związane z przewartościowaniem wielu spraw, powiedzmy otwarcie: z nawróceniem. Ludzie wierzący to rzadkość w świecie aktorskim, czy były jakieś przejawy ostracyzmu?

Nie, nigdy. Pewnie dlatego, że jedno na swej drodze zrozumiałem: nie mam prawa nikomu machać palcem przed nosem i mówić, jak ma żyć.

Mam natomiast pełne prawo mówić o obecności Boga w moim życiu i jak bardzo dzięki niemu to życie się zmieniło.
A można by konkretniej?

Dzieje się coś, czego bym nigdy nie wymyślił, na przykład współprowadzę rekolekcje w czasie Adwentu i Wielkiego Postu, zdarza mi się zastępować księdza podczas homilii.

Oczywiście nie głoszę kazań, lecz jedynie opowiadam o swoim życiu i nawróceniu. Mówię o tym, że punktem dojścia jest ciekawe i pełne satysfakcji życie.

Mam na to dowód – uśmiechnięte buzie mojej żony i dzieci. A kiedyś nie potrafiliśmy nawet zjeść wspólnie obiadu, awantura była już przy zupie.

Przez wiele lat czułem się niedoceniony zawodowo. Nie mogłem zrozumieć, dlaczego ludzie, którzy mnie otaczają, nie widzą, że jestem człowiekiem wybitnym.

Andrzej Grabowski, z którym znam się od czterdziestu lat bardzo lubi pokazywać, gdzie jest moje miejsce. Gdy kiedyś pochwaliłem się, że kupiłem sześcioletnie Volvo z napędem na cztery koł, on odpowiedział: "Dyblik, u mnie wymiana opon kosztuje więcej".


Doszedłem do punktu, w którym wiem, że do szczęścia wystarczy naprawdę niewiele. Chociaż niewiele się zmieniło, ciągle gram głównie jakieś epizody albo czasami role drugoplanowe, robię to z radością i czuję się spełniony zawodowo. Jestem wdzięczny Bogu, że mam pracę i mogę utrzymać rodzinę.
Nie pojawiają się myśli typu: "gdyby nie nałóg, mógłbym dziś być gwiazdą pierwszoligową"?

Zabrzmi to dziwnie, ale uważam, że alkoholizm jest najlepszą rzeczą, jaka mogła mnie spotkać. Bez upadku i bez mozolnego porządkowania życia nie byłbym tym człowiekiem, którym jestem.

Z dzisiejszej perspektywy na wszystko patrzę spokojnie i racjonalnie: ot, życie potoczyło się tak, a nie inaczej, więc bez sensu jest myślenie na zasadzie "co byłoby, gdyby".

Jedno wiem z całą pewnością: nie jestem najważniejszy na świecie. Przestałem udowadniać, że jestem niezwykły, polubiłem to, że jestem zwyczajny.

Poczucie własnej wartości mam już ustabilizowane. By polubić siebie, czasami wystarczą proste rzeczy – pościelić łóżko, pozmywać naczynia albo ułożyć ciuchy w szafie.

Wracając do aktorstwa – jest pan jednym z ulubionych aktorów Wojciecha Smarzowskiego, pojawił się we wszystkich jego filmach… oprócz "Kleru".

Tak, to prawda.

Zbieg okoliczności, czy kwestia różnic światopoglądowych?

Proszę sobie wybrać.Zagrał pan natomiast w filmie "Klecha", opowiadającym o życiu i prześladowaniu księdza Romana Kotlarza...

... tak, to prawda. Gram proboszcza z Młodocina.

Czy naprawdę ma to być odpowiedź na "Kler" Wojciecha Smarzowskiego?


Nie wiem, zobaczymy.

Przeciąga się także wejście na ekrany "Doliny Bogów" Lecha Majewskiego, gdzie wystąpiły sławy takie, jak Josh Hartnett, John Malkovich i Charlotte Rampling. Na planie dotknął pan atmosfery Hollywoodu?

W pewnym stopniu tak. Przez całą noc ganiałem Malkovicha po Wrocławiu. Oczywiście miałem wielką ochotę z nim pogadać, ale myślę, że nie był to właściwy moment.

Byliśmy zmęczeni, nie chciałem chłopu głowy zawracać. Ograniczyliśmy się do kurtuazji – on powiedział, że jest John, ja powiedziałem, że jestem Lech, no i gitara. Po paru godzinach pracy zapytał "are you OK"? Odpowiedziałem, że "OK"… no i tyle.

W obecności wielkich gwiazd nie tracę rozumu, umiem sobie to zracjonalizować – są tylko trochę bogatsi, trochę sławniejsi i wiem, że na bank nie będziemy razem spędzać najbliższych świąt Bożego Narodzenia.

Nigdy też nie proszę o wspólne fotki innych aktorów, nie chcę grzać się w blasku ich sławy. Poczekam, aż to oni będą chcieli się ogrzać przy moim boku. Lubię ekstrawagancję.

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...
0 0O pracy w tym miejscu marzą setki osób. Tylko oferta dla stolarza wzbudziła drwiny
Bella Happy Pants 0 0Mniej powodów do zmartwień. 5 gadżetów – twoje dziecko będzie bezpieczniejsze
0 0Powiedzieli "sprawdzam". Oto, co się stało ze 100 obietnicami partii Kaczyńskiego
0 0Przestajemy wierzyć, że może być inaczej. Polacy wiedzą, kto wygra wybory
WYBORY2019 0 0Pozwolił powiesić plakaty kandydata PiS i teraz żałuje. "Popełniłem błąd i właśnie za niego płacę"
0 0Parodiował niepełnosprawnych? Pszoniak: Trzeba się puknąć w głowę!