Alfabet Remigiusza Mroza. Tylko u nas: mistrz suspensu zdradza swoje sekrety od A do Z (dosłownie)

Fot. Mikołaj Starzyński/ Czwarta Strona
Sądzisz, że na temat Remigiusza Mroza wiesz już absolutnie wszystko? Błąd. Dziś pisarz zdradza, jak szkodliwe dla jego zdrowia bywały spotkania z kibicami sportowymi, mówi o składaniu autografów na dekoltach fanek, gadżetach, robieniu sobie jaj z tematów tabu, melodyjnym death metalu ze Skandynawii oraz tym, jak reaguje na literaturę erotyczną i dlaczego nie powinno się z nim witać, używając zwrotu "witam". Na dokładkę: polityka, polskie kabarety, tequila, yerba mate, Opole i Warszaw(k)a oraz to, czy planuje zakończenie kariery literackiej na rzecz... tworzenia stałej rubryki w naTemat.


A jak ambicje

Podbicie zagranicznych rynków. Nie jako samotny okręt, ale jako element wielkiej polskiej flotylli kryminalnej. Naprawdę sądzę, że możemy zrobić to, co niegdyś Skandynawowie – w dodatku nie jestem w tym przekonaniu osamotniony.

Jakiś czas temu dostałem dwie propozycje ekranizacji z USA, co samo w sobie było kompletnie abstrakcyjnym przeżyciem, i kiedy spotkałem się z jedną z wytwórni i spytałem, o co właściwie chodzi, usłyszałem ni mniej, ni więcej, że nadchodzi czas Europy środkowo-wschodniej.

Osoby obserwujące globalne trendy są bowiem przekonane, że to my będziemy kolebką kolejnych hitów – bo nie dość, że stać nas na fabularne innowacje, to jeszcze nasza rzeczywistość jest dla amerykańskich odbiorców czymś świeżym. Oprócz tego… jest u nas po prostu taniej.

B jak błąd 

Mam wybrać tylko jeden? Było ich pewnie tyle, że przy moim zamiłowaniu do pisania, powinienem popełnić na ten temat całą książkę. Były to jednak głównie małe błędy, których konsekwencje nie wykoleiły mnie z toru, na którym się znajdowałem. Raczej standardowe potknięcia albo sytuacje, które przydarzają się nie tylko mnie w młodym wieku.


Od prowadzenia auta na długiej trasie przy skrajnym zmęczeniu, przez pływanie we wzburzonym morzu przy dużej cofce, aż po drapanie się na zaśnieżony Zawrat przy pogodzie sprawiającej, że tylko prawdziwi durnie zostają na szlaku. Każdą z tych rzeczy zrobiłem raz – i o raz za dużo. Ale dzięki takim rzeczom docenia się potem swój żywot nieco bardziej.

Najdurniejszym błędem było chyba jednak sprokurowanie sytuacji, po której dość liczna grupa kibiców miała całkiem niezły powód, by czule zająć się mną i moimi znajomymi. Przez jakiś czas mogłem jeść tylko zupy, a teraz nawet ich nie ruszam (kibiców też nie).

C jak "Cyfryzacja sfery władztwa publicznego"

Świetny temat! Szczególnie na rozprawę doktorską. A tak poważnie, wykoncypowałem go, kiedy na pierwszym seminarium usłyszałem od profesorów, że jako doktoranci nie wymyślimy niczego nowego – i żebyśmy nawet nie łudzili się, że w sferze prawa konstytucyjnego odkryjemy jakieś novum.

Pomyślałem sobie, że challenge accepted, pogłowiłem się trochę, a potem wymyśliłem, że napiszę o tym, jak dzięki nowym technologiom możemy korzystać z klasycznych instrumentów władztwa publicznego. Trochę się obawiałem, czy promotor klepnie temat, ale okazało się, że profesor był wniebowzięty – a obrona rozprawy przed szacownym gremium była… ciekawym przedsięwzięciem.

Pisało mi się to dość ciekawie, co nie zawsze można powiedzieć w przypadku pracy doktorskiej. Mnie jednak autentycznie fascynuje prawo konstytucyjne – a w połączeniu z nowymi technologiami to coś, co staje się jeszcze ciekawsze.

Wydaje mi się, że im więcej czasu upłynie, tym więcej będzie punktów stycznych – zaczynając od sprawy podstawowej, czyli elektronicznego głosowania w wyborach powszechnych, a kończąc na zdalnych platformach sugerowania wybranemu przez nas posłowi czy senatorowi, jak powinien zagłosować.

D jak dorosłość

Zaczęła się dla mnie chyba wraz z wyjazdem z Opola na studia. W Warszawie nie znałem wtedy nikogo, a poruszanie się po mieście autem wymagało trzymania na siedzeniu pasażera rozłożonej mapy. Miło wspominam ten czas, bo było w tym coś pociągającego – zdanie na siebie w wielkim mieście, całkowita wolność i carte blanche. Polecam każdemu! Dobry reset życiowy.

E jak ekranizacja

Właściwie to chyba liczba mnoga, bo wliczając kolejny sezon Chyłki, w kolejnych dwóch latach nadciąga aż… pięć seriali opartych na moich książkach. Z tych nowych dwa pojawią się na antenie jednej stacji, pozostałe zaś w dwóch innych. Szykuje się niemal MCU (Marvel Cinematic Universe, czyli franczyza oparta na komiksach Marvel Comics – przyp. red.) – i właściwie nawet skrótu nie trzeba zmieniać, wystarczy inaczej rozwinąć.

Oprócz tego przymierzam się do zrobienia filmu, choć na tym etapie to jeszcze wstępne rozmowy i nie wiem, czy będzie to oryginalny scenariusz, czy może adaptacja którejś z książek, do której prawa nie zostały jeszcze zakupione.

Tak czy owak nigdy nie spodziewałem się, że ta część mojej pracy tak eksploduje – i najchętniej zdradziłbym wszystko, chlapnął coś o każdym projekcie, w tym o rozmowach z Hollywoodzkimi producentami i aktorami. Główny problem polega jednak na tym, że kary umowne są tak duże, że można za nie kupić samochód (śmiech).

Zresztą nie jestem sam, wielu polskich autorów jest na podobnej drodze. To dobra rzecz, że w końcu masowo ruszają ekranizacje naszych książek i że filmowcy dostrzegają w pisarzach źródło ciekawych, wartych do przełożenia na ekran historii.


F jak fan

Wychodzę z założenia, że pisarze nie mają fanów, ale Czytelników. To wcale niemała różnica, bo autora z odbiorcą łączy szczególna, niepowierzchowna, może nawet nieco intymna więź – sprowadza się do tego, że połączonymi siłami naszej wyobraźni notorycznie tworzymy całkowicie fikcyjne światy. A zatem dość dobrze się znamy i czasem rozumiemy bez słów.

Inna sprawa, że w moim przekonaniu pisarz funkcjonuje przede wszystkim pod postacią swojej książki – dlatego ilekroć ktoś czeka na mnie pod hotelem czy eksponuje dekolt do podpisu, potrzebuję chwili, żeby przełożyć sobie to na inny, niewłasny punkt widzenia. Najciekawsze spotkania to oczywiście te w publicznych toaletach (śmiech).

G jak gadżety

Nie wywołują we mnie żadnych emocji. Jeśli zamawiam nowy zegarek do biegania albo zmieniam telefon, nie czekam na przesyłkę jak na szpilkach. Jedyny wyjątek to nowy laptop – wówczas potrafię dybać na kuriera od momentu porannego otwarcia ślepi i nie włączam nawet muzyki, coby przypadkiem nie przegapić dzwonka.

Nie znam za to umiaru w kupowaniu książek. Wydałem w ten sposób małą fortunę i nigdy nie pożałowałem choćby złotówki. Jedyny problem jest taki, że kończy mi się miejsce – wypełniłem wszystkie regały metodą "na tetrisa", zastawiłem niemal całe dość pokaźne biurko i spory kawałek podłogi w gabinecie…

Chłonę ebooki na Kindle’u bez żadnych oporów, ale zazwyczaj po lekturze i tak kupuję papier, bo jestem jednostką zbieracką.

H jak humor

Ten czarny jest jak kolor skóry, powiedziałaby Chyłka. A jeśli o mnie chodzi, uwielbiam sytuacyjny, nie znoszę polskich kabaretów, stand-up zaś to w moim przekonaniu jedna z najbardziej wymagających form ekspresji – na palcach jednej ręki mogę policzyć komików, którzy są faktycznie zabawni. Większość zresztą już kopnęła w kalendarz.

A czym oprócz tego jest dla mnie humor? Najlepszą odpowiedzią na wszystko, a czasem jedynym ratunkiem. Jeśli coś jest tabu, to należy to czym prędzej oswoić, robiąc sobie z tego jaja. A jeśli coś jest zabawne, nie powinno nikogo urażać.

I jak internet

Narzędzie pracy, sposób kontaktu, okno na świat, źródło wiedzy i rozrywki… właściwie można by tak w nieskończoność.

Oprócz spraw researchowych i służbowych, jestem takim samym użytkownikiem, jak każdy inny. Śmiesznych kotków i niezdarnych piesków nie oglądam, ale moje codzienne poranne tournée zaczynam od tvn24.pl, potem sprawdzam naTemat.pl, reddita książkowego, filmowego, serialowego i ogólnego, a na końcu robię rzut okiem na media społecznościowe. W najczęściej odwiedzanych stronach pewnie wyskoczyłyby Netflix i HBO GO.

J jak język

Szanujmy go, bo dopóki nie dorobimy się zdolności telepatycznych, to nasz jedyny sposób komunikowania się. Do większości uzusów odnoszę się z otwartym sercem, bo wychodzę z założenia, że jako pisarz powinienem posługiwać się językiem żywym.

Lubię neologizmy, jestem autentycznie zafascynowany etymologią właściwie wszystkiego, nie mam nic przeciwko soczystym wulgaryzmom, choć rzadko usłyszysz mnie przeklinającego. Denerwuje mnie "dzień dzisiejszy", nie znoszę, gdy coś się "zadziało", a przy "witam" w niektórych okolicznościach coś we mnie umiera, ale nie czuję się uprawniony, by kogokolwiek poprawiać.

K jak kompleksy

Ma je każdy – nawet ci, którzy budują medialny obraz opancerzonego działa samobieżnego. Po wyjściu ze świateł reflektorów reagują tak, jak każdy inny.

Żeby było inaczej, musieliby być psychopatami albo ludźmi z osobowością narcystyczną. Dlatego hejt często trafia na żyzne pole, choć owoce zbiera dużo później. Czasem za późno, by te chwasty dało się wyplewić.

L jak lenistwo

Okropność. Wzdrygam się na samą myśl o bezczynności – to niespecjalnie zdrowe podejście, bo czasem trzeba zwyczajnie usadowić się na leżaku z książką albo wyciągnąć nogi przed telewizorem i zafundować sobie maraton z jakimś serialem.

Nie potrafię tego robić, bo się wtedy męczę. Czuję, że tracę czas, nie spożytkowuję energii, nie robię niczego, co by do czegoś prowadziło.


M jak muzyka

Towarzyszy mi codziennie od samego rana. Zanim złapię za szczoteczkę do zębów, włączam odtwarzacz. Zazwyczaj jednego albumu słucham przez tydzień lub dwa, potem zmieniam, a po jakimś czasie wracam do tych, które już znam.

W domu najczęściej gości u mnie rock z lat siedemdziesiątych, na biegu słucham głównie metalu – a najlepsze tempo mam przy melodyjnym death metalu ze Skandynawii. Stare In Flames i Children Of Bodom cenię najbardziej. Nie wyobrażam sobie funkcjonowania bez muzyki, choć pisać mogę tylko w absolutnej ciszy.

Co polecam? Właściwie to, co pojawia się u mnie w książkach. Szczególnie jeśli chodzi o Chyłkę i Seweryna.

N jak nieboszczyk

Nieodłączny element każdej mojej historii. Kiedy pewnego razu zabrałem się do pisania czegoś, co w zamierzeniu miało być wielopokoleniową sagą historyczną, okazało się, że już na pierwszej stronie pojawił się trup. Nie przypominam sobie, żebym to planował – ale okazało się to kołem zamachowym całej historii.

Pisarz kryminałów nigdy więc nie uwolni się od nieboszczyka, choć Bogiem a prawdą, większości z nas nie interesuje samo zabójstwo, ale wszystko to, co wokół niego.

O jak Opole

Miasto, w którym się wychowałem i które bezgranicznie uwielbiam. Kompaktowe, rozwojowe i mające niepowtarzalny urok. Studiując w Warszawie przez większość czasu planowałem przenosiny do stolicy – i pewnie tak by się stało, gdyby nie pisanie – ale robiłbym to z ciężkim sercem.

P jak polityka

To rzecz absolutnie fascynująca – chociaż ilekroć zastanawiam się, dlaczego tak jest, nie znajduję odpowiedzi. Już nawet nie rozmawiamy; strzelamy do siebie z broni załadowanej nagłówkami. Przerabiamy właściwie wciąż te same tematy, nie wnosimy do dyskursu publicznego niczego nowego, a mimo to zajmuje nas każde, najbardziej trywialne zdarzenie, banalna wymiana zdań czy ruch ze strony politycznego przeciwnika.

W trakcie pisania serii z Chyłką moje zamiłowanie przeobraziło w tzw. "polityczny kwartet", czyli tomy 4-7 – "Immunitet" z sędzią TK, "Inwigilację" z wątkiem terrorystycznym, "Oskarżenie" z byłym opozycjonistą i "Testament" związany z reprywatyzacją w Warszawie.

Zastanawiałem się, czy ktokolwiek będzie chciał czytać o polityce, kiedy w zasadzie atakuje nas ona zewsząd na codzień – ale okazało się, że nie tylko przyjęła się jako tło dla Chyłki, ale także jako przyczynek do oddzielnej serii "W kręgach władzy". Polityki, jak widać, nigdy nam nie dość.

R jak ruch

Mój jedyny sposób na to, by nie zwariować. Wydaje mi się, że jestem dość przyjaznym człowiekiem – ale pod warunkiem, że codziennie odbębnię bieg i trochę popiszę. Jeśli zabraknie jednego lub drugiego, robię się nerwowy, coś mi nie gra w rzeczywistości i nie wiem, co ze sobą zrobić.

Deszcz, śnieg czy upał, ruch musi być – dzięki niemu umysł oczyszcza się ze wszystkiego, co nie powinno się w nim znajdować. Nie biegam poniżej piętnastu stopni na minusie i powyżej trzydziestu trzech na plusie. Przynajmniej teoretycznie.

S jak seks

Na temat tego, czy lepszy seks, czy pisanie, rozwodziłem się już u Wojewódzkiego, więc nie będę się powtarzać. Ale powiem ci, że seks pisze się naprawdę niełatwo – głównie dlatego, że łatwo popaść w banał albo w komizm.

Kiedy przeglądam pierwszą lepszą powieść erotyczną, zazwyczaj wywołuje ona we mnie rozbawienie – szczególnie to gorączkowe poszukiwanie synonimów, łączenie wulgarności z eufemizmami w jednym zdaniu i tak dalej. Wydaje mi się, że największą moc mają niedomówienia, jak choćby u Schulza. Może dlatego, że nasza wyobraźnia ma wtedy największe pole do popisu.

T jak turystyka

Potrafię zmusić się tylko do tej aktywnej – przy czym zmuszanie się to chyba najwłaściwsze określenie, bo ilekroć planuję jakiś wyjazd, zaraz zaczynam myśleć o tym, ile w tym czasie mógłbym zrobić.

Pamiętam, że przechadzając się uliczkami w Lizbonie i obserwując robotników kopiących coś na poboczu, autentycznie im zazdrościłem, bo… mogli pracować. Trudno więc powiedzieć, żebym był normalny.

Jednocześnie zdaję sobie sprawę, że czasem trzeba się zresetować czymś bardziej oczyszczającym, niż godzinny bieg. U mnie najlepiej sprawdzają się góry, bo pnąc się na szczyt, masz wrażenie, że faktycznie do czegoś dążysz. A kiedy jesteś już na wierzchołku, cały świat na dole wydaje się zupełnie nieistotny.


U jak używki

Widzę, że najlepsze zostawiliśmy na koniec. Pytanie kluczowe sprowadza się do tego, czy chętniej napiłbym się z Chyłką, czy z Sewerynem, a może strzelił coś z Forstem? Najbliżej mi chyba do pani mecenas, choć ona potrafi powitać dzień shotem, a ja raczej kończę go w taki sposób.

Zresztą pijam głównie piwo, najchętniej niemieckie. Jeśli chodzi o mocniejsze trunki, sięgam po – niespodzianka – tequilę. Koniecznie w stu procentach z agawy. Jeśli takiej informacji nie ma na etykiecie, pić nie polecam. Z ulubionych marek: Espolón i El Jimador, obydwie reposado. Piję zazwyczaj albo jako shot, albo drink z Green Colą.

W jak Warszaw(k)a 

Nie lubię tego określenia mniej więcej tak samo, jak bywania. Moim trybem domyślnym jest siedzenie przy klawiaturze i wtedy czuję się najlepiej. Pojawianie się w mediach czy na jakichś wydarzeniach to głównie efekty uboczne mojej działalności – jakkolwiek czasem bardzo miłe.

Raz w miesiącu wszak dobrze jest wyjść i zobaczyć, że ludzie, których się ceni za ich robotę, doceniają ciebie. Często daje to dodatkową motywację do pracy. Oprócz tego… co tu dużo ukrywać, dla introwertyka nie ma nic bardziej satysfakcjonującego niż ustawiczne odrzucanie zaproszeń na głośne eventy (śmiech).

Y jak yuppie

Równie dobrze mógłbyś rzucić w tym momencie "yeti", "yakuza" albo "Yamaha", wszystko byłoby dla mnie równie abstrakcyjnym przyczynkiem do odpowiedzi.

Ale gdybyś zdecydował się na "yerba" – o, to moglibyśmy pogadać… najbardziej lubię tę paragwajską, choć pijam tylko wtedy, kiedy redaguję. Podobnie mam z kawą. Kiedy piszę, nie mogę się niczym wspomagać, bo mam wrażenie, że kofeina lub mateina przeszkadzają mi w zachowaniu absolutnego skupienia. Wybijają mnie ze świata fikcyjnego i wciągają z powrotem do realnego.

Nie wiem, dlaczego tak się dzieje, ale ilekroć piszę coś przy kawie lub yerbie, później w trakcie redakcji mogę bez trudu namierzyć te fragmenty i czeka mnie mnóstwo poprawiania.

Z jak zakończenie kariery

Nie planuję. Pisanie to najlepsza forma spędzania czasu, jaką znam – ergo pisać będę dopóty, dopóki będę miał w głowie pomysły.

Nie znaczy to oczywiście, że wszystko ukaże się drukiem. Każdy pisarz od czasu do czasu tworzy coś, czego albo nie kończy, albo zostawia to w szufladzie, bo uważa, że nie jest dostatecznie dobre, by to komukolwiek pokazać.

I cóż to w ogóle za pytanie? Co niby miałbym robić po zakończeniu kariery? Dacie mi jakąś stałą rubrykę w naTemat, to pomyślę. Czytelnicy odetchną, półki w księgarniach trochę się odmrożą, a ja w końcu będę mógł spokojnie pytlować o polityce…

Artykuł powstał we współpracy z Wydawnictwem Poznańskie.

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...
O TYM SIĘ MÓWI 0 0"Ludzie wychodzą na balkony i tłuką w garnki". Polka z Barcelony opowiada, co się tam dzieje
0 0Ta "prawdziwa" Warszawa może się wstydzić. Słoiki pokazały "rdzennym warszawiakom", jak się głosuje
STYL ŻYCIA 0 0Mam 30 lat i jaram się lalkami Barbie. Nigdy wcześniej nie były tak różnorodne i prawdziwe
MamaDu 0 0Wyrzuciłabyś to na śmietnik? Jej dziecko bawi się tym bez opamiętania

"JESIEŃ ŚREDNIOWIECZA"

0 0Przeczytałam debatę "starego" Sejmu o zakazie edukacji seksualnej. Oto 5 ważnych cytatów
POLECAMY 0 0"Nokaut przez KO". Wyjaśniamy, dlaczego na Pomorzu to PiS przegrało wybory
O TYM SIĘ MÓWI 0 0Na marszałka Senatu tylko Brejza! PO nie może zmarnować funkcji trzeciej osoby w państwie

POZNAJ DADHERO.PL

0 0Trójkąt małżeński. Czyli zanim weźmiesz ślub, sprawdź, jak kobieta reaguje na twojego przyjaciela
0 0"Co z ciebie za facet?" Historie mężczyzn, którzy nie zasłużyli na tytuł bohatera domu
WARTO WIEDZIEĆ 0 0"Tykająca bomba". Kurdowie pilnowali obozów dla bojowników ISIS i ich rodzin. Oto co się tam dzieje
POLECAMY 0 0"Nasz prezydent, Wasz premier". Tak opozycja może pokonać Dudę w wyborach prezydenckich
POLECAMY 0 0Jedyny taki powiat w Polsce wschodniej. "Kto mi wytłumaczy, co sprawia, że tam zawsze na żółto?"